Kompendium wiedzy na temat nowej muzyki: shoegaze, post-rock, indie, ambient, trip-hop i inne…

Port-Royal - German Bigflies

The Flaming Lips - I Can Be A Frog

We Fell To Earth - Deaf

Editors - przez przypadek (23.11.09 Stodoła)

Zacznę od tego, że wcale miało mnie tam nie być. Decyzję wybrania się na ten koncert podjąłem ok. godziny 20.50 jadąc zupełnie w inne miejsce. Nagle stwierdziłem słuchając po raz pierwszy ostatniego albumu przez słuchawki, że nastąpiła lekka wtopa kiedy oceniłem ją raczej chłodno. Czasem tak jest, że w końcu za którymś razem słuchacza coś przekonuje. Mnie przekonało aż tak, że spoglądając na zegarek zrozumiałem jak mało czasu zostało mi na dotarcie do Stodoły. Oczywiście zdążyłem niczym struś pędziwiatr, wypiłem piwo i wraz z wyjściem zespołu na scenę przekroczyłem próg sali. Spotkałem jeszcze po drodze pana Stelmacha a po chwili już stałem niedaleko sceny. Takie spontaniczne akcje są najfajniejsze.
Mimo, iż na początku były lekkie problemy techniczne, zwłaszcza wokal przy pianinie był źle ustawiony przez akustyka, panowie z zespołu Editors ponownie wywarli na mnie duże wrażenie na żywo. Zaczęli tak jak zaczyna się nowy album od piosenki tytułowej In This Light And On This Evening. Jakby nie patrzeć to przecież był koncert promujący tą płytę i wszystkie utwory z niej zostały zagrane. Publiczność najlepiej reagowała i tak przy starszych nagraniach ale to z jakim zapałem został zagrany na bis Papillon to naprawdę trzeba oddać szacunek Editorsom a muszę przyznać, że nie przepadam za promującymi albumy singlami, ponieważ są zazwyczaj najbardziej przystępne dla słuchacza a co za tym idzie najbardziej upopowione. W ogóle cały album na żywo wypadł bardzo dobrze zwłaszcza do gustu przypadły mi wykonania The Boxer i Bricks And Mortar zamykający główną część występu. Umiejętnie poprzeplatali nowe rzeczy ze starszymi, z których to, wybrali już same szlagiery takie jak Munich, All Sparks, Bullets, Bones czy Smokers Outside the Hospital Doors…. Fajnie też, że zagrali You Are Fading nie ograniczając występu tylko do piosenek z płyt długogrających. Wokalista Tom potrafi przyciągnąć wzrok publiczności. Nie może gość wysiedzieć ani wystać w miejscu, ciągle się porusza, tańczy ze statywem, prawdziwy wulkan energii, którą przekazywał wraz z kompanami z zespołu zgromadzonym. Dobrze, że nadchodziły takie momenty jak wymienione wcześniej The Boxer czy Walk The Fleet Road zagrane jako pierwszy numer na bis bo byśmy wszyscy tam się przekręcili z narzuconego tempa.
To mój kolejny koncert Korektorów. Dwa lata temu też zdecydowałem się jakoś dopiero na dwa dni przed samym występem, natomiast na Heinekenie duża scena niestety nie spełnia żadnych oczekiwań. Dwa lata temu w Stodole było świetnie lecz inaczej. Pamiętny koncert pasował do tamtego czasu w jakim był zespół i ja jako słuchacz. Poniedziałkowe wydarzenie było również znakomite i przedstawiało to w jakim kierunku ci muzycy się rozwijają. Na ten czas ten koncert wydaje mi się ciekawszy ale nie można ich porównywać poprzez widoczną zmianę w podejściu do muzyki i Editorsów i moją. Nie jest to mój ulubiony zespół, żadna z ich płyt nie rzuca mnie na kolana a jednak nagła decyzja by ich zobaczyć była świetna i nie żałuje jej wcale. Gorąco i owacyjnie wspominam to wydarzenie. Najgorsze jest jednak to, że kiedy przypominam sobie takie chwile dochodzi do mnie jak szybko mijają… dobrze, że zachwyt i energia pozostaje.

Zdjęcia z koncertu mozna zobaczyć tutaj.


