PREMIERA THE SPOUDS
30 września 2009 NEWSY

Wszystkich warszawiaków zapraszamy już w ten piątek na koncert zespołu The Spouds. Nie będzie to jednak zwykły występ, gdyż na ten właśnie dzień przewidziana jest premiera ich debiutanckiego materiału zatytułowanego “Serenity is only a brainwave”. Jeśli lubicie klimaty noisowe, gaze’owe i posthardcorowe, nie może was tam zabraknąć, tym bardziej, że każdy z uczestników wydarzenia otrzyma w prezencie wspomniany krążek zespołu.
Jako gość specjalny zagrają specjaliści od garażowej psychodelii Rachael, a after do białego rana poprowadzi DJ Gracz Duda.
Warszawa, klub Saturator ul. 11 listopada 22.
Piątek 2 października 2009 godzina 20:30, wstęp 15zł (w cenie płyta The Spouds)
Tagi: garage, indie, noise, Polska, post-shoegaze, rock alternatywny
a Sunny Day In Glasgow szuka wokalistki
26 września 2009 NEWSY

Na oficjalnej stronie zespołu znajduje się notka na ten temat. Szczególnie pożądana jest kobieta śpiewająca sopranem. Nie ma żadnych przeciwwskazań geograficznych, w oczach zespołu wszyscy są równi, jednak pojawiła się wzmianka, że dobrze by było, gdyby kandydatka pochodziła z Filadelfii lub Sydney, bo tam obecnie przebywają członkowie grupy.
Zespół wydał niedawno album Ashes Grammar, w związku z czym zapowiadają dwie trasy koncertowe: krótką tej jesieni oraz dłuższą w przyszłym roku. Daty jeszcze nieznane.
Tagi: ambient, dream pop, noise pop, Stany Zjednoczone
OREN LAVIE
25 września 2009 ZESPOŁY

Oren Lavie urodził się i spędził swoją młodości w Izraelu. W 1997 jego sztuce zatytułowanej “Sticks and Wheels” przyznano nagrodę główną w konkursie “Acco Festival of Alternative Israeli Theatre”. Sztukę tę wystawiano później w teatrach Tel Awiwu przez 1998 rok. W tymże roku rozpoczął on studia na prestiżowej London Academy of Music and Dramatic Art (LAMDA). Po ukończeniu studiów, jego dwie sztuki były wystawiane na deskach teatrów w Londynie.
W 2001 roku przeniósł się do Nowego Jorku gdzie skoncentrował się na pisaniu piosenek. Ze zgromadzonym materiałem udał się w 2003 do Berlina, gdzie rozpoczął nagrania, pracując jako swój własny producent. Jego pierwszy album zatytułowany “The Opposite Side of the Sea” został ukończony w 2006 i wydany w Europie na początku 2007 roku. W jego kompozycjach zawsze pojawia się dźwięk pianina lub gitary i jego własny wokal, wzbogacony często o partie smyczkowe (wiolonczelę solo, kwartet, orkiestrę kameralną) i inne, głównie nie-elektroniczne instrumenty, co nadaje jego piosenkom niepowtarzalny klimat i klasyczne brzmienie połączone z nowoczesnymi kompozycjami.
Dyskografia:
2007 - “The Opposite Side of the Sea”
2008 - “Opowieści z Narnii: Książę Kaspian (soundtrack)”, Piosenka “A Dance ‘Round the Memory Tree”
Przedstawiony teledysk uważam za jeden z najlepszych obejrzanych w moim życiu
Tagi: acoustic, alternative, folk, indie, singer-songwriter
The Postal Service - Such great heights (teledysk na dziś)
24 września 2009 TELEDYSKI
Tagi: alternative, electronic, indie, indie pop, Stany Zjednoczone
SCARLET YOUTH
23 września 2009 ZESPOŁY
Scarlet Youth to zespół wywodzący się z Finlandii, gdzie powstał ze współpracy członków grup takich jak: Iconcrash, ShamRain, Kemopetrol & Sidewaytown. Pierwsze kroki zespół postawił wiosną 2004 roku; był to powrót pasji do tworzenia shoegazu na bazie twórczości legend gatunku: Slowdive, My Bloody Valentine, Chapterhouse etc. Zaowocowało to powstaniem pierwszych kompozycji. Na początku procesu twórczego - jeszcze nie nazwanego bandu - zaczątki utworów istniały jedynie na twardym dysku komputera Kalle’a Pyyhtinen’a, który nie planował wydania ich, czy znalezienia towarzyszy do wspólnego tworzenia. Jesienią 2007 roku pojawiła się nowa iskra i Kalle stworzył nowe utwory, a część starych została zmodyfikowana. W tym okresie do Kalle’a dołaczył Markus Baltes - wokalista, dzięki któremu ten shoegazowy projekt zaczął nabierać rumieńców. Na początku 2008 roku Kalle i Marcus pracowali nad nagraniami demo a latem do zespołu doszedł perkusista Jaani Peuhu oraz basista Riku H. Mattila. Przygotowania do wydania EP’ki “Breaking the Patterns“, rozpoczęły się pod koniec sierpnia i trwały do listopada, kiedy to materiał został zremasterowany. W tym okresie kapela powiększyła się o gitarzystę Marko Soukka. Scarlet Youth zyskało zainteresowanie fanów na całym świecie wywołując bardzo pozytywne reakcje. Część materiału została wydana przez Homesick Music, 4 marca 2009 roku. Zespół pracuje nad swoim debiutanckim albumem.
Skład: Markus Baltes - wokal
Kalle Pyyhtinen -gitara&klawisze
Marko Soukka - gitary
Riku H. Mattila - bas
Jaani Peuhu - perkusja&bębny
Nieoficjalny klip Scarlet Youth:
Tagi: alternative, Finlandia, shoegaze
Wywiad z Piotrem Cudnokiem z zespołu Powieki
22 września 2009 WYWIADY, ZESPOŁY

