Kompendium wiedzy na temat nowej muzyki: shoegaze, post-rock, indie, ambient, trip-hop i inne…

Mogwai - The Hawk Is Howling (2008)

To jaką opowieść snują muzycy zespołu Mogwai na tej płycie, to w jaki sposób rozporządza ona uczuciami słuchacza jest mistrzostwem samym w sobie. Nie sądziłem, że tak poruszy mnie ten krążek, że dokona takiego zgniecenia a zarazem wypełni nonszalancją, że zawiesi gdzieś w powietrzu utrzymując do samego końca, że dech zaprze i wywróci znaczenia na kolejną stronę. i przez te chłodne barwy przedziera się optymizm i to jest zachwycające. Dźwiękowy majstersztyk, w którym naprawdę nie brakuje świeżości (tak jak co poniektórzy sądzą) a wydawać by się mogło, że już wszystko w tym kierunku zostało opowiedziane.

9/10

1. I’m Jim Morrison, I’m Dead [6:44]
2. Batcat [5:25]
3. Danphe And The Brain [5:18]
4. Local Authority [4:15]
5. The Sun Smells Too Loud [6:58]
6. Kings Meadow [4:42]
7. I Love You, I’m Going To Blow Up Your School [7:33]
8. Scotland’s Shame [8:00]
9. Thank You Space Expert [7:53]
10. The Precipice [6:42]


Mogwai - Batcat

———-
Lucjan Lucimiński

God Is An Astronaut - Suicide By Star

American Dollar, The - Anything You Synthesize

Union Of Knives - Violence And Birdsong (2006)

Jakby nie patrzeć Szkoci zaskoczyli mnie swoją pierwszą długogrającą płytą zatytułowaną Violence And Birdsong. Znajduje się na niej wybuchowa mieszanka gatunków. Gdybyśmy połączyli elektro pop MS. John Soda, indietronicę Fujiya & Miyagi i dodali do tego alternatywę spod znaku The Notwist otrzymamy wtedy zgrabne piosenki Union of Knives.
Zawsze irytowała mnie prostota muzyki elektro lecz w takim przebraniu naprawdę jej do twarzy. Z drugiej strony to właśnie zaangażowanie wielu innych gatunków zakrawających również o zadziorność shoegaze stanowi o sile tej muzyki. Płyta zaczyna się stonowanym Opposite Direction z przychodzącymi na myśl nieco sennymi wokalizami niczym z płyt duetu Air. Jednakże to nie w tym kierunku zmierza ten krążek. Jest mniej nużący od wyżej wymienionych “powietrznych chłopców” i bawi się ze słuchaczem tak jak z gatunkami, które na nim znajdziemy. Najfajniejsze jest to, że kilka numerów nawet sztywniaka wznieci do rytmicznych ruchów. Od połowy album nieco zwalnia tępo, przynosi więcej spokoju i przestrzeni. Na uwagę zasługują dwie instrumentalne miniatury trwające po 2:32, które w świetnych momentach wyciszają płytę co stanowi jej pewną koncepcję i złożoność. Violence And Birdsong nie jest jakimś mistrzostwem świata ale potrafi uwieść klimatem i oderwać na chwilę od codzienności. Tak jak w tytule znajdują się tu silne i gwałtowne numery połączone z delikatnymi melodiami i takowym wokalem. Szkotom udało się świetnie połączyć ze sobą kocioł pomysłów prezentując tylko i aż bardzo ciekawy album.

PS. Lada chwila świat ujrzy kolejne dziecko Union Of Knives pod tytułem The Anti-Fire nagraną z pomocą Atticusa Rossa współpracującego z Nine Inch Nails.

8/10

1. Opposite Direction [4:35]
2. Operated On [4:58]
3. Evil Has Never [4:29]
4. I Decline [4:09]
5. Even Machines Make Mistakes [2:32]
6. Taste For Harmony [4:53]
7. Lick Black Gold [5:11]
8. Go Back To School [3:34]
9. The Law Is Against My Heart [2:33]
10. We Can’t Go Wrong [5:35]
11. You Better Keep Me [6:26]


Union of Knives - I Decline

———-
Lucjan Lucimiński

Low - Monkey

Valgeir Sigurðsson - Ekvílibríum (2007)

Pląsające uczuciem dźwięki
Rozchodzą się
Rozpryskują

W zawartości tych plam
szumiące melodie
Spokój głosu
Rytm poprzecinany
Dzwonki i przeźroczysta wiolonczela

Mimo zimnego rodowodu
osadzone w ambiencie a okraszone mnóstwem ciepłych uczuć
jak gorące gejzery w zimnej Islandii

Valgeir Sigurðsson z pochodzenia Islandczyk jest producentem, kompozytorem programistą dźwięku. Jest założycielem wytwórni Bedroom Community. Brał udział w produkcjach płyt Björk, Bonnie ‘Prince’ Billy, múm, CocoRosie, Nico Muhly. Pomimo wcześniejszej współpracy z wyżej wymienionymi płyta Ekvílibríum ma w sobie dużo świeżości i nie powiela wcześniejszych pomysłów. Występują na niej również wymienieni wcześniej goście Bonnie ‘Prince’ Billy, Nico Muhly oraz wiolonczelistka Hildur Gudnadóttir. Polecam serdecznie.. lepiej późno niż wcale…

8,5/10

1. A Symetry [4:41]
2. Evolution Of Waters [4:38]
3. Focal Point [6:08]
4. Baby Architect [4:51]
5. After Four [3:38]
6. Winter Sleep [4:48]
7. Equilibrium Is Restored [8:24]
8. Before Nine [1:42]
9. Kin [5:09]
10. Lungs, For Merrilee [5:10]

———-
Lucjan Lucimiński

65daysofstatic

Zespół został założony w 2001 roku przez muzyków: Joe Shrewsbury, Paul Wolinski, i Iain Armstrong. 65daysofstatic (także znane pod skrótami 65dos, 65days czy po prostu 65) to instrumentalna, post-rockowa kapela z Sheffield w Anglii. W ich twórczości słychać dokonania Mogwai czy Tortoise, ale także eksperymentalno-elektronicznego Aphex Twin. W kompozycjach mieszają progresywne, gitarowe sekcje instrumentalne z klawiszami, żywą perkusją i samplami. Od założenia zespołu w 2001 roku wydali 3 pełnometrażowe krążki, które spotkały się z niezwykłym entuzjazmem wśród fanów i krytyków niezależnego grania. To zespół, który godzi zarówno fanów ciężkich brzmień jak i wielbicieli subtelniejszych, alternatywnych dźwięków. W ich utworach usłyszymy delikatne pejzaże tworzone przez klawisze, połamaną, żywiołową perkusję, sentymentalne gitary i szemrającą elektronikę. Całość momentami usypiająco zwalnia tempo by za chwilę ponownie dać się ponieść energii.

Muzycy są znani z częstego koncertowania. Występowali podczas tras koncertowych w Europie, Japonii i Stanach Zjednoczonych. Supportowali m.in. Fear Before the March of Flames czy The Cure. Grali na wspólnych festiwalach z takimi zespołami jak Metallica, Lostprophets, Linkin Park czy Deftones.


Jest to nieoficjalny klip zespołu.

jj - jj n° 2 (01.07.2009)

Ciężkie czasy. Przyszło mi recenzować płytę o lakonicznym tytule zespołu o lakonicznej nazwie. Nie mogę się przyczepić do żadnego faktu w biografii, bo jej nie znam, nie mogę szukać głębi w nazwie krążka. Wszelako są nowi, pozwólmy im się zaaklimatyzować i w miarę upływu czasu zdradzić co nieco.

Zacznę od podsumowania. Tak lekkiej i chilloutowej płyty jeszcze nie słuchałam. Ona jest jak lot na grzbiecie orła czy pegaza (zależnie od preferencji) – pewny, spokojny no i ten wiatr na twarzy, we włosach… Nic, tylko zamknąć oczy, rozłożyć ręce na boki i zaufać środkowi lokomocji w kwestii miejsca przeznaczenia*. Może to Vallda, a może Málaga?…

Motywem przewodnim jest radość, wolność, spokój. Szwedom udało się przywołać klimat Karaibów, niewykluczone, że z tęsknoty za słońcem, którego w rodzimym kraju jak na lekarstwo. Więc kwiaty za ucho, spódniczka z trawy na biodra i tańczymy! A przynajmniej letnie popołudnie (o tej porze roku o to nietrudno), napój chłodzący, ciemne okulary, żyć nie umierać. Podejrzewam jednak, że nawet zimową porą, gdy pędzący z nieba śnieg przesłania widok na okna sąsiada albo zgoła latem podczas bębniącej o szyby ulewy (tu zalecam wyciszane słuchawki) „jj n° 2” sprawdzi się znakomicie – ćwierkająca „Are you still in valida?” to strzał w dziesiątkę; pieści spragnioną swobody duszę i przywołuje ciepłe dni. Warto w tym momencie wspomnieć o tekstach, które swoją ascetycznością nie zaburzają lekkości płyty, nie ma w nich opowieści o nieszczęśliwej miłości, śmierci czy też innych problemach, nie ma spowiadania się z własnych załamujących przeżyć, jest tak, jak powinno być, by się oderwać.

Chciałoby się powiedzieć: nic nie jest bez wad, pora wytknąć coś krążkowi. Mogłabym w tym miejscu stwierdzić, że jest za krótki – trwa prawie 27 minut. Jednak powiedziano mi kiedyś, że aby odpocząć, trzeba leżeć właśnie przez 27 minut; zatem „jj n° 2” będzie świetnym partnerem do łóżka.

Zwróćmy uszy ku Szwecji w poszukiwaniu dobrej muzyki.

* Co do miejsca przeznaczenia – owe dwadzieścia siedem minut można mnożyć w nieskończoność… (;
On my way to the sky, bye bye.

GODSPEED YOU! BLACK EMPEROR

Godspeed You! Black Emperor (do roku 2002 - Godspeed You Black Emperor!) jest kanadyjską grupą post-rock’ową, powstałą w 1994 r. w Montrealu. Założycielami zespołu byli następujący muzycy: Roger Tellier-Craig (gitara), Norsola Johnson (wiolonczela), Efrim Menuck (gitara), Mauro Pezzente (gitara basowa), David Bryant (gitara), Thierry Amar (gitara basowa), Sophie Trudeau (skrzypce), Aidan Girt (instr. perkusyjne), oraz Bruce Cawdron (instr. perkusyjne). Grupa jest znana ze swoich wielominutowych, bogato zaaranżowanych kompozycji, nasuwających skojarzenia ze ścieżką dźwiękową do jakiegoś filmu. Według niektórych źródeł grupa podczas nagrywania swych płyt wykorzystywała jednocześnie trzy gitary, dwie gitary basowe, róg, skrzypce, altówkę, kontrabas oraz perkusję.