Editors - Eat Raw Meat = Blood Drool (live at studio Brussels)

———-
Lucjan Lucimiński

The Pains Of Being Pure At Heart - Everything With You

Pg.Lost i Tides From Nebula - w basenie dźwięku (12.11.09 CBA)

Tak w ogóle to ja nie wiem skąd się wziął taki pomysł by ten koncert i kolejne (And So I Watch You From Afar, Maybeshewill, Port-Royal i Everything Is Made In China) organizować w Jadłobaraku. Czy ludzie, którzy planują takie! wydarzenia nie myślą zupełnie o odbiorcach? Jak to jest no jak? Przecież to oczywista oczywistość, że w takim baraku TAKIE zespoły to raczej wypadną wcale. Na szczęście (podkreślam to po raz kolejny i będę to robił aż mi się znudzi) na Jadłobarak rzucił się ogień i możemy cieszyć się braniem udziału w tych wydarzeniach w innych miejscach. Moje zadowolenie nie ma końca ponieważ CBA spełniło oczekiwania ponad miarę (kiedyś już tam byłem i akustyka załamała mnie doszczędnie, np.: słyszalna gitara tylko z odsłuchu i tym podobne smaczki, które tak wryły się w pamięć, że zupełnie nie miałem ochoty się wybrać, a tu takie zaskoczenie). Zespół Tides From Nebula zaczynał tym koncertem trasę europejską. To był występ lepszy niż podczas wieczoru z Caspian i God Is An Astronaut. Do tego trzeba dodać, że należy im się ta trasa i szersza publiczność. Nowy numer ok. i raczej radykalnych zmian kierunku nie oczekuję po tym zespole. I bardzo dobrze. Przestrzeń basenu współgrała idealnie ale to był dopiero początek ponieważ po krótkiej przerwie pojawili się na scenie Szwedzi z Pg.Lost. No i zaczęło się budowanie klimatu na nowo. To przecież oni byli główną atrakcją wieczoru i musieli przejąć inicjatywę zabierając nas we własną przestrzeń. Pg.Lost gra nieco spokojniejszą i nostalgiczną odmianę post-rocka. Na domiar tego kompozycje są zazwyczaj bardzo rozbudowane i ich dramaturgia ciągle narasta dążąc do kapitulacji i końcowego wyciszenia. Przyznam się, że do nowej płyty musiałem się długo przekonywać a decyzję wybrania się na koncert podjąłem dopiero o 4 rano w autobusie miejskim kiedy to słuchając po raz nasty In Never Out nagle przełamało się coś we mnie i odczułem wielką potrzebę przeżycia tego na żywo. Pokazały się podczas koncertu wizualizacje ale przy porywającej muzyce nie patrzę na scenę, tylko od czasu do czasu podnoszę powieki by zrozumieć gdzie w dalszym ciągu się znajduję. Tutaj udało się zespołowi doprowadzić mnie do takiego stanu, że ten spod powiek podobał mi się bardziej więc wizualizacji znów nie widziałem. Jest jeszcze coś, co jak się okazało, wpłynęło na plus w ogólnym rozrachunku tego co wydarzyło się tego wieczoru. Chłopaki z Pg.Lost nie zagrali mojego ulubionego utworu pod tytułem Crystalline co spowodowało u mnie niedosyt, który wywołał od razu po koncercie chęć kolejnego odsłuchu ich muzyki. Najbardziej nie znoszę właśnie przesytu spowodowanego występami na żywo, a tak, wracam do Pg.Lost całkiem często, również wspomnieniami z CBA.


Pg.Lost - Crystalline

———-
Lucjan Lucimiński

This Will Destroy You - The World Is Our

Maybeshewill - Co-Conspirators

Serena-Maneesh - Drain Cosmetics

KLIMT - wywiad dla shoegaze.pl

Klimt to Antoni Budzinski grający na co dzień na gitarze w sopockim zespole Saluminesia. Zadebiutował na składance Sleep Well III z utworem Ennui w maju 2007. W marcu 2008 ukazała się jego debiutancka płyta zatytułowana Jesienne odcienie melancholii.

Rozmawia Gabriela Szymaszkiewicz:

Shoegaze.pl: Co sprawia, że gitarzysta postanawia stworzyć solowy projekt? Czy ktoś pomagał Ci w nagraniu materiału na Jesienne odcienie melancholii? Jeśli tak to kto?

Klimt: Tzn. ja tworzyłem i nagrywałem muzykę zanim jeszcze powstał zespół Saluminesia. Oprócz twórczości zespołu miałem zawsze mnóstwo własnego materiału, który zupełnie różńił się od tego co działo się w zespole. Zawsze miałem w “zapasie” setki różnych kompozycji i utworów. Sama propozycja wydania płyty pojawiła się z zewnątrz. Mianowicie zainteresowała się moją twórczością wytwórnia z Warszawy. Na początku był to jeden utwór na składance Sleep Well III, a później był to już cały longplay. W tamtym okresie nie myślałem wogóle o wydaniu solowej płyty.
A odpowiadając na druga część pytania to jest to w pełni moje samodzielne dzieło. Tylko ja przy tym majstrowałem:).

Shoegaze.pl: Jako swoje inspiracje wymieniasz między innymi zespoły takie jak Slowdive, Mew czy Mogwai. Czy Twoja twórczość jest bezpośrednią odpowiedzią na fascynację tymi kapelami “są świetni, chciałbym robić coś podobnego” czy może wtórną, będąca następstwem funkcjonowania w takiej stylistyce?