Trwało to i trwało. Co chwilę coś nam wypadało ale najważniejsze, że udało się doprowadzić całość do końca.
Lucjan Lucimiński: Piotr od czego zaczęła się Twoja przygoda z muzyką? Co skłoniło Cię by zacząć grać, kiedy to było i dlaczego gitara basowa, chyba, że na początku był inny instrument?
Piotr Cudnok: Przygodę z muzyką rozpocząłem niedługo po przyjściu na świat. Jeszcze zanim to nastąpiło moi rodzice zdołali zaopatrzyć się w adapter marki Unitra i zgromadzić w międzyczasie sporo płyt analogowych, które upiększały pierwsze lata mojego życia. Słuchaczem byłem więc niemalże od zawsze. Gdy skończyłem jakieś 8 lat w mojej kolekcji zaczęły pojawiać się nieśmiało pierwsze kasety magnetofonowe. Najcieplej wspominam do dzisiaj album Get a Grip Aerosmith, który gościł niezliczoną ilość razy w najróżniejszych odtwarzaczach, z którymi miałem wówczas styczność. Od niego też zaczęła się poniekąd moja właściwa przygoda z wyszukiwaniem nagrań wykonawców, którzy mogliby mnie zainteresować, a w tamtych czasach nie było to łatwe. Dostęp do muzyki był dość ograniczony. Powoli zaczęły pojawiać się na rynku płyty kompaktowe, ale ich kupno było początkowo swego rodzaju luksusem. Główne źródło poznawania stanowiły więc nabywane od czasu do czasu kasety oraz koledzy z podwórka posiadający kasety, które można było od nich przegrać.
Jeśli chodzi o granie muzyki - nie wyglądało to już tak kolorowo. Gdy poszedłem do podstawówki rodzice chcieli zapisać mnie do szkoły muzycznej. Z różnych powodów ostatecznie tak się nie stało, czego do dzisiaj żałuję. Wolałem wtedy bawić się na podwórku w Pogromców Duchów.
Za gitarę chwyciłem dopiero w ósmej klasie. Początkowo była to klasyczna rosyjska gitara z grubymi, metalowymi strunami, nie zawsze strojąca na poszczególnych progach. Podstawy starałem się opanować sam, sporo pomógł mi też wówczas Maciek Zych, z którym ostatecznie po latach spotkaliśmy się w Powiekach. Rok później za pieniądze uzbierane z urodzin i gwiazdek udało mi się kupić pierwszą gitarę elektryczną. Był to używany Hohner o klasycznym wyglądzie Gibsona.
Gitara basowa pojawiła się u mnie dość późno, bo zaledwie kilka lat temu. Nie był to do końca zaplanowany zakup. Kolega pozbywał się instrumentu po okazyjnej cenie. Skorzystałem i tak już zostało do dzisiaj.
LL: I nie chcesz wracać do gitary już?
PC: Cały czas mam w domu gitarę. To nie jest tak, że się od tego instrumentu kompletnie odciąłem. Z racji roli, jaką pełnię w zespole - najwięcej uwagi poświęcam gitarze basowej i to jest mój priorytet, jeśli chodzi o ćwiczenia.
LL: To opowiedz jak przebiegała droga do projektu Powieki, ponieważ z tego co wiem był po drodze zespół Gra Pozorów, czy jeszcze coś wcześniej?
PC: Różnie z tym bywało. Zdarzały się spotkania trwające kilka prób, zdarzały się i takie, które kończyły się po jednej. Duża część z nich nie doczekała się nawet żadnej konkretnej nazwy. Później nastąpił okres stagnacji i rozglądania się za osobami, z którymi można by było zrobić coś konkretnego. Pewnego dnia przyszedł mi do głowy Michał, z którym znaliśmy się wcześniej bardzo pobieżnie z racji tego, że jest bratem Maćka. Zadzwoniłem, umówiliśmy się na próbę. Epizod w Grze Pozorów zaliczyłem nieco później, kiedy już Powieki pomału raczkowały.
LL: I zrezygnowałeś z Gry by zająć się na poważnie Powiekami, tak?
PC: Po części tak, chociaż miałem wówczas wystarczająco dużo czasu, żeby grać w dwóch zespołach. Nie chciałbym zagłębiać się w szczegóły. Ja robię swoje, oni robią swoje. Życzę chłopakom wszystkiego dobrego.
LL: To w jaki sposób ukształtował się skład Powiek, pojawił się Michał a później? Kiedy postanowiłeś, że w tym projekcie będziesz śpiewał? Zawsze chciałeś być frontmanem czy w Twoim przypadku to za dużo powiedziane?
PC: Później przez bardzo długi czas nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego gitarzysty. Po drodze było ich kilku, a jak nie było żadnego to spotykaliśmy się z Michałem w piwnicy i nagrywaliśmy swoje ówczesne pomysły na taśmy magnetofonowe. Sytuacja zmieniła się pod koniec czerwca 2006, kiedy to dołączył do nas Szymon, z którym już na początku sierpnia zagraliśmy pierwszy koncert. Od sierpnia do listopada w składzie znajdował się również drugi gitarzysta - Ksawery. Następnie jego miejsce zajął Maciek, z którym gramy do dzisiaj, a Szymon opuścił zespół kilka miesięcy później.
Jeśli chodzi o drugie pytanie - nie czuję się frontmanem. Większość utworów powstaje kolektywnie. Czasem zdarzało mi się przynieść na próbę pomysły na bas i głos, następnie wspólnie próbowaliśmy zrobić z tego pełnoprawny utwór. Od kiedy pamiętam zawsze było tak, że każdy dodawał coś od siebie. Co innego jeśli chodzi o teksty.
To, że stanąłem za mikrofonem wyszło w miarę naturalnie. Mam powiedzmy jakąś swoją prywatną wizję i nie jestem pewien, czy chciałbym aby ktoś się do niej mieszał. Nie chciałbym więc śpiewać cudzych tekstów, a i czułbym się trochę dziwnie gdyby kto inny śpiewał teksty pisane przeze mnie, przynajmniej jeśli chodzi o ten zespół.
LL: Wspomniałeś o tekstach, które sam piszesz. Jak słychać to w waszych utworach są to surrealistyczne opowieści, dziwne historie odbiegające od tych, które słyszy się na co dzień. To jest takie specjalne zamierzenie czy po prostu odzwierciedlają one część Ciebie i inaczej wyglądać by nie mogły? A może coś na Ciebie wpłynęło, że zacząłeś pisać w ten sposób?
PC: Każdy ma jakiś swój styl pisania, w którym czuje się najlepiej. Osobiście nie lubię podawać wszystkiego na tacy. Świadomie zostawiam słuchaczowi pole do własnych wyobrażeń. Myślę jednak, że jest w tych tekstach też sporo bezpośrednich sformułowań, które co prawda nie muszą, ale mogą naprowadzić słuchającego na właściwy tor. Jeśli chodzi o wpływy to inspiruje mnie to, co dzieje się wokół, rzeczy i zjawiska, które obserwuję, więc w tym miejscu pojadę standardem i nie będzie niestety żadnej niespodzianki.
LL: Myślałem, że nasłuchałeś się Ścianki… ale tytuł piosenki Black shirts to chyba żart? Kojarzy mi się to z powiedzeniem: “czarne - wściekłe” a piosenka jest przecież bardzo spokojna, wręcz ospała. To chyba taki przewrotny tytuł. Z drugiej strony Stacja sufit, której tytuł według mnie świetnie pasuje do tej kompozycji. Co myślisz na ten temat, skąd biorą się tytuły piosenek?
PC: Z tytułami mam zazwyczaj mały problem i ostatnio pojawiają się dużo później od samego tekstu i warstwy muzycznej. Kiedyś rodziły się niemal od razu. Nie przepadam za konwencją pod tytułem „nie ma nazwy to niech będzie kawałek refrenu”, chociaż czasem zdarza mi się z niej korzystać. Tak jest w przypadku wspomnianego przez ciebie Black Shirts. Tekst jest dość prosty, wróciłem myślami parę lat wstecz i odniosłem się do tamtego okresu. Piosenka jest spokojna… cóż, tak już wyszło.
LL: Żeby nie pytać o inspiracje muzyczne pomyślałem, że lepiej będzie jak poproszę Cię o wymienienie chociaż pięć ulubionych płyt.
PC: Słucham bardzo dużo muzyki i ciężko jest mi wyciąć z tego wszystkiego pięciu faworytów. Powiem więc może o kilku wybranych albumach, które według mnie warto poznać i do których chętnie wracam.
The Velvet Underground – The Velvet Underground & Nico – klasyczna pozycja klasycznego składu. Pewne niedoskonałości dodają jej tylko uroku.
The Vaselines – The Way Of The Vaselines: A Complete History – zbiór wszystkich studyjnych nagrań szkockiego zespołu, który zasłynął głównie z utworów coverowanych przez Nirvanę. Pozornie proste, wpadające w ucho melodie, które wciąż towarzyszą mi przy różnych okazjach.
Sonic Youth – Goo – płyta, do której do dzisiaj mam największy sentyment, bo była to pierwsza studyjna płyta Sonic Youth, z którą się zapoznałem. Idealnie wyważone proporcje pomiędzy brudem i melodią.
Miles Davis – Filles De Kilimanjaro – moja ulubiona płyta Davis’a. Rozbudowane kompozycje plus rewelacyjny Tony Williams na perkusji. Jazz w najlepszym wydaniu.
At The Drive-In – Relationship Of Command – mam słabość do tego zespołu. Płyta stawia na nogi szybciej niż poranna kawa.
Z nowszych rzeczy: Akron/Family i album pod tym samym tytułem.
Na koniec dorzucę jeszcze coś z Polski: Something Like Elvis – Personal Vertigo – debiut nieistniejącego już zespołu, który do dzisiaj często obraca się w moim odtwarzaczu. Melodia plus hałas, a na deser akordeon. Szczerze polecam.
LL: Co do albumu Relationship Of Command zespołu At The Driver-In zgadzam się w stu procentach. Zdecydowanie budzi fantastycznie.
Słyszałem pogłoski o pomyśle na teledysk do jednej z waszych piosenek to prawda? Trwają jakieś prace w tym kierunku?
PC: Szczerze? Nie trwają. To prawda, że przy różnych okazjach kilkakrotnie pojawił się taki pomysł. Nie poczyniliśmy jednak w tym kierunku żadnych konkretnych działań, więc w tym momencie nie mogę nic więcej na ten temat powiedzieć. Nie wiem nawet do którego utworu miałby taki obraz powstać.
LL: W takim razie może wymienisz kilka przez siebie ulubionych?
PC: Jest sporo świetnych teledysków. Na pewno sporej części z nich nie mam w tym momencie w głowie, ale z tych, które nasuwają mi się na myśl: Blur Coffee & TV - za oryginalny pomysł, Bjork Human Behaviour - piękny klip z piękną scenografią i zdjęciami. Z polskich na pewno Białe Wakacje Ścianki czy Trzynastka Projektu SI 031.
LL: Chciałbym byś opowiedział jeszcze o przygodach zespołu z muzyką „filmową”. Przywiązujesz dużą uwagę do muzyki podczas oglądania filmów? Jest kompozytor takowej którego cenisz najbardziej bądź może wspominasz któryś z filmów właśnie ze względu na muzykę?
PC: Powieki miały do tej pory 3 przygody z filmem. Dwie pierwsze to motywy zrobione do filmów krótkometrażowych. Jeden z nich nie został jeszcze do dzisiaj ukończony, drugi jest gotowy już od dłuższego czasu, ale nie możemy się wciąż zebrać, aby zarejestrować studyjnie zrobione do niego dźwięki. Trzecia i największa chyba jak dotąd przygoda to muzyka wykonana na żywo do niemego filmu Kult Ciała Michała Waszyńskiego z 1930 roku w ramach 38 Lubuskiego Lata Filmowego w Łagowie. Są to niewątpliwie nowe i fajne dla nas doświadczenia. Lubimy po prostu robić to, co w jakiś sposób rozwija nas jako zespół. Jeśli chodzi o muzykę filmową to niesamowite wrażenie zrobiły na mnie swego czasu motywy muzyczne Clint’a Mansell’a wykonane przez Kronos Quartet w Requiem For A Dream. Mocna rzecz.
LL: Bardzo podobają mi się okładki do waszych ep’ek. Jaka jest ich historia, kto je wykonał i dlaczego przedstawiają to co przedstawiają?