Obecnie działalność grupy jest zawieszona do odwołania, a muzycy koncentrują się na własnych indywidualnych projektach.

SIGUR RÓS

Sigur Rós - (isl. róża zwycięstwa), islandzki zespół alternatywny założony w Reykjavíku w 1994. Zespół wygrał kontrakt z lokalną wytwórnią Bad Taste, w której wydali swój pierwszy album Von (Nadzieja) w 1997 oraz kolekcję remiksów Von Brigði. W 1998 do zespołu dołączył Kjartan Sveinsson (Kjarri - keyboard). Powstała w nowym składzie płyta Ágætis Byrjun (1999; Dobry początek) odniosła sukces. Po sukcesie płyty pierwszy perkusista zespołu Ágúst Ævar Gunnarsson odszedł z zespołu, by zająć się grafiką, zastąpił go Orri Pall Dyrason (Orri). Popularność Sigur Rós wzrosła, a sam zespół grał m.in. z Radiohead. W 2002 ukazała się płyta ( ), a we wrześniu 2005 roku wydali LP - Takk… (Dziękuję). W 2007 roku ukazało się dwupłytowe EP Sigur Rós, zawierające płytę studyjną Hvarf oraz Heim - akustyczne nagrania zarejestrowane na żywo podczas trasy koncertowej zespołu.Obecnie dyskografie zespołu zamyka ”Međ Suđ í Eyrum Viđ Spilum Endalaust”(pol.Z Brzęczeniem w uszach gramy bez końca) z czerwca 2008 roku.

Po raz pierwszy Sigur Rós wystąpił w Polsce 7 lipca 2006 na festiwalu muzycznym Heineken Open’er Festival w Gdyni. Drugi raz zespół zagościł w naszym kraju 20 sierpnia 2008 roku w Parku Sowińskiego w Warszawie.
Jedna z legend głosi, iż zmęczone mało kreatywną pracą dla Świętego Mikołaja elfy opuściły Laponię i ukryły się na Islandii. Tam wybranych przez siebie ludzi posypują gwiezdnym pyłem, który sprawia, że wyzwala się u nich ogromny potencjał i silna potrzeba tworzenia nadprzyrodzonej sztuki.

As Tall As Lions - You can’t take it with you (18.08.2009)

Przyznam szczerze – zainteresowałam się tą płytą, gdy przeczytałam, że brzmi podobnie do Coldplay. I to racja, zwłaszcza wokal – wypisz wymaluj Chris Martin. Podobnie w tym przypadku nie znaczy tak samo dobrze.

Krótko i rzeczowo. Tym razem nie będę się rozpisywać.
Gdybym chciała być wredna, określiłabym ten krążek jako nudny, jeśli entuzjastyczna – jako transowy. Natomiast jako obiektywna recenzentka (brak stronniczości to cecha, którą nabywam na potrzeby owego zajęcia) stwierdzam, że grają spokojnie, nawet w momentach mocniejszych uderzeń w bębny i intensywniejszych szarpnięć strun. Spokój i senność. Kołyszące rytmy. Z tego schematu delikatnie wyłamuje się „Is this tommorow?”, pobrzmiewający w klimacie indie electronic. Przyjemna odmiana w tym zagęszczeniu spokoju. „Sleepyhead” z respiratorem w tle już samym wokalem przywołuje klimaty szpitalne – Dan Nigro szepce kojąco jak osoba odwiedzająca pacjenta. Aż (tak!) dwie piosenki są dualistyczne - w obrębie każdej znajduje się jeszcze jeden krótszy utwór. Ciekawy zabieg, ale w nadmiarze staje się pretensjonalny. Zwracam uwagę na „Home is where you’re happy” (niestety, z deluxe edition (; )– to mój faworyt. Co prawda tekst banalny, ale gitara i prosta budowa piosenki tworzą całość bliską moim upodobaniom. Szkoda, że to taki krótki utwór.

Bez kawy się nie obeszło. Przypuszczam, że osoby energetyczne i cholerycy nie znajdą tu nic dla siebie; wszak świat nie składa się tylko z tych. Przy „You can’t take it with you” można odpocząć, a nawet spokojnie pospać.
Płyta jest dobra, ale tylko miłośnicy znajdą w niej coś wciągającego. Jest dużo synonimicznie grających zespołów, a nawet parę lepszych. Żeby tworzyć muzykę balansującą na granicy jawy i snu, trzeba umieć nadać jej oryginalność, wynieść ją ponad inne podobne, inaczej ginie się w tłumie. To nie jest muzyka popowa, która – zgodnie z definicją – sprzedaje się wszędzie i w każdym wydaniu. I za to należy się Lionsom szacunek.

THIS WILL DESTROY YOU

This Will Destroy You to 4-osobowy amerykański zespół instrumentalny, grający post-rock. Panowie pochodzą z San Marcos w Texsasie. Grupę tworzą: gitarzyści - Chris King i Jeremy Galindo, basista - Raymond Brown i perkusista - Andrew Miller. Podczas koncertów Brown wciela się także w rolę klawiszowca. Aktualnie chłopaki nagrywają dla Magic Bullet Records.

Grupa została uformowana w roku 2005, także w tym samym czasie wydali swoją pierwszą EP-kę, Young Mountain, która początkowo miała stanowić demo. Ich pierwsze nagranie zebrało pochlebne recenzje, co też bezpośrednio przyczyniło się do tego, że grupa weszła do studia, by nagrać w lutym 2007 roku album długogrający zatytułowany po prostu This Will Destroy You. Płyta została wydana 29 stycznia 2008 roku. 7 października 2008 ukazał się spit Field Studies gdzie obok This Will Destroy You wystąpiła kapela Lymbyc Systym.

Utwór “There are Some Remedies Worse than the Disease” został użyty w zwiastunie do filmu “The Taking of Pelham 123″

Amesoeurs - Amesoeurs (10.03.2009)

Połączenie black metalu i shoegazingu tylko na wstępie może wydawać się pomysłem karkołomnym. Alcest w pewnym sensie przetarł już szlak, jednak dopiero ten album może przekonać wszystkich niedowiarków. Szaleńcze tempa napędzane podwójną stopą, wrzucone w oniryczny świat liryki Dead Can Dance, to połączenie, wobec którego nie da się przejść obojętnie.
Z jednej strony jest to muzyka absolutnie świeża i ciekawa, z drugiej zaś, w każdej jej nucie spotyka się starych znajomych. Widoczna jest fascynacja nową falą, post-punkiem, dream popem. Jedna osoba usłyszy weń Joy Division, ktoś inny – Burzum z czasów „Hvis Lyset Tar Oss”. Wszystkie te inspiracje nie są jednak natrętne, raczej właśnie potęgują wrażenie znajomości albumu już po pierwszym przesłuchaniu. Być może właśnie to sprawia, iż każda dźwięk wydaje się być dokładnie na swoim miejscu, a każda zmiana tempa, czy początek interludy, brzmią całkowicie naturalnie.
Trudno skupić się na jednym elemencie i poświęcić mu więcej uwagi, kiedy tak naprawdę wszyscy członkowie zespołu i większość użytych przez nich rozwiązań, godna jest pochwały. Niewątpliwym plusem dodającym muzyce Amesoeurs smaczku, są francuskojęzyczne teksty. Oczywiście, w angielskojęzycznie nastawionym świecie, utrudnia to odbiór warstwy tekstowej, ale za to buduje baśniowy wręcz klimat. Specyficzny rodzaj melodeklamacji stosowany przez Audrey Sylvain przywodzi na myśl intrygujące zaśpiewy Lisy Gerard, czy Suzanne Perry z Love Spirals Downwards. Blackowy ryk po francusku w wydaniu Neige’a także brzmi niczego sobie. Styl gitary prowadzącej zmienia się z utworu na utwór, momentami wygrywa ciągnącą się, niejako autonomiczną względem reszty instrumentów, melancholijną melodię, kojarzącą się z ostatnimi dokonaniami Agallocha („Recueillement”), czasem wkracza w rejony klasyki shoegazingu („Faux Semblants”), by nagle uderzyć słuchacza jakby obuchem w ciemię, za pomocą utworu „I XIII V XIX XV V XXI XVIII XIX – IX XIX – IV V I IV”, który z powodzeniem mógłby znaleźć się na składance Misantrophy Records. Jest to zresztą jeden z nielicznych zarzutów, jakie mam wobec wydawnictwa Amesoeurs. Albumowi, pomimo huśtawek klimatu, nie sposób odmówić spójności, jest to jednak – można by rzec – spójność na granicy. Być może postawienie pomysłowej, ale jednak czysto blackowej sieczki, jaką jest wspomniany powyżej utwór, przy pięknym i minimalistycznym „Trouble (Éveils Infâmes)”, miało swój artystyczny cel, jednak dla kogoś oceniającego album „na sucho” zabieg ten może nosić znamiona przypadkowości. Po stronie minusów należy też zapisać słabszą – poza ostatnim utworem - końcówkę albumu. Jej poziom ciągle należy oceniać wysoko, jednak w porównaniu z pierwszą połową płyty, jest to już tylko muzyka bardzo dobra, nie zaś zanakomita.
Nie jestem zwolennikiem wystawiania albumom ocen, nie partycypuję też w toczących się na tym tle kłótniach. Uważam, że podstawowym zadaniem recenzenta jest nie wystawienie cenzurki opisywanej muzyce, a zwrócenie na nią uwagi wtedy, kiedy naprawdę na to zasługuje. Tak jest z całą pewnością tym wypadku. Debiut, a jednocześnie ostatni krążek Amesoeurs, to bez wątpienia jedno z największych odkryć i najważniejszych tegorocznych wydarzeń dla ogólnie pojętej sceny shoegazingowej. To muzyka pełna pasji, szczera i intrygująca, zarówno w sferze muzycznej, jak i tekstowej. Tak więc słowniki francusko-polskie w dłoń i do sklepu! Gorąco polecam.