Klimt: Te zespoły raczej poznałem później na swojej drodze. Zespołem, który chyba najbardziej ukształtował mnie jako muzyka to Smashing pumpkins. To jest dla mnie ta podstawa. Staram się raczej wypracować moją własną ścieżkę. I myślę, że osoby którym spodobała się moja pierwsza płyta widzą tą ścieżkę. Oczywiście podświadomie człowiek w pewnym stopniu naśladuje to czego słucha i nie da się od tego uciec, ale staram się raczej iść własną drogą.

okladka

Okładka płyty "Jesienne odcienie melancholii"

Shoegaze.pl: Pierwsze skojarzenie jakie pojawiło się w mojej głowie podczas słuchania Twojej płyty brzmiało: Jacaszek. Czy spotkałeś się już z tego rodzaju porównaniem i czy się z nim zgadzasz?

Klimt: No proszę, to  porównanie słyszę pierwszy raz. Na pewno znajdujemy się na polskim rynku w tej samej szufladzie. Aczkolwiek dla mnie są to raczej odmienne światy, ale skojarzenie jak najbardziej właściwe.

Shoegaze.pl: Momentami jesteś bardzo shoegaze’owy a momentami zdecydowanie ambientowy, a może określiłbyś swój styl jako coś zupełnie nowego?

Klimt: No na pewno jest to jakaś mieszanka, gdzie tam jeszcze po drodze dochodzi post-rock. Dla mnie jednak najważniejsze jest “wnętrze” muzyki. Styl dla mnie jest na drugim miejscu, ale na pewno duże przestrzenie muzyczne mam naturalnie zaprogramowane w sobie.

Shoegaze.pl: Twoja płyta jest bardzo hipnotyzująca, czy kolejna będzie kontynuacją czy może będziesz eksperymentował z brzmieniem?

Klimt: Większość materiału na drugi krążek jest już właściwie skończona. Druga płyta będzie dosyć mocno różnić się od pierwszej. Brzmienie będzie zdecydowanie bardziej ostrzejsze, bardziej dynamiczne i będzie raczej mniej ambientowych klimatów. Muzyka będzie całościowo bardziej optymistyczna i “jaśniejsza” od Jesiennych. Tak z założenia nie zamierzam nigdy wydawać płyt, które będą kontynuacją poprzedniej. Dla mnie to jest taki naturalny proces zmiany. Człowiek po drodze się trochę zmienia. Muzyka zmienia się razem z nim.

Shoegaze.pl: Czy koledzy z Saluminesii pomagają Ci w twoich projektach?

Klimt: Janek - perkusista wspomaga mnie w graniu Klimta na żywo.

Shoegaze.pl: Gdzie można Cie usłyszeć na żywo?

Klimt: Narazie tylko w salce prób:), ale już niedługo powinny się pojawić koncerty.

Shoegaze.pl: Twoje muzyczne numer 1: utwór, płyta a może cała twórczość artysty lub zespołu, coś do czego zawsze wracasz…

Klimt: Jak już wcześniej powiedziałem kapelą nr 1 będzie zawsze dla mnie Smashing Pumpkins. Plyty Mellon Collie… , Adore i Machina to dla mnie taka podstawa, do której zawsze lubię wrócić. Jeśli chodzi o ulubiony utwór czy album to nie byłbym w stanie wskazać.
Chociaż znalazloby się na pewno parę ważniejszych płyt, które z rożnych powodów są mi szczególnie bliskie, m.in. NIN - The Downward Spiral, wspomniane wczesniej Mellon Collie zespołu Smashing Pumpkins, The Cure - Kiss Me,Kiss Me,Kiss Me , Ulrich Schnauss - A Strangely Isolated Places, South - From Here on In, Sigur Ros - Agaetis Byrjun. No i oczywiscie Klimt - Jesienne odcienie melancholii :).

Shoegaze.pl: Czy myślisz o wydaniu płyty za granicą - tam rynek jest zdecydowanie bardziej chłonny na tego rodzaju alternatywę..

Klimt: Wydaje mi się, że najpierw  trzeba opanować swój rodzimy kraj, a później dopiero atakować na zachód. Najpierw tutaj muszę stać się niebezpieczny:). Aczkolwiek zauważyłem, że jeśli chodzi o cyberprzestrzeń to poza granicami kraju płyta wzbudziła sporo zainteresowania.