PC: Obie okładki wykonała Małgorzata Lewandowska-Zych, prywatnie żona Michała. Z pierwszą jest dłuższa historia, ponieważ projekt powstał już rok wcześniej, jako robocza okładka do demówki, którą wysłaliśmy na jeden z festiwali. Przy okazji Trzasków były różne inne projekty i propozycje, ale ostatecznie wybraliśmy właśnie ten. Inspiracją był tu jeden z obrazów Paula Klee z 1922 roku. Z Szeptami poszło o wiele sprawniej, ponieważ pojawił się jeden właściwy projekt, tyle że w kilku wersjach. Jednogłośnie wybraliśmy tę, która znajduje się na okładce.
LL: Skoro znaleźliśmy się wśród sztuki malarskiej, którego z malarzy cenisz najbardziej?
PC: Salvador’a Dali.
LL: Stąd pewnie Twoje teksty… Biorąc pod uwagę gust wybranych przez was prac na okładki Powiekowych płyt na pewno zwracasz również uwagę na okładki albumów, których słuchasz. Może są jakieś, które bardziej Cię zainteresowały i poleciłbyś je?
PC: Okładka to dla mnie integralna część płyty. Niby nie jest aż tak istotna, jak jej zawartość, ale jednak miło, kiedy te dwie rzeczy idą ze sobą w parze i stanowią swego rodzaju całość. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałbym podpisać się pod wydawnictwem opatrzonym zdjęciem lub grafiką kłócącą się totalnie z moim poczuciem estetyki. Przyznam, że kiedyś nawet zdarzało mi się czasem kupić płytę jedynie ze względu na okładkę, nie słysząc wcześniej ani jednej z zawartych na niej piosenek. Niby nie powinno się oceniać książki po okładce, ale na szczęście w większości przypadków był to trafiony zakup. Jedną z takich płyt był np. album Julie Doiron and the Wooden Stars pod tym samym tytułem.
LL: Czy to prawda, że szukacie kogoś kto mógłby dorzucić kilka elektronicznych dźwięków do waszej muzyki?
PC: Przez niemal 3 lata szukaliśmy osoby, która mogłaby do nas dołączyć i wnieść coś od siebie do naszej muzyki. Poszukiwania dotyczyły konkretnie klawiszowca. W międzyczasie na próbach pojawiło się kilku ludzi, ale ostatecznie nic z tego nie wynikło. Na dzień dzisiejszy zaniechaliśmy jakichkolwiek ruchów w tym kierunku. Jeśli jednak ktoś ma ochotę spróbować to zachęcamy do kontaktu. Namiar mailowy znaleźć można na naszej stronie.
LL: Na koniec jeszcze chciałem zapytać o Algorytm lotu otwierający Trzaski, o te wszystkie odgłosy zawarte w tej piosence?
PC: Do dzisiaj z łezką w oku wspominam, jak w środku zimy pojechaliśmy z Maćkiem pod nieistniejący już obecnie hipermarket Geant na Jubilerskiej, aby wyłapać wszystko to, o co nam chodziło i co pasowało nam w tych miejscach. Kręciliśmy się tam przez godzinę. Towarzyszyły nam deszcze i wichry.
LL: Planowane są w niedalekiej przyszłości nowe nagrania Powiek?
PC: Nie, nie ma jak na dzień dzisiejszy takich planów. Skupiamy się cały czas na promocji Szeptów. Być może w przyszłym roku nagramy coś nowego.

Pochodzący z Warszawy zespół Powieki tworzą: Michał Zych, Maciej Zych oraz Piotr Cudnok.
strona zespołu
Tagi: post-rock, psychedelic-rock, surrealism
Bloc Party - Intimacy (2008)
20 września 2009 RECENZJE

Dwie całujące się dziewczyny na okładce i zabawa w nowe Bloc Party. Nowe nie tylko ponieważ z ostatniej płyty ale również dlatego, że zmieniło się w pewnym sensie oblicze muzyki tego zespołu. Wkradło się w nią dużo elektroniki, magiel pomysłów wielki lecz trochę przekombinowany. Nie uważam za to, że to upadek ponieważ pomimo w niektórych momentach irytująco ckliwego głosu wokalisty słucha się tego nieźle. Poza tym po co nam kolejna „taka sama” czyt. gitarowa płyta. Już na A Weekend In The City widać było, że jakoś nudniej się zrobiło. Na Intimacy akurat nudno nie jest aczkolwiek pewien przerost formy nad treścią się pojawił. Chłopaki z Bloc Party, którzy nagrali świetny debiut jak na razie nie są w stanie jeszcze zwalić z nóg. Może przy kolejnej pozycji uda się elektronikę potraktować na równi z gitarami a nie skupiać się zwłaszcza na przepuszczaniu całości przez komputer – bo tak to brzmi. Może wtedy będzie lepiej. Jak na razie jest fajnie, w niektórych momentach ciekawie ale teraz już czekamy na dzieło przez duże d a nie na inne zaczynające się na tą literę słowo mogące również opisywać muzykę.
Ps. Długo zastanawiałem się czy zamieszczać tutaj ten tekst ale już się stało…
5/10
ukazało się kilka wersji tej płyty, przedstawiam spis piosenek z tej najbardziej popularnej
1. Ares [3:30]
2. Mercury [3:53]
3. Halo [3:36]
4. Biko [5:01]
5. Trojan Horse [3:32]
6. Signs [4:40]
7. One Month Off [3:39]
8. Zephyrus [4:35]
9. Talons [4:43]
10. Better Than Heaven [4:22]
11. Ion Square [6:36]
———-
Lucjan Lucimiński
Tagi: alternative, indie electronic, indie rock
8MM SKY
19 września 2009 ZESPOŁY

Mając nad sobą zaczątki dziury ozonowej można nie obawiać się o rychłą śmierć i spokojnie tworzyć. Toteż te wszystkie przestrogi na temat ocieplania się klimatu to tzw. obiecanki cacanki. Nasze pokolenie i tak tego nie dożyje, a niech się martwią następni. My jesteśmy dostatecznie obciążeni przez wydarzenia niedawne typu zamachy, wybuchy, niewypały, przekręty, żeby przejmować się jakąś tam dziurą w niebie.
Chyba że to niebo ma osiem milimetrów.
Tajwańska grupa, którą tworzą: Ah-Long (gitara), Peter (bas, wokal), Zen (perkusja). Po raz pierwszy dali o sobie usłyszeć za sprawą składanki Lobo, gdzie znalazła się piosenka The sound before Christmas. Od kiedy w 2002 roku postanowili grać razem do wydania debiutanckiej płyty minęły cztery lata. Dziecko ma na imię Finders keepers i 2536 sekund długości. Jak sami mówią – wywoła eksplozję z najprzenikliwszym szeptem i być może odrobiną wilgoci z nieba, by podarować ci wyobrażenia dalekie od rzeczywistości. Zdaniem Pacifiction Records to kojący eksperyment, sztuka naśladująca życie, idealna towarzyszka długich podróży.
Lokalnie są bardzo aktywnym zespołem. Grali na dużych festiwalach, jak Spring Scream czy Formoz, supportowali m.in. Múm, Explosions in the Sky, Yo La Tengo. Nietrudno będzie zobaczyć ich na żywo, jeśli akurat przebywasz w Tajwanie.
Problemy techniczne
18 września 2009 Bez kategorii
Od pewnego czasu zaczęły się pojawiać problemy techniczne związane z wyświetlaniem strony. Są one spowodowane błędami serwera, na którym “wisi” portal. Nie mamy na nie niestety żadnego wpływu, ale jeśli proceder ten będzie się powtarzał rozważymy przeniesienie serwisu na inny serwer - jest to jednak skomplikowana kwestia, więc będzie to ostateczność. Mamy nadzieję, że problemy się skończą, a tymczasem wszystkich użytkowników serdecznie za nie przepraszamy
Na płytę czyjego zespołu czekam najbardziej?
17 września 2009 NEWSY

Na stronie zespołu www.65daysofstatic.com jak na ich myspace żadnych informacji dotyczącej takowych wieści nie ma!
Jak na razie możemy raczyć się tylko nagraniami zamieszczonymi na tej stronie
Tagi: electronic, math rock, post-rock
The Gathering - The West Pole (2009)
17 września 2009 RECENZJE, ZESPOŁY