and the winner is - Artur Rojek - kilka słów o off festivalu

off_festival1

No, tak jak podkreśla w swoich ‘piosenkach’ Wojciech Bąkowski z Grupy kot, tak i ja podkreślę, No! Mamy już taki festiwal jaki zawsze chcieliśmy mieć. Ja na pewno takiej odskoczni potrzebowałem. Przy nagromadzeniu komercyjnych spędów (co chwilę powstają nowe – o zgrozo!) cieszy mnie to, że Artur Rojek miał odwagę by z pełną premedytacją zorganizować jedyny taki festiwal w naszym kraju. Cieszy mnie również to, że znajduje się publiczność, która ten niebanalny gust i odwagę popiera, i że daje się wciągnąć w tę czterodniową zabawę w poszukiwanie i przeżywanie. Kolejna, czwarta, odsłona Off Festivalu i kolejny krok w jeszcze większą alternatywę. Takich wykonawców jak w tym roku nie wytrzymałby co drugi spopowiały fan Heinekena czy innego Selectora. Pięć scen, ponad 60 artystów i oczywista oczywistość, że wszystkiego nie da się zobaczyć. Już w piątek (w czwartek mnie na festiwalu niestety nie było) po koncercie Kalifornijskiego zespołu Health byłem w stu procentach zadowolony z przyjazdu. Zespół, którego tak naprawdę nie znałem, poza odsłuchaniem myspace’owej play listy, zrobił na mnie wielkie wrażenie. Chyba nie jest aż tak źle skoro co pewien czas powstaje muzyka, która potrafi kompletnie mnie rozbroić, rozerwać, a na koniec pozostawia w tym gąszczu atomów myśli, usatysfakcjonowanego, zastanawiającego się nad tym gdzie się podziałem. Taką dawkę energii jaką zaprezentował zespół ostatnio widziałem tylko na koncercie 65daysofstatic. Wykraczanie, przekraczanie, łączenie gatunków w jedną bardzo dobrze zgraną całość to atuty tego występu. I już nie musiałem po tym koncercie nic, zwolniłem tempo. Wcześniej widziałem George Dorn Screams ale to był mój trzeci koncert zespołu po ich niedawno wydanej drugiej płycie. Nic szczególnego podczas tego występu się nie wydarzyło z porównaniem do dwóch wcześniejszych. Mimo mojej całej przychylności po ich debiucie teraz stwierdzam, że trochę monotonią powiewa. Następny występ zespołu Miacachu and the Shapes zaliczam tylko do już zapomnianej ciekawostki. Nie rozumiem zachwytów nad tym projektem. Przez przypadek trafiłem też na chwilę na Komety i zupełnie nie rozumiem dlaczego. Tak samo jak nie rozumiem mej wycieczki na The Pains Of Being Pure… Ładnie natomiast zagrała Marissa Nadler lecz tę panią wolałbym zobaczyć na pojedynczym koncercie w jakiejś miłej salce a nie w namiocie, w którym wszyscy przenoszą się z miejsca na miejsce, wchodzą, wychodzą bo spieszą się już na inną scenę. I jeszcze jeden był problem z tym koncertem – odbył się tuż po Health, a Health to trzeba trochę odreagowywać. Natomiast Lech Janerka, który powrócił na scenę po kilkuletniej przerwie spowodowanej chorobą zagrał bardzo przyzwoicie i cóż z tego. To był kolejny koncert tego artysty na którym byłem i nic nie wniósł nowego, dlatego słuchałem go tylko przez chwilę by przenieść się na hard corowy Fucked Up. Wytworzyła się świetna atmosfera podczas tego wydarzenia. Wielki jak dąb wokalista zszedł ze sceny do publiczności by się z nimi obściskiwać i razem wrzeszczeć do mikrofonu. Wszystko byłoby nawet i ok., ale czy nie można było ściszyć trochę tego typa. Bębenki moje odmówiły współpracy a koncert ten był nieco zbyt długi bym nawet ja go wytrzymał do końca. Na szczęście frontman zespołu mnie swym wielkim cielskiem nie szturchnął. O dwóch numerach The Week That Was już nawet nie pamiętam za to świetnie wspominam występ ‘gwiazdy’ wieczoru – zespołu Spiritualized. Pełen profesjonalizm w operowaniu dramaturgią występu. Piosenki były tak rewelacyjnie poukładane, że stanowiły pewnego rodzaju wciągającą opowieść. Na koniec dnia widziałem już tylko występ Final Fantasy, który pozytywnie mnie nastroił i wyciszył po całym ciężkim dniu.

Sobotę już o 14tej zaczęliśmy od namiotu i występu grupy Hatifnats. Trochę byłem zaskoczony ilością osób o tak wczesnej porze zwłaszcza, że zespół zagrał tak sobie i ja bym go żadną nadzieją jednak nie nazywał. Grupa kot za to rozbawiła mnie kilkukrotnie a znaleziony cień niczym fatamorgana mydlił oczy lekkim chłodem. No! Zawiódł mnie zespół Casiotone for the Painfully Alone, Crystal Stills był nijaki albo pora mi zupełnie nie odpowiadała, za to występ Skinny Patrini z totalnie podniecającą Anią na wokalu był całkiem wciągający. Nie rozumiem tylko dlaczego przy dwóch koncertach tego duetu (piątek, sobota) na dwóch różnych scenach (eksperymentalna, miasto muzyki) byliśmy zmuszeni do bawienia się o tak wczesnych porach (19,oo i 18,oo). Muzyka Skinny Patrini pasuje raczej na późną noc, wolałbym jeden występ zespołu właśnie o takiej porze kiedy to już wszyscy są spragnieni totalnego odlotu i zabawy. Następnie przeżyłem dwa miłe zaskoczenia. Zespoły Crystal Antlers i Wooden Shjips polecam wszystkim spragnionym nieco cięższej gitarowej przygody. Psychodelia, noise, garażowy oraz transowy rock wzbudziły we mnie podczas tych występów dużo radości i satysfakcji. Z takim nastawieniem przeniosłem się do trójkowego namiotu gdzie zagrał Jeremy Jay z zespołem. Troche fałszu i niezgranie, płytkość i monotonia. Nic dodać nic ująć. Ujął mnie za to występ the National, który bardzo chciałem zobaczyć. To był jak dla mnie najbardziej naładowany w uczucia koncert. Smutek i radość, uśmiech i zamyślenie zabierające mnie w odległe rejony w miejsca, które są już tylko w mej pamięci. Długo jeszcze o nim nie zapomnę. Fajny był pomysł z Miłością, lecz godzina nie nastrajała do słuchania jazzu. Szkoda. Zapomniałem jeszcze, że pierwszy raz w życiu zostałem namówiony na występ Cool Kids Of Death – żałuje tego posunięcia, wolałbym piwo wypić a wydawałoby się, że czas ten lepiej i tak zagospodarowałbym. Jeszcze jedna totalna wtopa pojawiła się tego dnia ale wystarczy jeden jej tekst by każdy się domyślił o kogo chodzi: By się pozbyć złych humorów, robię zupę z muchomorów. Prawie każdy jej tekst wygląda jakby pisała go dziewczynka z przedszkola i jeszcze paszport polityki jej dali. Za co ja pytam za co? Nigdy nie zrozumiem.

Niedziela to był dzień, na który czekałem najbardziej. I nie zawiodłem się, nawet nie poruszyło mnie zupełnie to, że absolutnie nie podobały mi się zespoły Muariolanza i Wire. Czekałem tylko na Errors i Olafura Arnaldsa. Przed Errorsami natomiast świetny koncert dał Mahjongg co pod względem gatunku i zabawy świetnie wstrzeliło się właśnie w następnie grających Szkotów. Całość była porywająca.
Co do Olafura to nie rozumiałem podejścia Artura Rojka dlaczego zaprosił Islandczyka, który grał już w naszym kraju dwa razy w przeciągu ostatniego roku. Kościół Ewangelicki wygląda uroczo a sam koncert w jego murach wypadł cudownie tym samym broniąc pomysł dyrektora Artura. Co prawda ze względu takiego, że Olafura już widziałem wolałbym na przykład w tej przestrzeni zobaczyć brytyjski zespół Finn. ale i tak było bardzo sympatycznie a muzyka kapitalnie wyciszyła mnie po dwóch wcześniejszych dniach. Głębia spokoju.

Żałuję tylko, że nie udało mi się zobaczyć wykonawców takich jak: Brenda Lee DVD & Siupa, Dictaphone i Lucky Dragons lecz powtórzę to jeszcze raz - wszystkiego nie da się zobaczyć - a i tak dziesięć godzin koncertowania dziennie to dla wytrzymałych zabawa.
Jedno trzeba przyznać do Mysłowic na festiwal można przyjechać w ciemno a i tak przeżyje się niezapomniane muzyczne chwile. Chciałbym by kiedyś na tymże festiwalu jako gwiazda na dużej scenie zagrał wspomniany już przeze mnie zespół 65daysofstatic, zobaczyłbym z chęcią coś w typie The Cooper Temple Clause (rozpadli się dwa lata temu) a może takiego wykonawcę jak Valgeir Sigurðsson i jeszcze kilka propozycji bym podsunął ale i tak programowy na pewno nas nie zawiedzie! Do zobaczenia za rok.

———-
Lucjan Lucimiński

M83 na Heineken Open’er Festival 2009

m832

niczym brakujące ogniwo
zapełnia puste szuflady

powoduje skupienie

wypełnia ciała
w świecie marzeń rozognionych

drążących zakamarki myśli
rozwijających się w opowieści

podczas krzepiących ruchów ciał drżących
czas spełnienia i radości
krwisto czerwonych
smutków wzniosłości

ps. jedno z najsilniejszych przeżyć w moim zyciu…

———-
Lucjan Lucimiński

Cranes - Cranes (2008)

Dotąd mi nieznany brytyjski zespół Cranes na swoim ostatnim, ósmym! krążku (znów okazuje się, że jestem ignorantem) wydanym w październiku 2008 roku zabiera słuchaczy w niezwykłą osobliwą podróż. Obrazy przychodzące na myśl przenikają się, próbują na bazie tła mieszać się ze sobą. Przesuwają się, co jakiś czas wybijając się przed siebie. Natomiast głos prowadzi nas przez te bajkowe aczkolwiek chłodne dźwięki. Daje do zrozumienia, że jesteśmy w tym otaczającym świecie bezpieczni, letcy jak puch i słowa, które wypowiadamy. Przenosi w świat niewidzialnych wyobrażeń jakie doznaje lunatyk ponad i poniżej… Okładka płyty przedstawia mlecz po przekwitnięciu, który jest już dmuchawcem czekającym tylko na mocniejszy podmuch i wzlot w przestworza – i taka jest muzyka zawarta na tym albumie.