Dziękuję za wywiad i życzę szybkiego wzrostu owego “niebezpieczeństwa” na polskim i zagranicznym rynku :)

Myspace Klimta:  www.myspace.com/theklimt

Kolejny song Everything Is Made In China

Dostaliśmy już kolejne nagranie od chłopaków z rosyjskiego Everything Is Made In China. Nosi nazwę Sleep-walking. Oczywiście to kolejna świetna piosenka tego tercetu i ciekawy pomysł na teledysk, który współgra z promocyjnym zdjęciem znajdującym się na ich myspace, a może tak będzie wygladała okładka nowego albumu, który już niebawem?…


Everything Is Made In China - Sleep-walking

Teledysk na dziś…

Nowa piosenka od Rachael

m_dbd7474580ea4cd684480d6a77e3466d1

W piątek, 13 listopada, premierę miała nowa piosenka Rachael, czyli warszawskich mistrzów garażowo-psychodelicznego grania . Utwór, zatytułowany Watchsick, można legalnie ściągnąć z profilu myspace zespołu. Jak mówią jego twórcy, ma on zapowiadać serię piosenek publikowanych co miesiąc w sieci, które następnie zostaną zebrane w jedno wydawnictwo EP. Całość, jak zwykle, zostanie udostępniona w Internecie do pobrania za darmo. Pozostaje na razie cieszyć się Watchsick i czekać na kolejne piosenki!

Radio Dept., The - Pulling Our Weight

Spouds, The - Serenity Is Only A Brainwave (2009)

Lubię The Spouds. Stwierdziłam to już po zapoznaniu się z ich demem: trochę nierównym, bardzo garażowym, dość surowym, ale jakże oryginalnym jak na nasze polskie realia. Jeszcze bardziej ich lubię po dokładnym przesłuchaniu ich pierwszego oficjalnego wydawnictwa, czyli EP-ki zatytułowanej Serenity Is Only A Brainwave.
Wrażenia ogólne: dostajemy 7 kawałków (stąd dyskusje, czy to na pewno EP-ka, czy może jednak minialbum? – dla mnie bez różnicy), całość trwa 28 minut 16 sekund. Dużo gitar, noise’u i muzycznego brudu. Dość zauważalna (a właściwie słyszalna) perkusja. Wokale na przemian powściągliwe lub, wręcz przeciwnie, wykrzyczane i pełne emocji. Wydźwięk raczej pesymistyczny, ale The Spouds nie tworzą w końcu muzyki dla słitaśnych małolat.
Wrażenia szczególne: za pierwszym przesłuchaniem zaskakuje saksofon, który pojawia się zupełnie znienacka w Broken Sound. Tym bardziej „znienacka”, że poprzednia wersja tego utworu nie zawierała żadnych instrumentów dętych. Na początku wraz ze zdziwieniem, czułam lekkie zniesmaczenie (bo saksofon kojarzył mi się głównie z latami 90. i przebojem Lily Was Here), ale wystarczyło doczekać ostatniego kawałka Crisis, żebym się już uspokoiła. Zresztą, wszelkie moje wątpliwości rozwiał w pełni październikowy koncert The Spouds, więc w momencie, w którym piszę te słowa, wiem już, że ten saksofon jest na właściwym miejscu i nie może być inaczej! Zresztą, nie wiem czy to zasługa saksofonu, czy akurat przypadek, ale właśnie Broken Sound i Crisis są moimi faworytami z całej siódemki. Crisis ze względu na to co się dzieje na samym końcu, a Broken Sound ze względu na wspomnianą już powściągliwość wokalną w zwrotkach, która tak pięknie kontrastuje z refrenami.
A co poza tym? Running with Scissors jest przebojowe aż do bólu (wystarczy raz posłuchać, żeby nie móc się uwolnić od nucenia „It’s like running with scissors” w kółko), chociaż ja mam pewnie inne pojęcie przebojowości niż reszta świata. Absent Lovers także wpada w ucho z energicznym, trochę plemiennym początkiem na bębnach a w The Dreamlife of Angels znajdziemy równie dynamiczne przejście między zwrotkami i refrenami.
A wracając do wrażeń ogólnych: to, co mnie najbardziej zachwyca w większości zgromadzonych na krążku piosenek, to wyraźne, powtarzalne motywy gitarowe. Nigdy nie byłam zwolenniczką wyszukanych, przekombinowanych solówek i wcale się tego nie wstydzę!

Na koniec o sprawie równie istotnej jak zawartość płyty, czyli o jej opakowaniu. Niby nie można oceniać książki po okładce, ale… Ile razy udało wam się zwrócić uwagę na jakąś płytę w sklepie tylko dlatego, że miała ciekawą okładkę? No właśnie. I tutaj kolejny plus dla zespołu: płyta jest ślicznie, minimalistycznie wydana. Wielkie brawa dla Tomka, który jest autorem grafiki. Szkoda tylko, że płyta jest niedostępna w sklepowej sprzedaży, bo na pewno zwróciłaby czyjąś uwagę.