Mały rozrachunek przy nagraniu ostatniej płyty The West Pole oraz zmianie wokalistki należy się Holendrom z The Gathering. Pierwszy raz usłyszałem muzykę tego zespołu ponad 10 lat temu za sprawą albumu Mandylion a utwór Strange Machines na długo wkradł się we mnie. Płyta ta nagrana w 1995 była dla mnie wielkim odkryciem i nieco cięższą przygodą niż dotychczas a tytułowy utwór jak wisienka na torcie dodawała jej niezwykłości. Później The Gathering ustąpił innym pola na mej drodze muzycznej edukacji. Powrócił za sprawą maxi płyty pod tytułem Black Light District, na której tytułowy (ponownie), bardzo rozbudowany utwór wgniótł mnie i zmienił trochę tok myślenia i obraz samego zespołu. Jest to spokojniejsza muzyka, zmierzająca już w tym momencie nieco w stronę trip-rockowej myśli lecz zachowująca ciągle klimat starszych dokonań. Wydawało mi się wtedy, że zespół znalazł to do czego dążył, że uspokojenie przyszło wraz z czasem i doświadczeniem. Okazało się, że mój tok myślenia był całkiem trafny patrząc na to co przedstawili już rok później przy okazji wydania przepięknego albumu Souvenirs. Pamiątki były jeszcze bardziej trip ale tym razem już hopowe a ja wsiąkłem doszczętnie, wręcz przepadłem słuchając tej płyty na zmianę z koncertem zespołu Portishead nagranym w Nowym Yorku. Porównać można muzykę wymienionych zespołów również w kwestii emocji mimo tego, że to mimo wszystko jednak inna muzyka przecież jest. Wtedy nastąpiło dla mnie apogeum jeżeli chodzi o The Gathering. Słuchałem wszystkiego, pożerałem lecz już przed Mandylion czyli do płyt Almost A Dance oraz Always nie pamiętam bym kiedykolwiek dotarł. Poza tym to nagrania bez wokalistki Anneke van Giersbergen, która była jak się okazało wraz z dołączeniem do zespołu strzałem w dziesiątkę i jakby nie było motywem przewodnim i rozpoznawalnym w muzyce The Gathering. Jak się okazało już How To Measure A Planet wkroczyło w łagodniejsze klimaty, nieco rozmarzone i wymagające większego skupienia. Na tej płycie ostrość współgra ze spokojem tak, że ogół wypada świetnie a rozmazany i piękny The Big Sleep umieszczony przed rytmicznym Marooned rewelacyjnie wpisuje się w ten schemat. Trzeba jeszcze dodać, że znajduje się tutaj wspaniały Travel ale i zajmujący prawie pół godzinny tytułowy! How To Measure A Planet, w którym cała piątka pokazuje już to o czym myślałem przy Black Light District. Następnie zespół wydał na krążku pół akustyczny koncert Sleepy Buildings, na którym nie znalazł się żaden utwór z Souvenirs. Nieco zmienione wersje zabrzmiały cudownie i nie mogłem się oderwać od nich. Później został wydany na dvd zapis koncertu promującego Pamiątki. Zespół przedstawił podczas tego występu właśnie swoje spokojniejsze oblicze dodając do tego fantastyczne wizualizacje. Na kolejnej studyjnej płycie Home wcześniej wyznaczony kierunek został kontynuowany dalej, co bardzo mi odpowiadało. To chyba najspokojniejsza „rzecz” The Gathering. Na początku Home wydawało mi się za długie, trochę zbyt rozwlekłe. Można by było kilka utworów wyrzucić trzynaście to za dużo. Tylko które? Problem jest lada wyzwaniem. Ja skróciłbym album o A Noise Severe, The Quiet One oraz rozwlekłe i męczące Home. Może kiedy całość byłaby krótsza miałaby silniejszy przekaz i wymiar? Najjaśniejszymi punktami wydają się być Walking Hour, Your Troubles Are Over i następny w kolejności cudownie przestrzenny Box i to one nadają wyrazu tej płycie.
Kolejnymi dochodzącymi do nas informacjami było odejście Anneke z zespołu i zajęcie się przez nią swoim solowym projektem Aqua the Annique. Jej płyta Air wydana pod tym pseudonimem ujrzała światło dzienne już w 2007 roku. Natomiast po trzech latach od ukazania się Home pojawiła się wyczekiwana z obawą po odejściu Anneke kolejna płyta The Gathering nagrana z nową wokalistką. Na The West Pole zaśpiewała Silje Wergeland występująca wcześniej w zespole Octavia Sperati. Obawy były słuszne lecz nie koniecznie co do nowego głosu a co do tego w jaką stronę będzie zmierzała nowa muzyka z nową wokalistką. Słuchając, wiadomo, że dźwięki te grają muzycy zespołu, który dobrze już znałem. Jednak trochę zmieniła się stylistyka. Niektóre kompozycje są najradośniejszymi w całej karierze grupy. Słychać dużo więcej przesterowanych gitar niż dotychczas oraz dream-popowe zagrywki czym mnie jednak zaskoczyli. Silje śpiewa w podobny sposób do Anneke jednak przy całości trochę irytuje i mam wrażenie, że ciekawiej wypadła zaproszona do swojej interpretacji utworu Capital Of Nowhere Anne van den Hoogen. Mimo tego, że brakuje mi Gatheringowego trip-hopu stylistyka płyty nie przeszkadza. Uważam natomiast, że całość jest lekko drażniąca i ciężko przez nią przebrnąć a niektóre momenty są wręcz nudne. Takie piosenki jak When Trust Becomes Sound, No Bird Call, najlepszy kąsek na płycie No One Smoke czy zamykający ją A Constant Run są tu rodzynkami ale nie są w stanie udźwignąć całości. Jest lekki zawód albowiem przy wcześniejszych dokonaniach grupy The West Pole wypada słabiej. Poprzewracało się tutaj coś i nie chodzi mi tu o odwrócone zdjęcie na okładce, która bardzo mi się podoba. Spodziewałem się po The Gathering silniejszych przeżyć i boję się, że Souvenirs jest arcydziełem, którego zespół ten już nigdy nawet nie doścignie. W tym momencie jest daleki ku temu.
5/10
1. When Trust Becomes Sound [3:53]
2. Treasure [4:06]
3. All You Are [4:34]
4. The West Pole [6:35]
5. No Bird Call [5:38]
6. Capital Of Nowhere [6:35]
7. You Promised Me A Symphony [2:54]
8. Pale Traces [7:46]
9. No One Spoke [4:32]
10. A Constant Run [7:44]
———-
Lucjan Lucimiński
Tagi: alternative, dutch, female vocalists, rock
Mew - No More Stories Are Told Today I’m Sorry They Washed Away No More Stories The World Is Grey I’m Tired Let’s Wash Away (2009)
16 września 2009 RECENZJE

Prosto z mostu, po kolei, bez odwracających uwagę wstępów.
New Terrain otwierająca album zapowiada, że będzie on wielce obiecujący. Ciekawie skomponowana, przyjemna i zastanawiająca, pobudza apetyt. Jest harmonijna, mimo że chce wymknąć się spod kontroli. Szkoda, że dalej jest słabiej. Introducing Palace Players wydaje się być jakby stworzona przez inny zespół dla innych celów. Odstaje i przypomina Gorączkę sobotniej nocy. Różnice są dobre, ale nie wtedy, gdy wszystko jest zupełnie inne i żyje własnym życiem. Nie mówiąc hop, przechodzę do Beach, która nieco poprawia mi humor. Spokojna, z subtelnie nakreślonym wokalem i muzyką migotającą jak gwiazdy na wieczornym niebie, tworzy dream popowy klimat, któremu nie sposób się oprzeć. Gniewnie przechodzi w krótką, ale post rockowo dosadną Repeaterbeater. Intermezzo 1 jest dwudziestosiedmiosekundową przerwą na złapanie oddechu, a jednocześnie stanowi granicę. Silas The Magic Car z cudownym falsetem jest jak kołysanka – ta subtelna perkusja i elektronika kojarząca się z pozytywkami… I mimo to sprawnie unika tandety. Wprowadza w senny świat. Pierwszym snem jest Cartoons And Macramé Wounds, beztroska i spokojna. Atmosferę szczęścia tworzą chórki i podporządkowanie muzyki słodkiemu, ale nie cukierkowemu wokalowi. W końcowej części następuje eksplozja wyciszająca się samoczynnie, by ustąpić miejsca spokojowi Hawaii Dream. Jawi się on jak podróż po niebie na chmurze, cel – Hawaii. A tam beztroska zabawa gdzieś w dziczy, z akompaniamentem ptaków i tajemniczym echem. Kończy się drapieżnie, co jest barierą pomiędzy nią a Vaccine, która klimatem koresponduje z Beach. Tricks Of The Trade przechodzi bez echa. A to, co następuje po Intermezzo 2, to zupełnie inna bajka…
Takiej muzyki potrzeba znerwicowanemu światu
1. New Terrain [3:14]
2. Introducing Palace Players [4:46]
3. Beach [2:46]
4. Repeaterbeater [2:34]
5. Intermezzo 1 [0:29]
6. Silas The Magic Car [4:06]
7. Cartoons And Macramé Wounds [7:21]
8. Hawaii Dream [1:47]
9. Hawaii [5:01]
10. Vaccine [5:08]
11. Tricks Of The Trade [4:28]
12. Intermezzo 2 [1:04]
13. Sometimes Life Isn’t Easy [5:21]
14. Reprise [5:32]
Tagi: Dania, dream pop, indie rock, new prog, post-rock, rock alternatywny, rock awangardowy, rock progresywny, shoegaze, space rock
If These Trees Could Talk - If These Trees Could Talk (2009)
15 września 2009 RECENZJE