9/10

1. Diorama [1:32]
2. Worlds [4:08]
3. Feathers [3:19]
4. Wires [3:42]
5. Panorama [3:20]
6. Wonderful Things [4:17]
7. Collecting Stones [3:13]
8. Invisible [4:05]
9. Move Along [3:54]
10. Sleepwalking [3:07]
11. High And Low [4:06]


Cranes - Worlds

———-
Lucjan Lucimiński

EXPLOSIONS IN THE SKY

Explosions In The Sky - zespół grający instrumentalnego rocka założony w 1999 roku w Austin w Teksasie przez 4 młodych Amerykanów.
Trzej gitarzyści wychowali się w Midland. Poznali się i zostali dobrymi przyjaciółmi w 1993 roku. Perkusista (Chris) przyjechał do Austin 6 lat później by tam studiować.
Można powiedzieć, że zespół w obecnej postaci powstał w restauracji w Austin, gdzie wszyscy jego członkowie poznali perkusistę. Pierwsze jam session odbyło się w kwietniu 1999 roku. Gdy członkowie świeżej grupy zobaczyli eksplodujące na niebie fajerwerki, w głowie zaświtał im pomysł na nazwę.

Skład:
Mark Smith - gitara, Chris Hrasky - perkusja, Munaf Rayani - gitara, Michael James - gitara basowa

Dyskografia:
* „How Strange, Innocence” (2000)
* „Those Who Tell the Truth Shall Die, Those Who Tell the Truth Shall Live Forever” (2001)
* „The Earth Is Not A Cold Dead Place” (2003)
* „Friday Night Lights Original Soundtrack” (2004)
* „The Temporary Residence Ltd. Thank You Compilation” (2004)
* „The Rescue” (2005)
* „All of a Sudden I Miss Everyone” (2007)

THE CHAMELEONS

O początkach The Chameleons można mówić około 1981 roku, w momencie ponownego spotkania przyjaciół z ogólniaka, które wyniknęło z rozpadu dwóch kapel z Middleton (okolice Manchesteru, Wielka Brytania). W jednej z nich, The Clichés, udzielał się późniejszy basista i wokalista, Mark Burgess, natomiast w The Years grali obydwaj gitarzyści, Reg Smithies i Greg Fielding. Skład dopełnił perkusista John Lever z The Politicians, zastępując pierwszego bębniarza - Briana Schofielda.  Zanim jeszcze w składzie zagościł perkusista, ambitni muzycy wysłali taśmę demo z czterema utworami nagranymi na próbie (”The Fan And The Bellows”, “Things I Wish I’d Said”, “Looking Inwardly” i “Here Today”) do Johna Peela. Legenda głosi, że dotarcie do muzyków zajęło mu kilka miesięcy, ostatecznie jednak poszukiwania zakończyły się sukcesem, i zespół dostał szansę na ponowne zarejestrowanie i zaprezentowanie swoich dokonań szerokiemu gronu słuchaczy w audycji legendarnego prezentera Radio One. Zespół zachęcony szybko rosnącą popularnością nagrań skontaktował się z Epic, będącym wówczas sub-labelem CBS. Zespół dostał do swojej dyspozycji studio, obiecującego producenta, Steve’a Lillywhite’a (współpracował przy nagrywaniu dema Ultravox, a później w latach 80-tych m.in. U2, Morriseya, Talking Heads czy The Pogues), jak również kontrakt na osiem(!) albumów, co świadczyć może o niebywałym entuzjazmie labela dla zespołu… który to entuzjazm szybko wygasł, gdy w 1982 roku, po wydaniu pierwszego singla - „In Shreds” - The Chameleons okazali się całkowicie niewrażliwi na naciski wytwórni w kwestii „lekkiej zmiany stylu”. Skończyło się to zerwaniem kontraktu przez Epic, zaś zespół pozostawiony został samemu sobie z częściowo zarejestrowanym materiałem na płytę długogrającą, co w finale opóźniło jej wydanie prawie o dwa lata. Mark Burgess:„Ostatni raz mieliśmy do czynienia z Epic, gdy kazali nam spotkać się z Nigelem Burnhamem; następne utwory nagrywać mieliśmy pod jego okiem. Już na początku zaczął gadać o zmianie aranży i skróceniu kawałków do trzech, trzech i pół minuty. Powiedzieliśmy „nie”. Dzień po tym poinformowano nas że wytwórnia zakończyła z nami współpracę”

Singiel zawierał dwa utwory – o ile tytułowy, niespokojny, o nerwowym pulsie, jest świadectwem jeszcze silnych postpunkowych fascynacji kolektywu, to drugi - „Nostalgia” - można uznać już za zapowiedź kiełkowania własnego stylu zespołu. Warto zaznaczyć również, że okładkę zaprojektował gitarzysta, Reg Smithies – będzie on później autorem większości okładek The Chameleons. Tuż po wydaniu singla John Lever stwierdził że jest zmęczony atmosferą wokół zespołu i odszedł na prawie roczny „urlop”; Na ten czas zastąpił go Martin Jackson. Mimo wyżej wymienionych trudności, dzięki niezłym wynikom sprzedaży singla (dotarł do 42 pozycji w audycji Festive Fifty Johna Peela, będącej swoistym muzycznym podsumowaniem roku), naszymi bohaterami zainteresował się mały label Statik. Zagwarantował on im pomoc producenta Tony’ego Skinkissa, środki (choć bardzo skromne) na  następny singiel „As High As You Can Go”, (zawierający utwory które później znajdą się na debiutanckiej płycie, jakkolwiek w dużo mniej surowych wersjach) jak i też na pierwszą płytę zespołu -  „Script Of The Bridge” wydaną w 1983 roku. Płytę nagrano w Cargo Studios w Rochdale przy pomocy Colina Richardsona (będzie im pomagał przy nagrywaniu singli i następnej płyty, później znany ze współpracy z takimi zespołami jak… Carcass, Napalm Death czy Sepultura), na pół etatu jako klawiszowiec do zespołu dołączył Alistair Lewthwaite.

Debiut The Chameleons już na samym początku zyskał sobie duże grono oddanych słuchaczy i pozytywnych recenzji, zespół porównywano często z Echo And The Bunnymen i The Sound. Sporą popularność zyskali na wyspach i w Europie, potwierdzoną dodatkowo przez serię koncertów które grali w 1983 i 1984 roku, supportując między innymi Simple Minds w Niemczech (gdzie The Chameleons cieszyli się stosunkowo dużą popularnością). Aby iść za ciosem, z albumu wykrojono kolejne single - „Up The Down Escalator” (początkowo przeznaczony na rynek niemiecki) i „Don’t Fall” (wydany we Francji). W międzyczasie światło dzienne ujrzały jeszcze dwie sesje nagrań dla Johna Peela, a dodatkowo The Chameleons pierwszy raz pojawili się w telewizji (klub Honky Dory w Detmold, Niemcy). Niedługo potem, ze względu na rosnącą popularność zespołu, Statik nabył prawa do pierwszego singla, i wydał go ponownie wraz z dodatkowym kawałkiem z pierwszej płyty, „Less Than Human”. Wszystko szło po myśli zespołu, aż do momentu premiery ich debiutu w Stanach. Okazało się, że Statik bez konsultacji z zespołem zezwolił MCA na wypuszczenie debiutanckiej płyty okrojonej o cztery utwory. Doprowadziło to do serii kłótni zespołu i wytwórni, ostatecznie zakończonej pozasądową ugodą, na mocy której zespół miał nagrać dla Statik jeszcze jedną płytę (obowiązywał ich znacznie dłuższy kontrakt i groziła im utrata praw do nowych nagrań); nie mając innego wyjścia, na początku 1985 roku The Chameleons zabrali się za nowego materiału. Płytę nagrywano w Highland Studios, ponownie przy pomocy Colina Richardsona.

Album sam w sobie jest zdecydowanie mniej melancholijny i mroczny niż debiut, dużo w nim mocniejszych i szybszych utworów; „What Does Antything Mean? Basically” wywołał entuzjastyczne reakcje prasy muzycznej, zdecydowana większość recenzji była bardzo pochlebna. Zespół wkrótce wkrótce wyruszył w długą trasę, wpierw po Europie, a później po Stanach, gdzie spotykali się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem; dodatkowo, z racji że The Chameleons po wydaniu singla z płyty („Singing Rule Britannia (While The Walls Close In)”) przestał obowiązywać kontrakt z Statik Records, zespół wydał singla ”One Flesh” pod skrzydłami Polydor, (korzystając z kontaktów które wyrobił sobie podczas dwóch tras w Stanach) by w końcu  podpisać umowę z Geffenem (Geffen Records), będącym wtedy jednym z większych niezależnych labeli. Kolejną, bardzo ważą dla zespołu zmianą, która wynikała ze zmiany wydawcy, był nowy manager, Tony Fletcher (nie mylić z Tonym Fletcherem – dziennikarzem; napisał m.in. biografie Echo And The Bunnymen i R.E.M.); miał się stać osobą która była nieoficjalnym, „piątym członkiem” zespołu, wspierając go w trudnych momentach i mediując w coraz bardziej narastających konfliktach między muzykami.