1. Running with Scissors [3:52]
2. No Light [4:09]
3. Broken Sound [4:12]
4. Absent Lovers [2:31]
5. 11 [2:46]
6. The Dreamlife of Angels [4:26]
7. Crisis [6:20]

Teledysk na dziś…

Eaststrikewest - Wolvves (2009)

Jeśli muzykę można porównywać do rozkoszy cielesnych, to Eaststrikewest odbywają swoją płyta prawdziwy stosunek seksualny ze słuchaczem. Gra wstępna w postaci ambientowego God Can’t Take His Eyes Off Me - bez wokalu, jesteśmy wprowadzani w lekkie wibracje. Następnie przechodzimy do bliższego kontaktu: Stumble zaczyna się niepozornie, jednak pod koniec jest już rozgrzaną i pędzącą maszyną, która nie może się zatrzymać. Mocne gitary, szybkie tempo i przelewający się wokal. No właśnie, wokal. Z pewnością nie jest on zaskakujący. Pierwsze skojarzenie jakie pojawiło się w mojej głowie wiązało się z wokalistą post-grunge’owego Silverchair, Danielem Johnsem. Przy dłuższych wokalizach przychodzi mi na myśl Sting - nie wiem czy są to dobre objawy przy tego rodzaju muzyce…  Pieszczoty stają się odważniejsze: Welcoming The Ghost to chyba najbardziej “hitowy” numer z całego zestawienia, wpada w ucho i chce się go słuchać i słuchać. W końcu każdy audiofil zna te kawałki, które mają w sobie ten jeden, jedyny fragment, który powala na łopatki. Nagle coś się dzieje, czyżby partner nie miał gumki? Chu! - niczym pozytywka, fortepian i infantylizm - wybija z rytmu. Rekompensata przychodzi wraz The Architect: czysty post-rock z długimi, bardzo emocjonalnymi partiami wokalu. To chyba orgazm. Uśmiechnięta i zaspokojona opadasz na łóżko, endorfiny zalewają Twoje ciało:  Electricity.

Mogę zarzucić tej płycie kilka rzeczy:  mimo zróżnicowanego ładunku emocjonalnego, trochę monotonne jest używanie tych samych trików, jednak nie jest nudno, o nie! Chciałabym być na koncercie i sprawdzić, czy da się mocniej poruszyć niż tą płytą. Możliwe, że jeśli muzycy Eaststrikewest wkładają tyle energii i emocji w granie za każdym razem to byłoby to wręcz niebezpieczne. Wokal pod koniec płyty wywołuje szyderczy uśmieszek: ile razy można zawyć w ten sam sposób? A może tak buduje się “znak rozpoznawczy”? No i na koniec wizualnie: świetna okładka, właściwie to ona mnie zwiodła na pokuszenie… Nie żałuję.

9/10

1. God Can’t Take His Eyes Off Me [3:01]
2. Stumble [5:27]
3. Welcoming The Ghosts [6:25]
4. Chu! [1:39]
5. The Architect [6:33]
6. Every Whisper And Word Said [5:15]
7. Electricity [5:10]
8. From Here You Can See Everything [1:28]

Mew - Am I Wry? No

Polecamy koncerty - objęlismy patronat medialny

Objęliśmy patronat medialny nad trasą koncertową zespołów: MANESCAPE i POWIEKI

Pg.Lost
10 lis 2009 20:00
Pod Minogą - Poznań + Manescape
11 lis 2009 20:00
Bezsenność - Wrocław + Manescape
12 lis 2009 20:00
Centralny Basen Artystyczny - Warszawa + Tides From Nebula

Maybeshewill
18 lis 2009 20:00
Pod Minogą - Poznań + And So I Watch You From Afar
19 lis 2009 20:00
No Mercy - Warszawa + And So I Watch You From Afar
20 lis 2009 20:00
Lódź Kaliska - Kraków + And So I Watch You From Afar

Port-Royal
26 lis 2009 20:00
Pod Minogą - Poznań + goście
28 lis 2009 20:00
Łódź Kaliska - Kraków + goście
29 lis 2009 20:00
Centralny Basen Artystyczny - Warszawa + goście

Everything Is Made In China
1 gru 2009 20:00
Jadłodajnia Filozoficzna - Warszawa + NaPszykłat
2 gru 2009 20:00
Ucho - Gdynia + NaPszykłat
3 gru 2009 20:00
Kontrasty - Szczecin
4 gru 2009 20:00
Pod Minogą - Poznań
5 gru 2009 20:00
Baszta - Ostrzeszów
6 gru 2009 20:00
Pod Jaszczurami - Kraków + Nell
7 gru 2009 20:00
TBA - Wrocław