Nie będę ukrywał, że panowie z Ohio, którzy popełnili w 2006 roku debiutancki album skroją taką niespodziankę. Gdyby drzewa mogły mówić słuchalibyśmy ich powyżej ziemi, poniżej nieba. Muzyka zawarta w tej przestrzeni ukierunkowana jest na post-rock ten bardziej gitarowy, nastawiony na dźwięki niż na jej powalające ściany, bez wstawek elektronicznych i około ambientowych. To płyta, którą charakteryzuje siła narzucanego krajobrazu. To muzyka, która ciska słuchaczem dość mocno z dużej wysokości i pochłania w całości.
Zaplanowany na koncept album genialnie przechodzi z jednej opowieści w kolejną tworząc pewną historię. Nawet nie czując zmian tematów brniemy do końca by poznać całość. Uwielbiam takie albumy, przy których po prostu podczas słuchania nic innego nie wypada robić, niczym innym nie zajmować myśli, które wymagają poświęcenia się tylko i wyłącznie muzyce. Polecam poświęcić te 44 minuty, to naprawdę nie dużo. Gorzej gdy wpadamy po uszy i zatracamy się bez końca. Wtedy już nie ma ratunku… a słońce świeci z północy.
ps. to ciekawsza płyta od ostatnio wydanej Tertii Caspiana więc jest co posłuchać… i z chęcią sprawdziłbym ją na żywo, lecz panowie z ITTCT jak na razie poza granice swojego kraju się chyba nie wypuszczali, grając koncerty na przykład z The American Dollar oraz Gifts From Enola. Mam nadzieję, że to się niedługo zmieni.
8/10
1. From Roots To Needles [6:42]
2. What’s In The Ground Belongs To You [4:14]
3. Terra Incognita [0:57]
4. Above The Earth [2:19]
5. Below The Sky [7:20]
6. The Sun Is In The North [5:45]
7. Thirty-Six Silos [4:39]
8. The Flames Of Herostrates [5:34]
9. Rebuilding The Temple Of Artemis [5:05]
10. Deus Ex Machina [2:23]
———-
Lucjan Lucimiński
Bibio - Ambivalence Avenue (2009)
13 września 2009 RECENZJE

Wielki mix. Na tej płycie style mieszają się w dość zaskakujący sposób. Po kilku przesłuchaniach łatwiej jest zdefiniować poszczególne utwóry. Momentami lekko hip-hopowe i bardzo przyjemne brzmienia. Idealne w chwili gdy potrzebujemy relaksu, gdy chcemy zamknąć oczy i odpłynąć. Bibio miesza style. Początek płyty to mój faworyt: Ambivalence Avenue i Jealous Of Ross- według mnie najlepszy kawałek; trochę funkowy, ale bardzo chwytliwy, napisany w myśl zasady: do przodu, wciąż do przodu – rozwija się kłębek wełny i wprawia ciało w przyjemne wibracje.
Dalej trafiamy zdecydowanie w styl elektro – hip – hopowy: Fire Ant, nasycone skreczami - na szczęście bez rapowania - zamiast niego pojawiają się miły dla ucha damski wokal z „domieszkami”. Nieco shoegazowy Haikuesque (When She Laughs) rozbudza z klimatu pierwszych utworów, jest bardzo pogodny i delikatny jak pędzące po niebie lekkie chmury… Sugarette to elektroniczna zabawa z dźwiękiem, mimo pozornego na pierwszy rzut haosu, to bardzo fajnie rozkręcający się kawałek, który ewoluuje po to, aby nagle się urwać…
Kolejny skok. Tym razem do gitary akustycznej i klasycznej konstrukcji utworu ze stabilnym, delikatnym, męskim wokalem. Bardzo pozytywny numer. Nostalgiczny i shoegazowy Abrasion przenosi w melancholijny nastrój – według mnie idealna piosenka na zakończenie dnia, kołysze do snu rytmem i chórkami. Nie brakuje także lekkiego ambientu – S’Vive. Cry! Baby! – leniwe, miękkie i chill out’owe, 3:57 bez słów. Płytę zamyka Dwrcan, bardzo ambientowy utwór, jakby oderwany od całej reszty. Mieszanina styli najprawdopodobniej ratuje cały krążek – gdyby Stephen Wilkinson znany jakoBibio zdecydował się na jeden nurt, płyta mogłaby nudzić…
Rozczarowuje tylko długość utworów: najdłuższy trwa 5:55. Szkoda, bo pozostaje niedosyt. Ta płyta nie wymaga skupienia, nie zmusza do większych refleksji, ale jest idealna w chwili gdy chcemy się wyciszyć, uspokoić i odpocząć. Najbardziej pasujący do niej przymiotnik? Przyjemna… Gorąco polecam!
Tagi: ambient, electro-acoustic, experimental, indie electronic, Wielka Brytania
GAZPACHO
12 września 2009 ZESPOŁY
Gazpacho jest Art rock’ową grupą z Oslo w Norwegii.
Oryginalni członkowie grupy: Jan-Henrik Ohme (wokal), Jon-Arne Vilbo (gitara) oraz Thomas Andersen (klawisze, produkcja) - zaczęli tworzych wspólnie muzykę w 1996 i od tego czasu rozszerzyła się ona o następujące osoby: Mikael Krømer (skrzypce, współproducent), Robert Risenberg (bębny) oraz Kristian Torp (bass).
Muzyka Gazpacho została określona przez jednego z krytyków jako: „klasyczny post ambient nocturnal atmospheric neo-progressive folk world rock”. Porównuje sie ich do takich twórców jak a-ha, Radiohead, Muse, Marillion czy Porcupine Tree.
Nie wspierani przez żadną znaczącą markę, Gazpacho są jednym z wielu zespołów wykorzystujących w celu rozpowszechnienia zasoby internetu - w oparciu o ich stronę, forum, zakupy online, MySpace oraz inne inicjatywy sieciowego świata. To pozwala członkom zespołu na utrzymanie pełnych etatów nie przeszkadzając w wydaniu albumu rocznie z zachowaniem całkowitej kontroli artystycznej nad swoimi kompozycjami i ich dystrybucją.
Tagi: neo progressive, Norwegia, post-rock, progressive, progressive rock
Rodrigo y Gabriela - 11:11 (07.09.2009)
11 września 2009 RECENZJE
- bo gorący Meksyk
- bo flamenco
- bo brzmi rozweselająco
- bo się nie nudzi
- bo pobudza; wyobraźnię i zmysły
- bo intryguje
- bo uwodzi i (niepo)koi, zastanawia?
- bo potrafi uderzyć w serce; opętać
- bo jest energetyczna
- bo jest ognista
- bo jest pląsająca
- bo jest lekka
- bo jest niesamowicie wręcz, perfekcyjnie rytmiczna
- bo słuchając masz wyrzuty sumienia, że jeszcze nie tańczysz
- bo nawet przykuty do krzesła będziesz poruszać się w jej takt
- bo te wirtuozerskie (!), wymowne gitary
- bo to wspaniały odpoczynek od obecnie serwowanej pseudo-muzycznej miernoty
- bo pasuje zawsze i wszędzie
- bo nie jest przesadzona
- bo ma cel
- bo kryje w sobie sekret.
- bo oto, co jest muzyką.!
Nie wierzę, że pogardzisz tym kąskiem, jeśli grasz na gitarze.
Jeszcze ciepła.
Tagi: flamenco, folk meksykański, folk rock, Meksyk, muzyka akustyczna, rock instrumentalny
GIAA, C, TFN - Warszawa (09.09.09 Progresja)
10 września 2009 KONCERTY