Na początku 1986 roku doszło do kolejnego starcia zespołu z dawną wytwórnią, Statik – tym razem o prawa autorskie do starych utworów, nagranych w większości jeszcze na sesjach z 1981 roku. Tym razem zespołowi udało się wygrać tę batalię, w związku z czym Statik musiał wstrzymać wydanie „The Fan And The Bellows”, na którą miał zawierać się miały utwory z wczesnych sesji The Chameleons. Finalnie materiał wydała niewielka wytwórnia Hybrid, później zaś prawa od niej odkupiła Caroline Records, będąca wtedy częścią Virgin. W tym samym czasie The Chameleons zabrali się za pisanie materiału na trzecią płytę. Kontrakt z Geffenem umożliwił im zapewnienie sobie współpracy Dave’a Allena (był producentem The Cure i Sisters Of Mercy), jak i również komfortowe warunki w Jacob’s Studio w Londynie. Pierwszym owocem pracy w studio był wydany w różnych wersjach (7”, 12” I 2x 7”) singiel, “Tears” będący zapowiedzią następnego albumu.  Końcowym rezultatem trwającej kilka miesięcy sesji była ostatnia studyjna płyta zespołu w latach 80-tych - “Strange Times”; okładkę ponownie zaprojektował Reg Smithies.  Album spotkał się ze zróżnicowanymi recenzjami w ówczesnej prasie muzycznej, od pochlebnych (zwłaszcza w Stanach) aż do przyczepiających zespołowi etykietkę “stadionowego rocka” - głównie w Wielkiej Brytanii; zespół, co chwila pojawiały się komentarze porównujące zespół do U2. Płycie towarzyszył singiel “Swamp Thing”, na którym znalazł się również cover Davida Bowie (“John, I’m Only Dancing”). Komentarz Marka Burgessa na temat porównywania dotychczasowych dokonań zespołu z innymi wykonawcami:

“Dla mnie jest to swojego rodzaju obraza i potwarz. Zrozumiałe jest, że na samym początku jest się porównywanym do bardziej znanych zespołów, bo dziennikarze muszą mieć jakiś punkt odniesienia. Ale jeśli nagrywasz płyty od pięciu lat, to ciągłe słuchanie że brzmisz jak ktoś inny jest naprawdę wkurzające”

Trasie promującej “Strange Times” towarzyszyły narastające konflikty między członkami zespołu, głównie na tle dążeń Burgessa do “przeprowadzki” zespołu do USA; niedługo po zakończeniu trasy w Stanach, Tony Fletcher (menedżer) zmarł na zawał serca, a zespół, pozbawiony swojego “dobrego ducha” na dobre pogrążył się w kłótniach. Udało im się jeszcze nagrać EP-kę “Tony Fletcher Walked On Water”, jednak praktycznie nie została ona wydana ze względu na narastające tarcia w kapeli. Ponieważ The Chameleons byli przede wszystkim bliskimi przyjaciółmi,  nieuniknionym było, że powolny rozpad był bardzo bolesny i w konsekwencji zaowocował zerwaniem jakichkolwiek kontaktów między dwoma obozami które się wytworzyły w zespole. Wypowiedź Marka Burgessa z 1988 roku:

“To wszystko były osobiste problemy między nami, więc nie lubimy o tym rozmawiać, właśnie dlatego że to takie cholernie osobiste. Po trasie w Ameryce wróciliśmy do Anglii i mieliśmy nagrywać materiał na nową płytę; około dwóch tygodni po naszym powrocie nasz menedżer, Tony Fletcher, zmarł i wszystko zaczął szlag trafiać. Mieliśmy już zabukowane studio, więc nagraliśmy cztery utwory, ale potem cały zespół zaczął się rozlatywać, co skończyło się na odejściu mnie i Johna z The Chameleons. Nie mogę na ten temat nic więcej powiedzieć – to naprawdę nie jest przyjemne, a rozwody właśnie takie są…”

W 1987 roku Mark Burgess, John Lever, Andy Clegg i znajomy z jego poprzedniej kapeli (Music For Aborigines),  Andy Whitaker, założyli The Sun And The Moon. Ze względu na zobowiązania kontraktowe jeszcze z czasów poprzedniego zespołu, pierwsze single (“The Speed Of Life” w Wielkiej Brytanii i “Peace In Our Time” w USA) jak też debiutancki album nowego projektu Burgessa wyszły pod szyldem Geffena. Zespół, określanego w prasie jako “łatwiejsza wersja The Chameleons”, nie odniósł większego sukcesu (zwłaszcza w Ameryce, na co bardzo liczył wokalista), jakkolwiek dawni fani często pojawiali się na koncertach formacji.

W tym samym czasie dwaj byli gitarzyści The Chameleons, Dave Fielding i Reg Smithies nie próżnowali. Wszystko zaczęło się od prośby przyjaciela brata Dave’a, aby nagrali jeden numer na płytę z kowerami The Kinks (“Shangri La – A Tribute To The Kinks”) dla nowo powstałego niezależnego labela Imaginary Records. Utwór nowego zespołu gitarzystów, The Reegs, jest bardzo ciekawym coverem, utrzymującym nastrój i klimat oryginału, aczkolwiek przy użyciu bardziej nowoczesnych środków, charakterystyczna jest ściana dźwięku wytworzona przez dwóch muzyków, jak też intrygująca partia wokali Smithiesa. Zachęcani przez label, muzycy postanowili nagrać więcej materiału. Ze względu na niechęć Rega do bycia wokalistą, do zespołu dołączył Gary Lavery z Partisan Grey, którzy supportowali The Chameleons w początkach ich  kariery. Niedługo potem, w 1989 roku zespół wydał album “Return Of The Sea Monkeys”, któremy poprzedziły dwa single, “See My Friends” I “Chorus Of The Lost”. Album jest dość eklektyczny, choć od razu  zauważalne stają się partie obydwóch gitarzystów, momentami kojarzące się z późniejszymi albumami The Jesus And Mary Chain. Interesującą ciekawostką jest ostatni utwór, “All Tomorrow’s Parties”, będący instrumentalnym coverem The Velvet Underground, który zresztą pojawił się na “Heaven And Hell Volume Two – A Tribute To The Velvet Underground”, wydanym w 1991 roku.

Około 1990 roku między byłymi członkami The Chameleons ponownie wybuchł konflikt, spowodowany próbami wydania przez Marka Burgessa ostatniej EP-ki zespołu, “Tony Fletcher Walked On Water” nakładem Glass Pyramid, co zakończyło się pozwem sądowym i wstrzymaniem dystrybucji wydawnictwa. Tego typu sytuacje będą się zresztą powtarzać przez lata 90-te, głównie z powodów praw autorskich do koncertowych wydawnictw The Chameleons. Po rozejściu się dróg muzyków The Sun And The Moon, Mark Burgess przez większość lat 90-tych będzie brał udział w kilku innych quasi-solowych przedsięwzięciach, lecz żadne z nich nie powtórzy sukcesu jego macierzystego zespołu.  Z kolei byli gitarzyści The Chameleons nagrają w 1993 drugi album pod szyldem The Reegs (“Rock The Magic Rock”), będącym udaną kontynuacją tego co stworzyli na debiucie, z zauważalnymi wpływami bardzo popularnego wówczas na wyspach shoegaze’u. Pod koniec ubiegłego stulecia, muzycy zdecydowali się zakopać topór wojenny i  zostawić przeszłe niesnaski za sobą – często wspominaną w wywiadach przyczyną była samobójcza śmierć Adriana Borlanda z The Sound, z którym Burgess miał grać koncerty w Niemczech:

“Grałem wtedy z Adrianem Borlandem w Bremie w jego solowym projekcie White Rose Transmission; prosił mnie żebym zaśpiewał i zagrał na basie w jednym z jego utworów; końcowy efekt tak mu się spodobał, że chciał żebym dołączył na stałe do zespołu, mieliśmy grać koncerty i tak dalej… I wtedy on się zabił, całą trasę oczywiście odwołano, a ja wróciłem do Anglii. Spotkałem się z Dave’em i powiedziałem mu, że jeśli mamy kiedykolwiek znów wszyscy zejść jako The Chameleons, to właśnie teraz nadszedł ten czas.”

Pogodzeni ze sobą członkowie zespołu, spotkawszy się z entuzjastycznym przyjęciem widowni, po zagraniu serii koncertów w Manchesterze i okolicach, zabrali się za nagrywanie nowej płyty. W międzyczasie wydali  własnym sumptem płytkę “Strip” z akustycznymi wersjami starych utworów. Pierwszy album z nowym studyjnym materiałem po szesnastu latach przerwy, “Why Call It Anything”, nagrany ponownie z udziałem Dave’a Allena i wydany w 2001 roku, stanowi kolejny krok w rozwoju zespołu, bez patrzenia się wstecz; dominują w nim bardzo delikatne i stonowane brzmienia, z mocno wyeksponowanym akustykiem (Mark Burgess wspominał w kilku wywiadach o dużym wpływie, jaki na niego wywarł Jeff Buckley).  Wyróżniające się utwory to rozpoczynający płytę “Shades”, zmienny “Truth Isn’t Truth Anymore” i momentami reggae’owy “Miracles And Wonders” z udziałem przyjaciela zespołu, Kwasi Asante. The Chameleons ponownie wyruszają w trasę po Europie by po jej zakończeniu ponownie zaszyć się w studiu, i nagrać “This Never Ending Now” (wydany w grudniu 2002 roku), będący kontynuacją akustycznych sesji z “Strip”. Po amerykańskiej trasie promującej “Why Call It Anything”, zespół zawiesił aktywność na kilka miesięcy, by ostatecznie ponownie rozpaść w Święta Wielkanocne 2003 roku. Ostatnim oficjalnym wydawnictwem zespołu został dwupłytowy zapis koncertu w Academy (Manchester) z 2001 roku zatytułowany po prostu “Live At The Academy”.

The Chameleons pozostawali w latach 80-tych jednym z najbardziej niedocenianych zespołów, nigdy nie osiągając takiej popularności jak Echo And The Bunnymen czy U2, z którymi najczęściej bywali porównywani. Na to wszystko nakładała się zła passa zespołu, który ciągle musiał walczyć ze swoimi własnymi wydawcami o wolność artystyczną, co dodatkowo pogarszało samopoczucie muzyków; prawie w każdym wywiadzie z tamtych lat powraca sprawa konfliktów z labelami na tym tle. Lata 90-te przyniosły wzrost zainteresowania muzyką kwartetu z Middleton, głównie za sprawą zdobywającego ogromną popularność nurtu shoegaze (za którego głównych protoplastów, oprócz The Jesus And Mary Chain uznawani są właśnie The Chameleons). Wiele zespołów grających w tym stylu (z bardziej znanych Ride, Slowdive czy Kitchens Of Distinction) otwarcie deklarowało The Chameleons jako jedną ze swoich największych muzycznych inspiracji. Do dziś dzień płyty zespołu nie straciły nic ze swojego uroku, i cały czas uwodzą słuchacza niepowtarzalnym melancholijno – romantycznym klimatem; naprawdę warto zapoznać się z dokonaniami tego nieco zapomnianego, acz bardzo zasłużonego dla muzyki rockowej zespołu.