Manescape
10 lis 2009 19:00
Pod Minogą - Poznań + Pg.Lost
11 lis 2009 19:00
Bezsenność - Wrocław + Pg.Lost
13 lis 2009 20:00
Lizard King - Bydgoszcz + (?)
20 lis 2009 20:00
Rockz - Gdynia + Kevin Arnold
21 lis 2009 20:00
Andegrant - Olsztyn + (?)
22 lis 2009 20:00
Gwint - Białystok + (?)
24 lis 2009 20:00
Jadłodajnia Filozoficzna - Warszawa + (?)
28 lis 2009 20:00
Mok - Głogów
3 gru 2009 20:00
Kawon - Zielona Góra + Lucy One
11 gru 2009 20:00
Kontrasty - Szczecin + Lucy One
12 gru 2009 20:00
Motor Rock Pub - Słupsk + Lucy One
13 gru 2009 20:00
Kreślarnia - Koszalin + Lucy One

Powieki
20 lis 2009 20:00
Republika - Tomaszów Lubelski
21 lis 2009 18:00
GO ROCK FESTIWAL - Stalowa Wola
22 lis 2009 20:00
Soundbar - Lublin

Port-Royal - Dying In Time (2009)

Takie płyty rozrzucające dźwięki w nieznaną przestrzeń przyjmuję z nieskrywaną radością. Galaktyczno-ambientalny shoegaze równa się, dla mnie, z błogością, która dociera do najskrytszych mych pragnień. Uspokaja, przenosi w fantazyjne, nieznane miejsca, niczym ze snu. Potrafi w nich jednak urosnąć do niewyobrażalnych granic, pobudzić do lunatycznego tańca i zapomnieć o istnieniu codziennego oblicza rzeczywistości. Rozwarstwione marzenia skupiają się w jedną myśl o ciągłej ucieczce. Rozbrzmiewające mazy dźwięków przynoszą ukojenie i relaksację w pustce, która zarazem jest pełna i kompletna. Ten stan wstrzymania przywodzi na myśl odmienny stan świadomości, który lubimy by trwał jak najdłużej. Na szczęście podróż umierania w tym czasie trwa ponad godzinę więc nie musimy się martwić o zbyt szybkie otrzeźwienie i opuszczanie stworzonych granic. Wraz z cudownym zakończeniem, które przynoszą trzy części Pustelni najlepiej już tylko zasnąć by nie tracić nic z jej właściwości odosobnienia i zadumy. Dlatego Dying In Time polecam słuchać zwłaszcza w nocy. Jak dobrze, że muzyka posiada taką siłę.

Dźwiękom zawartym na Dying In Time najbliżej jest do tych znajdujących się na płytach M83, jednakże jest ona jeszcze bardziej rozległa i bezgraniczna. W projekcie tym udział wzięły również najciekawsze, według mnie, damskie wokale z naszej rodzimej sceny muzycznej: Natalia Grosiak oraz Natalia Fiedorczuk. Na płycie zaśpiewał też Michał Wiraszka z Much, który jednak aż takiego powiewu świeżości jak wymienione panie już nie wniósł. Zespół z Genui nagrał przepiękną nieco zimową płytę, co nie tylko słychać ale nawet widać po okładce. Mnie natomiast już tylko koncert w głowie, którego data zbliża się dużymi krokami.

10/10

1. HVA (Failed Revolutions) [8:28]
2. Nights In Kiev [7:02]
3. Anna Ustinova [3:58]
4. Exhausted Muse\Europe [9:37]
5. I Used To Be Sad [4:41]
6. Susy: Blue East Fading [8:34]
7. The Photoshopped Prince [4:05]
8. Balding Generation (Losing Hair As We Lose Hope) [8:49]
9. Hermitage Pt. 1 [5:21]
10. Hermitage Pt. 2 [5:24]
11. Hermitage Pt. 3 [6:06]


Port-Royal - Nights In Kiev

———-
Lucjan Lucimiński

Epic45 - Daylight Ghosts

65daysofstatic - One time for all time (2005)

Panowie z 65daysofstatic pracują nad nową płytą. W mailu 65propaganda piszą:
Wiele piosenek nie udało się. Chcieliśmy unieść je wszystkie, ale nasze ramiona były zbyt słabe, a ich stłumione rozlazłe przejścia pełne opóźnionych brzmień gitar i Aphex-Twinowskie beaty były zbyt ciężkie.
Jeśli zobaczycie ich szkielety leżące wzdłuż drogi, odwróćcie się. Nie można ich ocalić. Uczepią się was swoimi kościstymi melodramatycznymi palcami i zażądają, byście dodali cichy fragment, aby uczynić tę głośną rzecz na końcu bardziej dramatyczną.

To było wszystko, co mogliśmy zrobić, by nie polec z nimi.