Krótko bo co tu się wyzewnętrzniać, zresztą ciężko jest to zrobić po takim koncercie. Przed God Is an Astronaut zagrał warszawski Tides From Nebula. Jeszcze chłopaków nie widziałem na żywo więc nawet przybyłem jurnie i prawie, że zdążyłem na początek. TFN niedawno wydali całkiem udany album Aura a na żywo wypadli jeszcze lepiej. Później zagrał amerykański Caspian i aż dziw mnie bierze czemu grali ciszej od pozostałych. Set taki sobie, monotonią odziany. Miło, że na koniec zagrali również zamykający ich nowy album Tertia utwór Sycamore, na który czekałem. Najbardziej zastanawia mnie jednak fakt, że irlandzki GIAA złożony tylko z trzech muzyków (a nie jak Caspian z pięciu), tak zmiażdżyli, że chłopakom ze Stanów powinno być trochę głupio. Jak już wspomniałem trudno jest tutaj cokolwiek opisywać. Fajnie, że nie było ścisku choć trochę osób jednak przybyło. Fajnie również, że nagłośnienie dało radę bym mógł zanurzyć się w tą przestrzeń dźwięku i zatracić w niej do cna. Niestety nie widziałem wizualizacji, nie patrzyłem. Szkoda tylko, że niektórzy nie rozumieją, że na pogaduchy wybiera się inne miejsca. No i ta opcja z meczem piłki nożnej doprowadziła mnie do szczerego wybuchu śmiechu. Amen.
———-
Lucjan Lucimiński
Hammock - I Can Almost See You (teledysk na dziś)
10 września 2009 TELEDYSKI
trzeba wprowadzić trochę spokoju po wczorajszym koncercie zespołu God Is an Astronaut i ten migotliwy obraz wraz z muzyką zespołu Hammock nadaje się kapitalnie
CO NOWEGO U BLACK REBEL MOTORCYCLE CLUB?
9 września 2009 NEWSY, ZESPOŁY

10 listopada ukaże się długo oczekiwane przez fanów dvd koncertowe Black Rebel Motorcycle Club. Znajdzie się na nim ponad dwugodzinny materiał z koncertów w Berlinie, Dublinie i Glasgow, które odbyły się w 2007 roku podczas trasy promującej album “Baby 81″. Na dodatkowej, bonusowej płycie dvd będzie można zobaczyć również jak przebiegały prace nad albumem “Howl” oraz jak powstał teledysk do utworu “Weapon of Choice”. W zestawie znajdzie się również płyta audio zawierająca 14 kawałków w wersjach live. Do tego dołączona zostanie 48-stronicowa (!) książeczka z niepublikowanymi wcześniej zdjęciami zespołu. Pełna tracklista oraz okładka wydawnictwa ma się pojawić w ciągu najbliższych tygodni.
Tymczasem zespół kończy właśnie prace nas piątym studyjnym albumem. Jest to pierwsza płyta, przy której Robert Levon Been i Peter Hayes współpracują z perkusistką Leah Shapiro. Do tej pory Leah wspierała ich tylko na koncertach po tym jak odszedł od zespołu poprzedni perkusista, Nick Jago. Premiera piątego albumu przewidziana jest na razie na wiosnę przyszłego roku.
Przypomnijmy jeszcze, że Black Rebel Motorcycle Club wystąpili w tym roku w Polsce. Oto fragment koncertu w Gdańsku (11.07.09):
Tagi: alternative, garage, neo-psychedelic, Stany Zjednoczone
SPOUDS, THE - wywiad
8 września 2009 WYWIADY
Wywiad z warszawskim zespołem The Spouds przeprowadzony podczas ich wizyty w Radiu Aktywnym.
Rozmawiają: Monika Przybecka i Michał Kropiński z audycji Sunday at Devil Dirt.

MP: Zebraliśmy się tutaj po to, aby porozmawiać o waszej nadchodzącej epce Serenity Is Only A Brainwave. My już ją słyszeliśmy, ale jeszcze nie było oficjalnej premiery.
Tomek Skórzyński: Nie było. Czekamy, kiedy wydawca wróci do kraju.
MP: A kto jest wydawcą?
Mateusz Romanowski: Tę płytę finansuje nam klub Saturator. To znaczy koszty nagrań musieliśmy pokryć sami, a oni nam pokryją koszty drukowania i tłoczenia tych płyt. Premiera powinna odbyć się w październiku.
MP: Prawie odpowiedziałeś tym samym na moje następne pytanie… Skoro płyty będą tłoczone, to znaczy, że ukażą się w formie materialnej, a nie w mp3?
MR: Przede wszystkim w formie materialnej, na to stawiamy.
Paweł Gniazdowski: Mamy jeszcze w planie wydanie kaset magnetofonowych.
MR: I to nie jest żart!
MP: Poważnie?
TS: Tak, ale w niskim nakładzie, bardziej w formie gadżetu.
MP: Ale to może być problem, bo nie wiem czy jeszcze ktokolwiek ma magnetofon w domu, żeby odtworzyć kasetę…
MR: W piwnicy każdy ma!
TS: Tylko trzeba dobrze poszukać.
MP: Ok, to będą płyty i kasety. A przewidujecie też wydanie winyli?
MR: Nie, raczej nie, skoro już prawie nikt nie ma odtwarzaczy kaset, to chyba tym bardziej gramofonów…
MP: A w jaki sposób będzie można zdobyć waszą płytę?
MR: Na pewno będzie sprzedaż internetowa, na pewno będzie też można kupić na koncertach…
Kuba Walenda: Ale najlepiej kupić na naszej premierze, na którą serdecznie zapraszamy.
MP: Czyli będzie jakaś oficjalna impreza?
TS: Przy okazji wydania płyty planujemy koncert właśnie w Saturatorze.
Michał Kropiński: To skoro już jesteśmy przy formie płyty, to jak zostanie ona wydana?
MR: Będzie to wydanie digipackowe.
MK: A książeczka będzie?
MR: Nie, to jeszcze nie ten budżet. Ale za 10 lat wydamy reedycję z tekstami.
TS: To jest już pewne!
MP: To my już czekamy (śmiech). A co do procesu nagrywania płyty… Nagrywaliście wszystko sami czy może ktoś wam pomógł?
TS: Wszystko sami!
MR: Z wyjątkiem saksofonu…
TS: A no tak! Na saksofonie, niestety, żaden z nas nie gra. Tak się składa, że sąsiad Pawła, który jest Anglikiem…
PG: I przyjacielem mojego taty…
TS: Świetnie gra na saksofonie, mimo że nie jest zawodowym muzykiem, i bardzo uprzejmie nas wspomógł.
MP: I jak wyglądała wasza współpraca?
MR: Przyszedł, spojrzał na mój gryf, stwierdził w jakiej ma grać tonacji…
TS: I po kilku próbach wybraliśmy jakiś najwłaściwszy motyw.
MP: I w ilu kawałkach się udziela?
KW: W dwóch: w Broken Sound i Crisis.
MP: Właśnie, Broken Sound to utwór, który już wcześniej raz nagraliście.
TS: Ale teraz go przearanżowaliśmy.
MR: Zabrakło nam wtedy partii Pawła…
MP: I dlaczego akurat ta piosenka została nagrana jeszcze raz?
TS: Chcieliśmy ją ulepszyć, bo uważaliśmy, że na to szczególnie zasługuje. Pozostałe utwory z dema też może kiedyś przearanżujemy. Na razie gramy je na koncertach.
MK: Dobrze, a gdzie nagrywaliście?
MR: Nagrywał nas pan Piotr Staniszewski z Centralnej Warszawskiej Wytwórni Dźwięku, który również nagrywał znany i kochany zespół Setting The Woods On Fire…
TS: The Black Tapes chyba też nagrywał…
MK: Ale tylko ich pierwszą epkę.
TS: Tak jest.
MK: I ile wam to zajęło czasowo?
KW: Tydzień.
MR: Nie, to nie był nawet tydzień.
KW: No, sześć dni…
TS: No, pięć…
MP: Zdania są podzielone…
MK: Poprzednio chyba nagrywaliście na setkę, a teraz pościeżkowo, tak?
TS: Wbrew pozorom, demo tez nagraliśmy pościeżkowo, tylko bez metronomu i o 4 w nocy…
MR: To była taka konspirka…
TS: Tak, mieliśmy podbić świat, ale nam nie wyszło…
MP: A czemu nagrywaliście o 4 w nocy?
MR: Bo nagrywaliśmy na sali prób Setting The Woods On Fire, The Car Is On Fire i Kolorofonu i dopiero o tej porze w budynku robiło się względnie cicho, kapele przestawały grać i mogliśmy w spokoju nagrać kawałki.
TS: Z tym że przychodziliśmy tam o 12, a wychodziliśmy o 6.
MR: Raz się nawet zdarzyło, że wyszliśmy o 7.
MK: A potem do szkoły na 8…
TS: Tak, szybki prysznic, pakowanie plecaka…
MP: I na WF! (śmiech)
MK: Ale tym razem chyba nie nagrywaliście w nocy tylko w dzień?
MR: Tak, nagrywaliśmy w godzinach wczesno-popołudniowych, teoretycznie od 11…
PG: Ale Piotr zawsze się spóźniał godzinę, więc koczowaliśmy pod drzwiami studia.