Skład:

Mark Burgess: bas i wokal 1981-1987, 2000 - 2003
Dave Fielding: gitara 1981 – 1987, 2000 – 2003
Reg Smithies: gitara 1981 – 1987, 2000 – 2003
John Lever: perkusja 1981 – 1982, 1983 – 1987, 2001 – 2003
Alistair Lewthwaite: klawisze (sesyjnie) 1983 – 1985
Andy Clegg: klawisze (sesyjnie) 1985 – 1987
Martin Jackson: perkusja 1982 – 1983
Brian Shofield: perkusja 1981

Podstawowa dyskografia:

In Shreds [7” singiel, Epic EPC A 2210, 1982]
As High As You Can Go [7” singiel, Statik STAT 30-12, 1983]
As High As You Can Go [12” singiel, Statik TAK 6, 1983]
Script Of The Bridge [longplay, Statik STAT LP 17, 1983]
A Person Isn’t Safe Anywhere These Days [7” singiel, Statik TAK 6, 1983]
A Person Isn’t Safe Anywhere These Days [12” singiel, Statik TAK 06-12, 1983]
Up The Down Escalator [12” singiel, Statik TAK 11, 1983]
Up The Down Escalator [7” singiel, Statik TAK 11-12, 1983]
Don’t Fall [7” singiel, Statik TAK 13, 1983]
What Does Anything Mean? Basically [longplay i CD, Statik LP 22/CDST 22, 1985]
Singing Rule Britannia (While The Walls Close In) [7” singiel, Statik TAK 35, 1985]
One Flesh [7” singiel, Polydor 883-220-7, 1985]
Tears [7” singiel, Geffen 928 666-7, 1986]
Tears [12” singiel, Geffen 920 486-0, 1986]
Tears [2x 7” singiel, Geffen GEF 4F, 1986]
Strange Times [longplay i CD, Geffen 9 24119-1/GEFD-24609, 1986]
Swamp Thing [7” singiel, Geffen GEF 10, 1986]
The Fan And The Bellows [longplay, Hybrid CHAM LP 1, 1986]
Tony Fletcher Walked On Water [singiel 12” i CD, Glass Pyramid EMC 1/EMC 1CD]
Strip [longplay i CD, Paradiso PARADISCOLP01/PARADISOCD0, 2000]
Why Call It Anything [CD, Artful Records ARTFULCD39, 2001]
This Never Ending Now [CD, Paradiso PARADISOCD02, 2002]
Live At The Academy [2xCD, Paradiso PARADISOCD03, 2002]


Autor: yronisdead

CRANES

Cranes, grupa wprost z południowego wybrzeża Wielkiej Brytanii (z miasta Portsmouth), określana jest często jako dream pop. Swoje niecodzienne brzmienia wydali na kilku płytach, m.in. ‘Wings of Joy’ (1991), ‘Forever’ (1993), ‘Loved’ (1994), ‘La Tragedie d’Oreste et Electre’ (1995), i ‘Population Four’ (1997). Po czteroletniej przerwie Cranes powstali na nowo, nagrywając kolejno albumy: ‘Future Songs’ (2001) oraz ‘Particles & Waves’ (2004). W tej części twórczości wyczuwa się nieco bardziej elektroniczne inspiracje niż dotychczas.

THE SUNDAYS

thesundaysDziałający w latach 1987-1997 brytyjski zespół grający alternatywny pop-rock. The Sundays powstali w Londynie z inicjatywy gitarzysty Davida Gavurina i wokalistki Harriet Wheeler. Potem do zespołu dołączyli: basista Paul Brindley i perkusista Patrick Hannin. Po debiucie w 1998 roku w londyńskim klubie Vertigo brytyjska prasa porównywała ich do The Smiths i Cocteau Twins.
W ciągu dekady istnienia grupy The Sundays wydali trzy albumy: „Reading, Writing, and Arithmetic” (1990), „Blind” (1992) i „Static and Silence” (1997). Najsłynniejsze piosenki zespołu to: „Can’t be sure” (1989) i „Here’s where the story ends” (1990).

CATHERINE WHEEL

Catherine Wheel to angielski zespół utworzony w 1990 roku w Great Yarmouth. Grupa składała się z wokalisty/gitarzysty Roba Dickinsona (kuzyna Bruce’a Dickinsona - frontmana Iron Maiden), gitarzysty Briana Futtera, basisty Dave’a Hawesa oraz perkusisty Neila Simsa. Hawes grał wcześniej w silnie zainspirowanym Joy Division zespole Eternal. Nazwa zespołu pochodzi od nazwy sztucznych ognii, którą natomiast wzięto od nazwy średniowiecznego narzędzia tortur. Zespół był zaliczany często przez krytyków do sceny shoegaze.

Zespół (wtedy jeszcze bez kontraktu płytowego) wystąpił w programie Johna Peela na początku 1991 roku; dwie 12-calowe EP-ki zostały wydane przez wytwórnie Norwich. W końcu podpisali kontrakt z dużą wytwórnią Fontana Records. Debiutancki album grupy - Ferment z 1992 roku zrobił duże wrażenie na prasie muzycznej i zawierał chyba największy hit zespołu ,,Black Metallic”.
W 1993 roku wydano drugi album ,,Chrome” wyprodukowany przez Gila Nortona. Na tej płycie zespoł zaczął oddalać się od wcześniejszej stylistyki shoegaze.
Płyta ,,Happy Days” z 1995 roku kontynuowała inspiracje hardrockowe, odnosząc większy sukces w Stanach Zjednoczonych niż zasłuchanej wtedy w britpopie Wielkiej Brytanii.
Kolekcja piosenek ze stron B singli oraz odrzuconych z sesji pt. ,,Like Cats and Dogs”, wydano następnego roku. W 1997 roku wydano płytę ,,Adam and Eve”, na której słychać bardziej eksperymentujące oblicze zespołu.
W 2000 roku zespół ze zmienioną nazwą (The Catherine Wheel) wydał w nowej wytwórni płytę ,,Wishville”. Po mieszanych opiniach recenzentów, kłopotach wytwórni i średnich wynikach sprzedaży, zespół rozpadł się.

Polysics - We ate the machine (23.04.2008)

Zaczyna się ciekawie. Ale tylko zaczyna. Gdyby nie to, że lubię wszelkie obce dźwięki typu brzdęki i piski w piosenkach, spisałabym tę płytę na straty. No i wokalista, Hiroyuki Hayashi, ma taki fajniusi, cukierkowy głos. Przywodzi mi to na myśl japońskie kreskówki, jakie oglądałam. Nie było ich wiele, ale to miłe wspomnienie dzieciństwa. Oczyma wyobraźni widzę dziewczynki harajuku z lizaczkami w rączkach skaczące w rytm muzyki. Z tym, że w „Rocket” ten rytm jest męcząco zmienny, więc zdezorientowane panienki grupują się w chórki. „機械食べちゃいました (I ate the machine)” przynosi swoistą masakrę brzmieniową, zawiera siepanie w instrumenty i zagadkowe dyszenie.
Im głębiej w las, tym więcej dzikości ujawnia płyta. Staje się wroga, syntezatory i przesterowane gitary wysuwają pazurki i błyskają złowrogo oczkami. W to wplecione są bezpardonowo piskliwe jakby-dziecięce głosiki, ale odnoszę wrażenie, że te biedne dzieci zostały zahipnotyzowane. Nie brakuje także nieokiełznanych solówek, patrz: „ポニーとライオン (Pony and lion)”, oraz szaleńczo punkowych bębnów. Świergoty wędrują od prawego do lewego głośnika z zawrotną prędkością. Rozpraszające, ale nie robi sieczki z mózgu.
Otwierająca album piosenka „Moog is love” jest apoteozą syntezatora marki Moog. Rzeczywiście, imponujące urządzenie. Zatem utwór ten zapewne jest wyznaniem bezgranicznej wdzięczności dla możliwości tego sprzętu, specyficznym hymnem zespołu. Bez Mooga nie istnieliby. A i sam Moog ich kocha. „Rocket” i „Blue noise” trącą podkładem do gier typu Mario Bros – absolutnie nie hamują ciała migdałowatego, ale za to działają retrospektywnie: któż z nas nie cieszył się tą wspaniałą rozrywką.!

Oni naprawdę brzmią, jakby zjedli maszynę… Zastosowano tu paletę osobliwości brzmieniowych, jak choćby szczekaczka, koniki polne, zgrzytanie styropianem po szkle i mnóstwo innych, do nazwania których mój aparat pojęciowy jest zbyt ubogi. Mogą one być męczące dla co wrażliwszych uszu. Jednak ma to ten plus, że „We ate the machine” nadaje się na imprezę zarówno w rytmach disco, jak i przy gandzi – transowe brzmienia podkreślą stan uczestników melanżu.
Słów nie będę się czepiać, bo po japońsku nie rozumiem, a co do angielskich – nie ma o czym mówić.

Intrygujące, że płyta jest spójna, ale nie nudna oraz szalona, ale nie irytująca. Odważna, bardzo. Tj. na tyle, na ile odważna być może, nie wkraczając na obce tereny, np. brzmień ekstremalnych.
Poprawne, ciekawe, dzikie, ale nie wnosi nic nowego w pojęcie muzyki. Ekscentrycy zawsze byli i nigdy ich nie zabraknie; Polysics mają dużą szanse na bycie zapomnianym. To prawda, że ich płyty – czasem nawet mimo słabych wyników sprzedaży – zyskują entuzjastyczne recenzje, jednak zachwycić się można wszystkim, zwłaszcza żyjąc w kulturze odrzucającej odszczepieńców jako ubytek. Czy krążek spodoba się, czy nie – to jest sprawa indywidualna jak rzadko kiedy. Jeszcze nigdy nie byłam w sytuacji, gdy nie mogę jednoznacznie stwierdzić, czy dana muzyka jest godna polecenia. Na to składa się wiele czynników: gust, nastrój, stan zdrowia, styl zabawy, a nawet wrażliwość sąsiadów.
Widać, że w tworzenie włożono mnóstwo – jak na purytańską Japonię – zaangażowania i radości. A być może nawet podczas nagrywania trzymano się za rączki, tuptano w miejscu i kiwano główkami na boki. Zaiste, uroczy jest śpiew Hiroyuki.

Szaleństwo, należy dawkować.

バイバイ!
(papa!)

MANESCAPE

maneZespół MANESCAPE powstał w wyniku koniunkcji nietypowych osobowości w roku 2006 w Głogowie, na południowym zachodzie Polski. Wcześniej znany pod nazwą LUSZ, a jeszcze wcześniej jako Retropolis. Początkowo powstawały nastrojowe piosenki opowiadające o mocnych odczuciach, obrazujące nas pędzących przez życie. Jednak po zderzeniu z pierwotną bezkompromisowością bassman’a, minimalizm i czyste dźwięki oblepione zostały brudem gitar i zaczęło się krystalizować brzmienie łączące rytmiczne, niemal transowe granie z energetycznym brzmieniem gitar, wywołując tym samym atmosferę ocierającą się o psychodeliczne wycieczki rodem z lat ‘70ych.