W tym nieznośnym - dla fanów i z tego, co widać, dla zespołu - okresie oczekiwania warto przypomnieć jedno z ich dokonań muzycznych. Niech będzie to…

One time for all time.
Początkowo denerwował mnie brak wokalu, ale ja ogólnie jestem nerwowa. One time for all time jest jedną z tych wspaniałych płyt, które należy słuchać w całości, po kolei, żeby nie odebrać im sensu.
Tym, co zastanawia mnie w krążku jest jego spokój. Lecz nie jest to spokój i koniec, to jest spokój niepokojący. Zwłaszcza w utworze 65 doesn’t understand you. Te szmery, które jakby od niechcenia przemaszerowują przed słuchaczem, niby to prezentują siebie, a tak naprawdę dokonują rewizji jego mentalnych bebechów. Nawet tak ascetyczna piosenka, jak The big afraid kończy się na szumiąco. Zastanawiam się, czy to z moimi głośnikami coś jest nie tak. Dla próby włączam Hora zero. Nic nie zgrzyta. W porządku.
W świat przedstawiony wprowadza mnie duch. I chyba szkielet, bo słyszę wyraźne klikanie kości. Dyszą i jęczą - chcą mnie przestraszyć? Świat przyspiesza, więc sądzę, że gdzieś się przenosimy. No tak, w sam środek burzy, ale chyba w kosmosie. Bardzo nietypowe zjawisko meteorologiczne w tej części wszechświata, co jednocześnie jest świetne, bo czuję się władczynią pędzących błyskawic, pobudzanych mocą tej muzyki. Po odpędzeniu nawałnicy (niech wraca, skąd przyszła.!) przenoszę się na Drogę Mleczną, gdzie zupełnie nieświadomie zaczynam tańczyć w blasku płonących obok warkoczy komet. Nałykawszy się kosmicznego pyłu zasypiam. Spadam i przez sen czuję pęd powietrza rozwiewający moje włosy. Budzę się na skutek starcia dwóch światów - powietrza i wody. Jestem na Ziemi, a konkretniej - w morzu czy też oceanie. Płynąc, mijam obojętnie do mnie nastawione drobne białe rybki. Wyglądają na zrelaksowane. Wiedziona docierającymi do mnie dźwiękami, odkrywam powód tego stanu. Oto mym oczom ukazała się orkiestra symfoniczna. Siadam na muszli małży i zaczynam słuchać. Jak pięknie roznosi się muzyka na falach wody. Jaka szkoda, że większość ludzi nie chce zatonąć. A ja sobie posiedzę; przy okazji - sukienka bardzo ładnie faluje pod wodą. Po skończonym koncercie pozostaję jeszcze przez chwilę na małży, wspierając głowę na splecionych dłoniach. Chwila zastanowienia, czy jest sens snuć jakiekolwiek refleksje. Nie ma. Wracam więc do siebie z przeświadczeniem, że to jedna z najciekawszych podróży w moim życiu. Będę do niej wracać… myślami.

1. Drove through ghosts to get here [4:19]
2. Await rescue [4:44]
3. 23kid [4:32]
4. Welcome to the times [3:54]
5. Mean low water [4:01]
6. Climbing on roofs (Desperate edit) [2:27]
7. The big afraid [2:08]
8. 65 doesn’t understand you [5:37]
9. Radio protector [5:26]


65daysofstatic - Radio protector

Maybeshewill - Not For Want Of Trying

Nowy singiel Yeasayer

3. listopada grupa Yeasayer wydała singiel Ambling Alp zapowiadający wychodzącą 19 lutego 2010 płytę zatytułowaną Odd blood. Oprócz cyfrowej wersji piosenki, można wejść w posiadanie także limitowanej edycji winylu zawierającego tytułową ścieżkę zremiksowaną przez Memory Tapes i DJ/rupture oraz instrumentale. Ponadto istnieje jeszcze bardziej limitowana wersja z koszulką projektu Jeremy’ego Hymana. Te wszystkie cudeńka zamówić można tutaj.


Yeasayer - Ambling Alp

Teledysk na dziś…

BLIND MR. JONES

Zespół powstał we wczesnych latach 90. w Marlow. Tworzyli go: Richard Moore - gitara i wokal, Jamaal Franklin - gitara, Jon Tegner - flet, Will Teversham - bas i wokal, John White - perkusja. Przypuszczalnie ich nazwa pochodzi od tytułów dwóch pierwszych piosenek z płyty Naked zespołu Talking Heads. Ukształtowani przez brzmienia m.in. The Cure, The Telescopes, Slowdive, Ride, określani są żartobliwie “Jethroo Tull shoegazingu” ze względu na obecność dźwięków fletu w ich muzyce. Na Eyes wide wspomagał ich gitarowo Neil Halstead z Slowdive, a na Crazy jazz - Johnny Greenwood z Radiohead ze swoją harmonijką ustną. W okresie swego istnienia byli jedną z czołowych grup na scenie shoegazingu. Ich utwory zostały wykorzystane na składankach: My favourite flavour, Instrumentally yours, An assortment, Feedback to the future, Like a daydream - A shoegazing guide, obok takich zespołów, jak Ride, Slowdive, czy Cranes. Zespół rozwiązał się krótko po wydaniu Tatooine.