MK: Wracając do wydania płyty…
MP: Właśnie, chcieliśmy zapytać również o okładkę, której autorem jest Tomek, zgadza się?
TS: Tak.
MP: Czy w takim razie zdradzisz nam kogo lub co ona przedstawia?
TS: To znaczy chyba widać, co przedstawia…
MP: No dobrze, ale czyj to portret?
TS: Nie jest to niczyj portret. Mieliśmy parę projektów, drogą głosowania przeszedł mój. Na okładce znajduje się pani, nie jest to żadna istniejąca kobieta…
MP: Przepraszam, ja myślałam, że to pan, tylko z długimi włosami…
TS: Tak? Jak kupicie płytę, to zobaczycie tył i tam będzie pan. W podobnej stylistyce. W każdym razie, chodziło nam o to, żeby przekazać jakąś subtelność, piękno, które z założenia ma symbolizować kobieta, w kontraście z siniakami i śladami krwi pod nosem. Można to nazwać taką alegorią połączenia czegoś brudnego z pięknem, ale też nie chciałem popaść w banał w stylu aniołka z różkami.
MR: Ten obraz jest jak Tomek, z jednej strony frywolny, a z drugiej… oldskulowy…
TS: (śmiech) Tak, frywolny oldskul…
MK: Czy zamierzacie potem uderzyć z epką do jakichś większych wytwórni?
MR: Nie, chyba nie, nie chcemy się sprzedać…
TS: To znaczy jeśli kiedyś nam ktoś powie: „Róbcie, co chcecie, a my was tylko wydamy”, to czemu nie…
PG: Będziemy mieli wtedy lepszy sprzęt przynajmniej!
MP: Podobno jesteście popularni w Bułgarii…
MR: Tak, lubią nas tamtejsi sprzedawcy dywanów. Ktoś tam nawet zremiksował nasze demo z Greatest Hits Andrei Boccelliego, ale nie mogliśmy mu nawet dać popalić drogą sądową, bo nie zarejestrowaliśmy utworów w ZAIKS-ie.
MP: No to trzeba to zrobić, zanim ktoś zacznie handlować waszą muzyką i na tym zarabiać…
MK: A nie wydaje wam się, że może odbiór waszej muzyki byłby lepszy zagranicą niż w kraju?
TS: Możliwe, że tak. Ktoś kiedyś napisał o nas na forum Sonic Youth…
MR: Zarzucono nam wtedy beznadziejną produkcję, ale podobno brzmimy jak połączenie Modest Mouse, Polvo i Sonic Youth. Chociaż wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jak świetną kapelą jest Polvo…
TS: A co do popularności w Polsce, to nie wiem, czy polski słuchacz jest gotowy na teksty po angielsku. W radiu też raczej tego nie puszczą.
MR: Dokładnie, bo np. w Szwecji jest masa kapel, które śpiewają po angielsku, tworzą muzykę alternatywną, i nawet jeśli niejednoznacznie przystępną, to na pewno akceptowaną przez dużą część tamtego społeczeństwa. I te kapele, dzięki sukcesowi na ziemi ojczystej, mogą pójść z tym dalej.
TS: A u nas musiałoby to pójść w odwrotną stronę, najpierw trzeba by było zacząć od zagranicy, a potem wrócić do kraju.
MK: Jak Behemoth.
MR: Albo jak Poise Rite. Chociaż oni są głównie znani w Polsce z tego, że są znani w Anglii.
TS: Tak, gdyby nie zagrali na Glastonbury, to pewnie u nas nie byłoby w ogóle o nich słychać. Ale na Zachodzie jest też mnóstwo stacji radiowych, które puszczają taką muzykę i mają rzeszę słuchaczy.
MR: A u nas też są, tylko nikt ich nie słucha.
MK: A nie boicie się, że u nas jeszcze nie ma kultury słuchania i małolaci, zamiast słuchać Modest Mouse, czy właśnie Sonic Youth, wolą np. The Kooks?
MR: To znaczy, ja się tego nie boję, bo gram głównie dla fetyszystów. Ja odbieram słuchanie muzyki alternatywnej w Polsce jako swego rodzaju fetysz. Wierzę, że jest trochę dziwnych ludzi takich jak ja, którym spodoba się nasza muzyka. I nie czuję jakiegoś strasznego ciśnienia, żeby nagle tłumy waliły na nasze koncerty. Jasne, że byłoby fajnie, ale nie jest mi to potrzebne do szczęścia.
MP: Zresztą, chyba nie chodzi tylko o ilość słuchaczy, ale też o jakość…
MR: No właśnie. Ja lubię grać dla snobów.
Myspace zespołu: www.myspace.com/thespouds
Myspace audycji, gdzie można usłyszeć niepublikowany fragment wywiadu: www.myspace.com/sundayatdevildirt
Tagi: indie rock, Polska, post-punk, post-shoegaze
Caspian - Tertia (2009)
7 września 2009 RECENZJE

początek nie zapowiada
nie podpowiada
nawet nie ośmiela się zdradzić tego w jakim kierunku będziemy podążać
dopiero duchy z miasta ogrodów zaczynają snuć melodię
próbują opowiedzieć całość
drażnią się z falami i pianą
w przestrzeni tej zanurzone
echo i nocne mgły
i odlatują rozmarzone niczym nocny gość zza okna
w niewyjaśnionej burzy
w różne strony
w inne miejsca
… odnaleźć spokój
8/10
1. Mie [4:10]
2. La Cerva [4:59]
3. Ghosts Of The Garden City [7:31]
4. Malacoda [5:04]
5. Epochs In Dmaj [3:20]
6. Of Foam And Wave [6:16]
7. Concrescence [4:26]
8. The Raven [7:10]
9. Vienna [6:15]
10. Sycamore [9:06]
———
Lucjan Lucimiński
Tagi: instrumental, post-rock, Stany Zjednoczone
Mew - Comforting Sounds (teledysk na dziś)
7 września 2009 TELEDYSKI
Jeden z najpiękniejszych utworów jakie znam! Szkoda tylko, że teledysk nakręcony został do o ponad połowe skróconej wersji…
Tagi: Dania
MANESCAPE - wywiad dla shoegaze.pl
6 września 2009 NEWSY, WYWIADY, ZESPOŁY

Shoegaze.pl: Jesteście określani jako zespół shoegaze’owy, czy zgadzacie się z tą opinią?
Manescape: I tak i nie. Jeśli shogaze to granie muzyki wpatrując się w buty, to zdecydowanie nie jesteśmy shogaze’owym zespołem. Moim zdaniem w tym terminie zawiera się coś więcej. To pewnego rodzaju wspólny mianownik muzyki tworzonej przez zespoły, dla których charakterystycznym jest operowanie brzmieniem jako ścianą dźwięku. Ale to również ładunek emocjonalny zawierający się w tej muzyce. Samo gapienie się na swoje obuwie i kręceni gałkami nie ma wiele z tym wspólnego. Łączy się to raczej z pewnym skupieniem czy „wejściem” w stan porównywalny do transu, gdzie na scenie prezentuje się inną stronę samych siebie.
Shoegaze.pl: Gdybyście mieli możliwość wybrania festiwalu na którym moglibyście zagrać, to wasz wybór padłby na….? i dlaczego akurat ten?
Manescape: Reading, Leeds czy Glastonbury – to w Europie. Jeśli chodzi o Polskę to na pewno OFF i Opener – tam jest szansa by pokazać się szerszej publiczności. Ale tak naprawdę zależy nam by grać jak najwięcej koncertów. I to wszędzie, gdzie znajdą się odbiorcy takiej muzyki. Już za miesiąc ruszamy z dość mocną trasą. Zaczynamy pod koniec września od Fląder Pop Festival, a później gramy niemal po całej Polsce. Chcemy dotrzeć do wielu tych, którzy nas jeszcze nie słyszeli. Na festiwale przyjdzie czas – mamy nadzieję, że już w przyszłym roku uda nam się zaprezentować na tych najmocniejszych scenach.
Shoegaze.pl: Co inspiruje waszą twórczość?
Manescape: Hm.. to chyba nie do końca jasne. Główną siłą sprawczą jest pewnie ten wewnętrzny stan rozedrgania, który każdy człowiek przeżywa częściej lub rzadziej. Myślę, że muzycy jak i chyba wszyscy artyści przeżywają pewne rzeczy bardziej dogłębnie i intensywniej. Wywołuje to pewne reakcje zwrotne w postaci energii czy pasji twórczej. I tak powstają pewne twory. W naszym przypadku muzyczne.
Inspiracją jest samo życie. Może to być krótka rozmowa z kimś bliskim czy też niespodziewane zderzenie z nieznajomym. Krótki obraz w telewizji, fragment audycji w radio, sen, z którego budzisz się spocony albo po prostu nieograniczony napływ różnorakich myśli. Zaczynasz to trawić i wyłaniają się różne spostrzeżenia, których wcześniej nie było. Pod ich wpływem wyłaniają się dźwięki, powstają zarysy kompozycji. Ale i tak większość pracy odbywa się w sali prób, gdzie konfrontuje się te szkice z zespołem. Tam już działa chemia wewnętrzna. Czasem jest mowa o utworze, a czasem godzinami nie słychać nic poza dźwiękami, jakby to była jedyna forma komunikacji.