Rdzeniem MANESCAPE jest mocna sekcja rytmiczna, gdzie silne, często nowatorskie bębny i solidny bas przeplatają się z gardłową i zaskakującą gitarą i rozmarzonymi, ascetycznymi i nierzadko mistycznymi wokalizami. Wokalista nie ugiął się presji środowiska i nie zarzucił swej egzystencjalnej maniery wokalu, która nabiera właśnie tak silnego charakteru w nowym wydaniu. Niespodziewanie również rozwinął Daniel swój własny styl gry na gitarze, który doskonale się sprawdza w tym zestawieniu przywołując na myśl skojarzenia z magikami noise’owego neo-psychodelicznego klimatu rodem z San Francisco /Los Angeles. Perkusista to rasa sama w sobie. Potężne brzmienie i mocne uderzenie, nieustające poszukiwanie właściwych rozwiązań i to ‘coś’ trzymające całość w ryzach i wyciskające płyny ustrojowe nie tylko z uszu! Owy “bezkompromisowy basista” dodał do pozostałej dwójki dojrzałe spojrzenie, osadzony rdzeń i energię prosto z trzewi.

Mówi się o nich jak o „nowym odkryciu polskiej sceny alternatywnej” czy „zespole o zniewalającym brzmieniu”. Program 3 Polskiego Radia uznał ich za „nadzieję” i umieścił na jednej ze swoich najważniejszych kompilacji „Minimax.pl”. Mimo stosunkowo krótkiego stażu zdążyli już sporo namieszać. Zarejestrowane w 2007 roku demo „D-Tape” przyniosło grupie pierwszych fanów, a nagrana i wydana własnym sumptem płyta krótko-grająca „In Progress EP” wywarła bardzo mocne wrażenie na wciąż powiększającej się grupie miłośników muzyki zespołu. Jednak przede wszystkim przysporzyła ta publikacja tak ważnych zwolenników wśród dziennikarzy rozgłośni radiowych i muzycznych portali internetowych na terenie całej Polski. Potwierdzeniem rosnącego powodzenia grupy są sukcesy na licznych festiwalach, gdzie zajmuje czołowe miejsca, ciesząc się uznaniem zarówno widowni jak i jurorów. Zwiększająca się frekwencja na koncertach oraz uznanie wśród fanów muzyki alternatywnej zaowocowało pierwszą krótką trasą „POWERED by MANESCAPE 2008 Tour”, na której reakcje i opinie
fanów jak i sprzedaż jedynej publikacji zespołu przerosła najśmielsze oczekiwania zespołu. Obecnie Manescape kończy przygotowania utworów na pierwszą pełnowymiarową płytę, której nagranie planowane jest na lato 2009.

Obecny skład to jest to, do czego dążyli…
Daniel Paluszek - guitar, vocals
Piotr Lubiak – bass, back vocals
Tomasz Piechowiak – drums

SILVERSUN PICKUPS

Silversun Pickups (w skrócie SSPU) jest amerykańskim zespołem grającym indie rock/shoegaze.
Zespół składa się z Briana Auberta (wokal/gitara), Nikki Monninger (wokal/bass), Christopher Guanlao’a (perkusja), oraz Joe Lestera (keyboard). Członkowie zespołu są przyjaciółmi, którzy od dawna ze sobą grali. Zespół grał w rożnych ważnych klubach w Los Angeles i po wydaniu swojego EP „Pikul” zaczął przybierać na popularności. Zespół gra porównywalnie do The Smashing Pumpkins.

THE TELESCOPES

The Telescopes to zespół, który powstał w 1986 r. za sprawą Stepehna Lawrie (wokal, gitara akustyczna) oraz Joanny Doran (podkład wokalny, gitara rytmiczna), Davida Fitzgeralda (gitara prowadząca), basisty Roberta Brooksa i Dominica Dillona (bębny i perkusja).
Muzykę, jaką ma w swym dorobku grupa , można określić jako eksperymentalną/noise lecz również lawiruje ona na pograniczu shoegaze i space rocka, a
w ich piosenkach słychać inspiracje takimi artystami jak Jesus and Mary Chain, My Bloody Valentine czy Spacemen 3.
W 1988 r.w wytwórni Cheree, grupa wraz z zespołem Loop wydała tak zwany “split flexi-disc”, na którym zamieściła pierwszy singiel pt. “Forever Close Your Eyes”,
Rok później opublikowali swój debiutancki utwór “Kick the wall” oraz “7th# Disaster” natomiast pierwszy longplay “Taste” wydali za pośrednictwem niezależnego, amerykańskiego What Goes On Records. “Perfect Needle”, przełomowy singiel, również wydany w tej wytwórni, stał się bodajże najbardziej znaną piosenką The Telescopes.
W styczniu 1990 r. zanim światło dzienne ujrzał koncertowy LP “Trade Mark of Quality” ,(w wytwórni Fierce), zespół opublikował 12-inch krążek “To Kill A Slow Girl Walking”. Niedługo po tym, What Goes On Records zbankrutowało a zespół wstąpił do Creation Records i wraz z tą zmianą nadeszła kolejna, w brzmieniu.
Nie był to teraz powolny , wpadający w trans noise rock , (coś na miano Spacemen 3, a sięgając dalej - nawet The Stooges) lecz bardziej przestrzenny,
lekki i rozmarzony dźwięk, który tkwił w świeżo wydanym “Celeste” , “Flying” oraz “Everso”. W ‘91 r. Singiel “Flying” zajął 79 miejsce w UK Charts.
Drugi album studyjny “# Untitled Second” , zawierający sporą dawkę psychodelii i “uduchowionych” rytmów, został wydany w 1992 r. i można zaliczyć go
do grona shoegazowych klasyków.
The Telescopes rozpadł się w ‘94 r. jednakże w ‘96 r. wokaliści ponownie zjednoczyli się i uformowali Unisex, obecnie zespół nieco zapomniany; do Stephena Lawrie
oraz Jo Doran dołączyli Nick Hemming (kompozytor muzyki filmowej), Andrew Foster oraz Dan Thompson.
W 1996 r. ukazał się pierwszy utwór Unisex - “They Do Feel Strange”. Następnie grupa wydała EPkę “Deadlock” w 2000 r. a wkrótce po tym, album “Stratosphere”
Wielką niespodzianką okazał się powrót ‘Telescopes w roku 2002, wydali wówczas “The Third Wave” , a w 2005 r. już czwartą płytę “The Telescopes #4″ w własnej wytwórni ,Antenna Records. Wtedy odbyli trasę po Wielkiej Brytanii, wraz z Experimental Audio Research jako supportem.
W 2006 r. skład znów uległ zmianie, pozostał tylko założyciel zespołu czyli Lawrie , a dołączyła do niego Bridget Hayden, która gra także okazjonalnie w Sunburned Hand Of The Man.
W tym samym roku zespołowi udało się wydać zarówno mini album “Hungry Audio Tapes” jak i EPkę “Night Terrors”. Grupa postanowiła skupić się na eksperymentach oraz muzyce noise ,obecnie koncertuje i wydaje kolejne nagrania.

Newsy o The Telescopes : http://www.myspace.com/thetelescopes
Nieoficjalna strona zespołu : http://www.thetelescopes.com/

autor: Inez

The Autumns - In the russet gold of this vain hour (15.02.2000)

Trzecia recenzja, a ja już chciałabym trafić na słabą płytę. Żeby móc ją zjechać. Opluć. Zmieszać z błotem. Zmiażdżyć obcasem, a potem uśmiechnąć się i odejść, poprawiając szminkę na ustach. Ech, jak się okazuje, nie można notorycznie przebywać w idealnym świecie. Do następnej recenzji postaram się wyszukać coś beznadziejnego.

Na pierwszy ogień rzucam teksty. Osobiście jestem wobec tych wymagająca; puste i bezsensowne są w stanie skreślić piosenkę na wieki. „This is the end you’re searching for, this is it, this is all, this is the dream where you hit the floor” oraz „Hung in drapes of palest lace, from the stakes of brittle grace. It’s away, my love” z otwierającej album „Boy with the aluminium stilts” i już wiem, że mam czego szukać dalej. Piosenki mówią o miłości i krwi, ale to wszystko zaklęte jest w czarujące porównania i metafory: „Once in the slumber and frost we’re clinging” z „June in her frost and fur” i sam tytuł kolejnej piosenki „Mistral chimes at nightfall” są przykładami intensywnych, ale nie przesłodzonych fraz. Przykładem magii niech będzie „Soft spoken spells as their voice often quells thus alluring her near” z „The wreathe and the chain”. „Witch hazel” rozwiała moje obawy dotyczące braku „lirycznego uderzenia”. Oczywiście nie był to brutalny cios, a mocniejszy akcent, nie odstający od całości.

„Będą nudy” – pomyślałam, włączywszy pierwszy utwór. Jednak po zaznajomieniu się z całą płytą stwierdziłam, że piosenka nie ma nic wspólnego z przewidywalnością. Monotonna, ale delikatna, urzekająca. Ten piękny falset, subtelna perkusja i niebezpieczne przestery stanowią lekkie wprowadzenie do całej głębokiej dźwiękowo reszty.
Nastoletnim zachwytem pozwolę sobie stwierdzić: jaki ten facet ma piękny głos. Harmonizuje on z linią melodyczną lub tworzy wysublimowany „utwór w utworze”. Jest jak pokryta rosą pajęczyna gdzieś w załamaniach chropowatej – dobrze wyczuwalnej – kory. Wokalista Matthew Kelly ma moc w delikatności – potrafi zaczerpnąć uczuć słuchacza, nie siląc się na wrzaski lub łkania.
Odnoszę wrażenie, jakoby instrumenty były dla wokalu: tworzą idealny podkład, ale nigdy nie wysuwają się na pierwszy plan. Stanowią perfekcyjne dopełnienie i razem z nim opowiadają historię, lecz nigdy nie są krzykliwe. Więcej – one są tworzone przez muzykę, która niejako powołuje je do życia, wzywa do kreowania tej eterycznej siły spokoju. Całość jest jak poranna mgła, unosząca się sennie nad gruntem, nim rozpłynie się w namnażających się promieniach słońca lub wzleci niepostrzeżenie do nieba. Muzyka, która wprowadza niepokój wymagający rozważań.