Dyskografia
EP:
Eyes wide (1992)
Crazy jazz (1992)
LP:
Stereo musicale (1992)
Tatooine (1994)
Kompilacje:
Spooky vibes: The very best of Blind Mr. Jones (2005)
Over my head: The complete recordings (2008)


Blind Mr. Jones - Spooky vibes

ANIMAL COLLECTIVE

Animal Collective to zespół pochodzący z Baltimore, Maryland, aktualnie działający w Nowym Yorku. Został założony w 2000 roku. Tworzą go Avey Tare (David Portner), Panda Bear (Noah Lennox), Deakin lub też Deacon zwany Strawberry Jam oraz Geologist (Brian Weitz). Nagrania zrealizowane pod nazwą Animal Collective są połączeniem elementów pochodzących zarazem od wszystkich członków kapeli jak i każdego z osobna. Ich działalność nie jest niczym ograniczona. Członkowie zespołu poznali się w szkole i zaczęli nagrywać wspólnie w różnych stylach, współpracowali od młodości. Chociaż grupa często jest określana mianem freak folku lub hałaśliwego popu, to trudno jest zaszufladkować AC, ponieważ ich twórczość jest eksperymentem łączącym różne style i idee na poszczególnych płytach.
Zespół założył własną wytwórnię PAW TRACKS w której realizuje własne projekty, a także wspiera innych artystów.

Wydali osiem albumów studyjnych:
Spirit They’re Gone, Spirit They’ve Vanished (2000) - Animal
Danse Manatee (2001) - Catsup Plate
Campfire Songs (2003) - Catsup Plate
Here Comes the Indian (2003) - Paw Tracks
Sung Tongs (2004) - FatCat Records
Feels (2005) - FatCat Records
Strawberry Jam (2007) - Domino Records
Merriweather Post Pavilion (2009) - Domino Records

oraz 2 albumy koncertowe:
Hollinndagain (2002) - St. Ives, Paw Tracks
Animal Crack Box (2009) - Catsup Plate

Wszyscy członkowie Animal Collective mają swoje własne projekty muzyczne, które są niezależne względem macierzystego zespołu.

Sylwetka perkusisty AC - PANDA BEAR:
Instynktowny, wędrowiec i ciekawski muzycznie Panda Bear (Noah) zawsze poszukiwał miejsc, które byłyby dla niego inspiracją i nadawałyby sens jego twórczości. Jako nastolatek w swoim rodzinnym mieście Baltimore, Panda Bear stworzył swoje pierwsze, solowe nagranie, pierwszy ( i ostatni) album wydany przez Deakin’s (Joshmin) Soccer Star Records. Później Panda postanowił pójść na Uniwersytet w Bostonie. Jednak problemy i zwariowane rzeczy sprowadziły go do Nowego Yorku, gdzie pod koniec milenium doszło do utworzenia wraz z niedawno poznanymi “braćmi” Animal (Avey Tare, Geologist i Deakin’em) Animal Collective narodził się. Gdy prace z Animal Collective są wstrzymane, Panda Bear tworzy mnóstwo własnej muzyki a także współpracuje ze Scotty’m Mou (DJ Casio - Queens ). Organizuje także jam’y z innymi “animal bros”. Z Rusty’m Santos’em tworzy muzykę do pokazów mody. Nigdy nie “skleja” swojej twórczości z określonych dźwięków. Zakres w jakim porusza się Panda zaczyna się od melodii niskich, ściśniętych w stylu Young Prayer a kończy na electro-popie w typie Perso Pitch. Aktualnie przebywa w Lizbonie.


Animal Collective - My Girls

Everything Is Made In China - singiel + trasa + nowy teledysk

W oczekiwaniu na nową płytę, jak na razie możemy cieszyć się nowym singlem zespołu zatytułowanym Automatic. Okładka do niego poniżej:

Natomiast więcej usłyszymy podczas trasy koncertowej goszczącej również w naszym kraju:
1 gru 2009 20:00
Jadłodajnia Filozoficzna Warszawa
2 gru 2009 20:00
Ucho Gdynia
3 gru 2009 20:00
Kontrasty Szczecin
4 gru 2009 20:00
Pod Minogą Poznań
5 gru 2009 20:00
TBA Ostrzeszow
6 gru 2009 20:00
TBA Cracow
7 gru 2009 20:00
TBA Wroclaw

Obejrzeć możemy również teledysk promujący nowy singiel Automatic:


Everything Is Made In China - Automatic (feat. Aerofall)

Low Frequency in Stereo - Bahamas

Maybeshewill - Last Time This Year