Shoegaze.pl: Czy są jakieś kapele z kanonu shoegaze, które szczególnie was ukształtowały?
Manescape: Raczej nie. Mamy bardzo szerokie korzenie muzyczne. Na pewno wszyscy lubimy My Bloody Valentine czy The Jesus And Mary Chain. Jednak to nie jest tak, ze chcemy się na kimś wzorować. I nie jest tak, że na silę próbujemy być super oryginalni. Kształt naszej muzyki wynika ze zbyt wielu wzorców i doświadczeń muzycznych i nie tylko. Myślę, że to mocno słychać w tym co gramy. Brak tam naśladownictwa. Mam nadzieję, ze nasz debiutancki album ukaże to w pełni.
Shoegaze.pl: Na jesieni ruszacie w trasę koncertową, jakie macie oczekiwania względem niej?
Manescape: W warunkach panujących dzisiaj w naszym kraju, mieć oczekiwania jest niebezpieczne. Można szybko stracić wiarę w sens swoich poczynań. Tak więc oczekiwania mamy dość skromne – chcemy, by jak największa liczba osób miała okazję usłyszeć nas na żywo, poznać naszą muzykę. To pierwszy krok. O krok dalej chce pójść nasz Manager – chce przekonać ludzi, ze kupowanie muzyki przez odbiorców jest wyrazem uznania dokonań artysty. Mówimy mu, że jest naiwny jeśli wydaje mu się, że w kilka osób chce zmienić mentalność polskich słuchaczy, ale on się tylko głupio uśmiecha i mówi, że trzeba w nich uwierzyć. Wiesz – zaczynamy się zastanawiać czy czasem nie ześwirował… (śmiech).
Shoegaze.pl: Są w Polsce zespoły, które odniosły sukces komercyjny. Czy Manescape ma takie aspiracje?
Manescape: (śmiech)! Nie gramy muzyki w stylu gwiazd polskiej rozrywki. To całkiem inny świat muzyczny. Trudno sobie wyobrazić, że z tego typu graniem w Polsce osiągnąć można sukces finansowy. Nie jesteśmy jednak pesymistami. Jak każdy artysta, chcielibyśmy dojść do takiej sytuacji, gdzie możemy się skupić na tworzeniu muzyki, nie martwiąc się o byt, ale myślę, że do tego nam bardzo daleko. Nie zmienia to jednak faktu, że robimy swoje. To od odbiorców zależy co z tym będzie. Jak już mówiłem, nasz manager ma dość zaskakującą wiarę w ludzi i powoli zaczyna nas tym zarażać, więc wszystko się może zdarzyć…
Shoegaze.pl: Czy prace nad nową płytą zostały zakończone?
Manescape: Właśnie w tym tygodniu zakończyliśmy ostatni etap miksowania materiału na płytę. Nie szło nam tak gładko, bo jesteśmy dość krytyczni odnośnie swojej twórczości. Teraz pozostał mastering i etap produkcyjny. Premiera planowana jest na listopad, czyli za dwa miesiące będzie można ocenić naszą pracę. Płyta będzie dostępna już wcześniej na koncertach podczas trasy, na które zapraszamy.
Strona zespołu: http://www.myspace.com/manescape
Na pytania odpowiadał Daniel Paluszek - wokalista Manescape
Wypytywała - Gabriela Szymaszkiewicz
Tagi: alternative, Polska, psychodelic, shoegaze
Brakes - Touchdown (20.04.2009)
5 września 2009 RECENZJE
Najbardziej zdyscyplinowane trzydzieści sześć minut w moim życiu.
Naprawdę, ta płyta jest taka, że automatycznie masz wrażenie, iż natychmiast powinieneś się podporządkować.
Folk przechadza się tu i ówdzie, od czasu do czasu zostawia swój radosny, kolorowy kwiatuszek. Jego subtelność tworzy klimat tej płyty. Grzeczny, sympatyczny… Jednak przynajmniej nie jest nudno. Każda piosenka jest jakimś od-do, ma swój wyznaczony teren i wygląd, poza który nie wykracza. Poszczególne utwory, są sobą i wydają się nawzajem nie korespondować. Zupełnie jakby ktoś stał nad każdym i krzyczał do niego: „Ściaśniaj, ściaśniaj! Nigdzie się stąd nie ruszaj!”. Toteż żadny się nie wyróżnia na tyle, by nazwać go najsłabszym lub najmocniejszym punktem. Czyżby właśnie tą jednolitością objawiała się punkowość płyty? Otóż nie. Takim akcentem jest „Hey hey”, gdzie względnie zaczyna się coś dziać.
Krążek nie porusza emocjonalnie. Nie jest rzewny, nie krzyczy do słuchacza, nie pobudza go, nie pociesza ani nie napełnia energią. Weźmy na przykład utwór zamykający album – „Leaving England”. Niby słychać nostalgię, że „wyjeżdżam, nie wiem, czy wrócę”, ale jest to nostalgia sterowana, która nie może wymknąć się spod kontroli. Bo płyta jest skrojona na miarę.
Ale to już było, chciałoby się zanucić. Na „Touchdown” można odnaleźć wiele patentów sprawdzonych przez inne zespoły. Mam co do tego mieszane uczucia, ale niech im będzie. Lepiej wypuścić na rynek muzyczny coś poprawnego i przewidywalnego, niż kolejne, według-wykonawcy-genialnie-odkrywcze barachło.
Krótko i treściwie. Żadnego szoku nie ma. Ale może o to chodziło.
Tagi: folk punk, indie, rock alternatywny, Wielka Brytania
NOWY SINGIEL THOMA YORKE’A
4 września 2009 NEWSY

Frontman Radiohead zapowiedział wydanie solowego singla na winylu. Będzie można go nabyć za pośrednictwem strony zespołu od 21 września, a w październiku ma ruszyć również sprzedaż cyfrowa. Na singlu znajdą się dwie piosenki: “FeelingPulledApartbyHorses”, napisana przez Radiohead i wykonywana przez Thoma wraz z gitarzystą Jonnym Greenwoodem, oraz “Hollow Earth”, powstała podczas prac Thoma nad albumem “The Eraser”. Obie zostały wyprodukowane przez Nigela Godricha, który niejednokrotnie współpracował z Radiohead.
Tagi: indie, rock alternatywny, Wielka Brytania
GRIZZLY BEAR
4 września 2009 ZESPOŁY
Grizzly Bear to amerykański zespół folkowy powstały w 2004 roku w Nowym Jorku. Muzyka zespołu składa się na harmonijne wokale wszystkich czterech muzyków oraz klasycznych i elektronicznych instrumentach. Grizzly Bear jest jednym z nielicznych zespołów nieelektronicznych, który należy do renomowanej wytwórni Warp Records. Pierwszy album zespołu nazwany Horn of Plenty pomimo świetnych ocen krytyków muzycznych nie osiągnął sukcesu na arenie alternatywnej. Dopiero drugi z kolei krążek nowojorczyków - Yellow House został w pełni doceniony zarówno przez krytykę jak i przez fanów, zajmując wysokie lokaty w muzycznych podsumowaniach roku 2006. Pod koniec maja 2009 ukazało się trzecie wydawnictwo Grizzly Bear zatytułowane Veckatimest (tak jak jedna z wysepek w stanie Massachusetts), które zgodnie z zapowiedziami muzyków, jest bardziej psychodeliczne od poprzedników. Pierwszym singlem z płyty jest utwór ‘Two Weeks’. Zespół kilka razy supportował Radiohead podczas ich tras koncertowych. Warto dodać, że wielkim fanem Grizzly Bear jest członek Radiohead - gitarzysta Jonny Greenwood.
Tagi: experimental, folk, freak folk, indie, lo-fi, Stany Zjednoczone
PREMIERA ALBUMU BLACK RYDER CORAZ BLIŻEJ
3 września 2009 NEWSY, ZESPOŁY

Znamy już datę premiery debiutanckiego albumu duetu The Black Ryder. Krążek zatytułowany “Buy the Ticket, Take the Ride” ma ukazać się 3o października bieżącego roku nakładem The Anti-Machine Machine. Jest to label założony przez członków zespołu, Aimée Nash i Scotta Von Rypera. Oni sami też są odpowiedzialni za mastering albumu. Jak pisaliśmy wcześniej, w nagrywaniu 11 kawałków wzięli udział liczni goście, m.in.: Ricky Maymi (z The Brian Jonestown Massacre), Peter Hayes (z Black Rebel Motorcycle Club), czy Tim Powels (z The Church). Na profilu myspace zespołu można już teraz posłuchać dwóch przearanżowanych utworów, znanych wcześniej z wersji demo, “Burn and Fade” oraz “Let it Go”.
Tagi: Australia, neo-psychedelic, post-shoegaze, rock alternatywny