Płyta bardzo przyjemna dla ucha, a jednocześnie bezpretensjonalna. Jednolita, ale nie nudna. Stonowana, ale poruszająca. Odmierza czas, dawkuje deszcz i wiatr. Pozwala zwolnić tempo i przepuścić pędzący świat obok, uspokoić nerwy i wyruszyć na poszukiwanie zagubionego „ja”. Wszelako intryguje niespodzianką ostatnich pięciu minut: końcówka „Witch hazel” i początek utworu dziesiątego – „ In the russet gold of this vain hour” są jakby linią graniczną; ostatnia piosenka jest… inna. Nie wyłamuje się z konwencji i stylu, ale jest poniekąd bardziej zmysłowa, zmysłowością niepewną. Intymna, jak bliskość w tańcu, lżejsza. Bardziej senna.
Czyli nie generalizujmy.

A SUNNY DAY IN GLASGOW

A Sunny Day in Glasgow to zespół wykonujący muzykę łączącą w sobie dream pop, noise pop, shoegaze, indie i ambient. Jego początki sięgają 2005 roku, kiedy to do Filadelfii w USA powrócili z Wielkiej Brytanii Ben Daniels i Ever Nalens. Postanowili stworzyć dwuosobowy projekt muzyczny, Nalens, były mieszkaniec Glasgow, wymyślił również jego nazwę. Po kilku miesiącach porzucił jednak projekt i Daniels zaproponował rolę wokalistki swojej siostrze, Robin. Wkrótce dołączyła do nich Lauren, bliźniacza siostra Robin. Nagrań dokonywano w mieszkaniu Bena i w domu rodzinnym na przedmieściach, gdzie odgłosy ulicy nie przeszkadzały w miksach.
W marcu 2006 roku zespół zebrał kilka swoich piosenek i wydał je jako EP, zatytułowane „The Sunniest Day Ever”. Zainteresowali się nim bloggerzy muzyczni, co przyciągnęło uwagę krytyków i radia. Już jesienią zaowocowało to podpisaniem kontraktu z Notenuf Records.
13.02.2007 zespół wydał swój debiutowy album, „Scribble Mural Comic Journal”. Zebrał on znakomite recenzje, m.in. Drowned in Sound nazwał krążek „pretendentem do albumu roku”.
A Sunny Day in Glasgow zebrali utwory ze swoich wczesnych sesji nagraniowych i wydali je na krążku zatytułowanym „Tout New Age” 10.07.2007.
W sierpniu 2008 roku album „Scribble Mural Comic Journal” ukazał się na winylu nakładem Ruined Potential Records.
Na 15.09.2009 zapowiedziana jest premiera drugiego albumu, zatytułowanego „Ashes Grammar”.
Obecny skład zespołu: Ben Daniels (komponowanie), Robin Daniels (wokal/instrumenty klawiszowe), Lauren Daniels (wokal/instrumenty klawiszowe), Josh Meakim (perkusja), Brice Hickey (gitara basowa).

A PLACE TO BURY STRANGERS

A Place to Bury Strangers to trio grające muzykę z pogranicza shoegazingu i muzyki psychodelicznej, z domieszką indie i space rocka. Zespół powstał w 2003 roku na Brooklynie w Nowym Jorku. W jego skład wchodzą Oliver Ackermann (gitara/wokal), Jonathan “Jono MOFO” Smith (gitara basowa) i Jay Space (perkusja).
Lata 2004-2006 upłynęły pod znakiem częstego koncertowania (m.in. u boku Brian Jonestown Massacre), zespół nagrywał też EP, które następnie sprzedawał na swoich występach. Pod koniec 2006 roku wzbudził zainteresowanie Jona Whitney’a, właściciela wytwórni Killer Pimp, który zaproponował zebranie całego materiału zgromadzonego na EP-kach, zremasterowanie go i wydanie jako LP. Zespół wahał się, jednak ostatecznie doszło do porozumienia. W międzyczasie A Place to Bury Strangers zagrali przed The Jesus And Mary Chain, czyli jedną ze swych największych muzycznych inspiracji. 17.09.2007 ukazał się wreszcie debiutowy album, zatytułowany po prostu „A Place to Bury Strangers”. Ściśle limitowana liczba kopii rozeszła się bardzo szybko, dokonano więc kilku wznowień, ostatnie miało miejsce w listopadzie 2008 roku, nakładem wytwórni Rocket Girl. Krążek został znakomicie przyjęty przez krytyków i szybko zyskał światowy rozgłos, w czym duży udział miały entuzjastyczne opinie opiniotwórczego vortalu Pitchfork. APTBS okrzyknięto nową nadzieją shoegazingu, zyskał też miano „najgłośniejszego zespołu w Nowym Jorku”, a jego muzykę określono, jako „druzgocącą uszy”.
Od tamtego czasu A Place to Bury Strangers koncertowali między innymi z Nine Inch Nails i MGMT.
Na początku 2009 roku zespół podpisał kontrakt z Mute Records. Premiera nowego albumu, zatytułowanego „Exploding Head”, zapowiedziana jest na 06.10.2009.

Klimt 1918 - Just in Case We’ll Never Meet Again (Soundtrack for the Cassette Generation) 23.06.2008

Znacie to uczucie będące syntezą smutku, radości i tęsknoty, pojawiające się w momencie, kiedy przypadkiem natrafia się na rzecz sprzed lat pięciu, dziesięciu, czy piętnastu? Kiedy z niewiadomych przyczyn zaczyna się robić porządek w szufladzie biurka, lub przekopuje się przez całą stertę materiałów związanych ze szkołą? Kiedy przegląda się stare zdjęcia, bilety do kina, wpisy w pamiętniku? Niektórzy nazywają je melancholią, ale to tylko słowo, nijak nie mogące oddać tego wszystkiego, co w takim momencie dzieje się w ludzkiej głowie. Wreszcie, czy pamiętacie epokę kaset? Szum magnetofonu i głośne szczęknięcia, kiedy taśma przesuwała się do końca? Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy natrafiłem na swoje stare kasety i kiedy postanowiłem je przesłuchać. Nawet jeśli jakość, z racji sporego zużycia materiału, pozostawiała sporo do życzenia i tak nie mogłem zrozumieć, jak płyty winylowe, których jestem fanem, oraz właśnie kasety magnetofonowe, mogły zostać wyparte przez bezduszne nośniki cyfrowe. Być może są one nieśmiertelne, ale – moim zdaniem – nieśmiertelność samej muzyki zdecydowanie lepiej oddaje nośnik analogowy.
To jeszcze nie koniec tego odrobinę przydługiego wstępu. Uważam bowiem, iż muzyka to nie tylko to, co znajduje się na krążku, czy taśmie. Muzyka to nie tylko występ na żywo, znakomite instrumentarium i nagłośnienie. Siła i mistrzostwo muzyki tkwią w naszych odczuciach, w tym jak ją odbieramy, w tym, co pozostaje w naszych głowach po odsłuchu, zarówno pierwszym, jak i sto pierwszym, w jaki sposób zmieniamy się pod jej wpływem. Jeżeli powyższe słowa brzmią dla Was znajomo, to mogę się założyć, że niejedną chwilę spędzicie przy „Just In Case We’ll Never Meet Again”, ścieżce dźwiękowej dla ludzi wychowanych na muzyce płynącej z szumiącego radiomagnetofonu.
Klimat 1918 przeszedł długą drogę od swojego pierwszego albumu, „Undressed Momento”, którego brzmienie mogło kojarzyć się z Anathemą, czy Katatonią. Elementy gotyckie w dużej mierze zanikły już na drugim krążku, intrygująco zatytułowanym „Dopoguerra”, pojawiły się nań również „momenty” zgoła nieoczekiwane, zapowiadające jednocześnie dalszą przemianę. Dopiero jednak „Just In Case We’ll Never Meet Again” przedstawia zespół w pełnym, shoegazingowo-dream popowym blasku. Gitarowe ściany dźwięku, niezwykle charakterystycznie grająca sekcja rytmiczna i melancholijny wokal, porażają od pierwszej sekundy albumu. Włosi, muzycznie i nie tylko, kojarzeni z kiczem (vide włoskie zespoły progrockowe), mają jednocześnie niezwykłą zdolność zręcznego nim żonglowania. Motywy, które przywodzą na myśl plastikowy synth pop lat osiemdziesiątych, zostały niezwykle umiejętnie i naturalnie wkomponowane w typowo shoegazingową, oniryczną aurę. Krążek jest to prostu urzekający.
Można by zarzucić tekstom naiwność i ckliwość, lecz byłaby to zwykła złośliwość. Stylistyka, w jakiej porusza się Klimat 1918, jest jasna. Ma być o dzieciństwie, utraconych miłościach, samotności i zwykłym zamyśleniu, ma być o zdradach i złudzeniach, ma być wreszcie naiwnie, bo i dla naiwnych jest ten album skierowany. Duże słowo? Być może sformułowanie „naiwny” powinienem był zastąpić sformułowaniem „marzyciel”, ale – szczerze mówiąc – w tym kontekście nie widzę pomiędzy nimi większej różnicy. Jeżeli się na nie, Drogi Czytelniku, obruszasz, to powiedz, czy nigdy nie patrzyłeś w niebo, powtarzając sobie, że wszystko będzie dobrze i już nigdy nie popełnisz tych samych błędów? Czy nie wypominałeś sobie nigdy czegoś, co kiedyś zrobiłeś, pomimo podświadomej pewności, że za drugim razem zachowałbyś się dokładnie tak samo?
Celowo więcej miejsca w tej recenzji poświęcam uczuciom, niż samej muzyce. Taka jest bowiem specyfika opisywanej płyty; w swej prostocie trafia ona w sam środek ludzkiego umysłu i – pozwolę sobie na luksus możliwości popadnięcia w chwilowy patos – serca. Ludzie dorastają szybciej, niż potrafią to sobie uświadomić, dorastają szybciej, niż kasety, które zalegają gdzieś w ich szufladach, zapomniane i skazane na niełaskę. Pozwólmy sobie zatem na chwilę refleksji, na głupie i przyziemne rozmarzenie. Wbrew temu, co mówi nam instynkt, pielęgnowanie dziecka, jakie wciąż w nas tkwi, w niczym nie szkodzi.
Jeżeli przekonałem Was przynajmniej częściowo, to kiedy już pozwolicie sobie na własny moment zapomnienia, najlepiej w wakacyjną noc, przy lampce wina, w towarzystwie najbliższej osoby, zachęcam, aby ścieżką dźwiękową stała się płyta „Just In Case We’ll Never Meet Again (Soundtrack For The Cassette Generation)”.

I drop off these notes
I turn on the amp.
This song wants to make you cry.