Kompendium wiedzy na temat nowej muzyki: shoegaze, post-rock, indie, ambient, trip-hop i inne…

Ólafur Arnalds - 3055

Northern Chorus, A - Winterize

Shearwater - Hidden Lakes

Our Ceasing Voice - As The Horizon’s On Fire

Vampire Weekend - Giving Up The Gun

Kwoon - I lived on the Moon

Collapse Under The Empire - Find A Place To Be Safe

KONKURS - WYNIKI

Moi Drodzy,

Konkurs został zakończony, wylosowaliśmy trójkę szczęśliwców: wygraliście nowego Mercedesa klasy S.. no dobra, aż tak dobrze nie jest, ale prawie ;) long play Manescape - Ex-Internal otrzymują:

Przemysław Matuszewski, Wanda Tokarska i Hanna Piecychna.
Czekajcie na listonosza,
GRATULACJE!

Local Natives - Gorilla Manor (2010)

ln_gm_cover
Południowa Kalifornia, gubernator-terminator, a tam z nimi tubylcy Local Natives. Bardzo rzadko zdarza mi się słuchać płyty po raz pierwszy i już wtedy wiedzieć, że mi się podoba. Niebezpiecznym jest to, że krążek zahacza o pop, wywołuje to u mnie lekkie drżenie powieki, ale staram się opanować. Granica między komercją a wysublimowanym smakiem jest wbrew pozorom chwiejna. Odczuwam satysfakcję z powodu popularności Arctic Monkeys, lub tego, że na Vivie ujrzałam teledysk Editors. Nie przeszkadza mi popularność jakiejś kapeli do momentu, gdy sami nie zaczynają się tą popularnością dławić. Zmierzam do tego, że w przypadku Local Natives mogłoby się tak stać (módlmy się do bóstw wszelakich aby tak nie było). Wracając do Gorilla Manor: nie można jej odmówić melodyjności i pozytywnej mocy. Nieco androgeniczny wokal jest bardzo kojący i bardzo świadomie używany. Czasem potrzebujemy zasiąść na kanapie, włączyć coś lekkiego - jeśli tak właśnie chcemy spędzić czas to włączamy Rezydencję Goryla i w drogę. Na tej płycie nie ma słabego numeru. Jest melodyjnie, wpadająco w ucho. Minus dla kawałka Ariplanes, bo brzmi jak zerżnięty z Arcade Fire, no ale co zrobić - rockowy tygiel ;)

Dla mnie 10/10

1. Wide Eyes [4:26]
2. Airplanes [3:58]
3. Sun Hands [4:51]
4. World News [4:31]
5. Shape Shifter [5:30]
6. Camera Talk [3:45]
7. Cards & Quarters [4:00]
8. Warning Sign [4:12]
9. Who Knows Who Cares [3:53]
10. Cubism Dream [4:00]
11. Stranger Things [5:46]
12. Sticky Thread [3:48]


Local Natives - Wide Eyes

Dead Sea, The - The Dead Sea (2009)

Nie mogę sobie teraz za bardzo przypomnieć muzyki rodem z Australii (poza Nickiem), do której bym powracał i zachwycał się nią. Tym bardziej byłem ciekaw, co przyniesie ze sobą pochodzący stamtąd materiał zespołu The Dead Sea, który imiennym krążkiem w zeszłym roku zadebiutował. Ponieważ wiedziałem, że to kolejna grająca post-rocka kapela, zastanawiałem się, czy coś wniesie więcej w muzyczny świat sprowadzony do tych dwóch słów. Po odsłuchaniu słychać, że rewolucji tutaj nie ma. Istnieje jednak coś innego na tej płycie, coś niezwykłego, niebywałego - jest to aura ubarwiona schizofreniczną powłoką. Taką muzykę najczęściej porównuje się do zimnego klimatu Skandynawii, dopiero po tym skojarzeniu próbuje się odnaleźć inne, ale o Australii wątpię byśmy wspominali w tych rozrachunkach. Czy to miejsce, skąd pochodzą muzycy, niesie ze sobą tę chorą przenośnię, czy sami spoglądają w taki sposób i rozmawiają o tym dźwiękami? Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się właśnie, że płyta ta skrojona na pewnego rodzaju koncept album, przyciąga wizualnością dźwięków, wystarczy zamknąć oczy. Mimo, iż w większości to krótkie utwory, w których shoegaz’owe gitary mieszają się z post-rock’owym budowaniem kompozycji a całość okraszona jest minimalistycznym spojrzeniem, ich rozbudowany wydźwięk przenosi w jakiś potężny wymiar, gdzie pozostały już tylko myśli i przestrzeń. Obszerność jej jest przygniatająca. Zaczynam bać się kolejnych odsłuchań, milknę wraz z nimi, a czyjeś szepty ciągle podjudzają, odchodzą i zawracają. Zatyka mnie wszechświat wyobrażeń sprowadzany do galaktycznego lotu… i martwe morze wokół.

10 w skali beauforta - to morze tylko z nazwy upodabnia się do trupa

1. Slow Jet [3:06]
2. Okono [1:40]
3. The Devil Bends [4:34]
4. III [2:01]
5. Zabriskie Point [7:49]
6. Nulla Desiderata [2:47]
7. Little Lights [1:45]
8. Departure Gates [5:59]
9. Banquet [2:07]
10. Bandicoots [8:42]

———-
Lucjan Lucimiński

Adorable – Against Perfection (1993)

Rozpoznanie – Glorious. Wstępny domysł – zapowiada się kawał dobrego rocka spełniającego funkcję shoegaze’ową. Dalsze 36 minut potwierdziło hipotezę. Płyta pełna radosnego, dynamicznego rocka, mimo tak spokojnej formy. „Na Jowisza!”, zamyśliłam się, „dlaczego nie mainstream…”. Po chwili zrozumiałam: „Ach! Za dobre na mainstream…”.
Bywają rzeczy tak piękne, ciekawe, fascynujące, że nie trzeba ich dookreślać – wystarczy zaznaczyć ich istnienie. Do tego zbioru należy Against Perfection, a ja wskazuję – bierzcie i słuchajcie. Tak, wiem, krążek pierwszą młodość ma już za sobą, lecz na moje usprawiedliwienie powiem, że w momencie jego wydania miałam 3 lata – a w tym wieku słucha się czegoś innego.
Moje osobiste odczucie: płyta nie jest uzależniająca. Sądzę jednak, że lepiej jest sięgać po coś świadomie i spokojnie, oddając się kontemplacji i uwielbieniu, niż słuchać, bo już się nie wytrzymuje.

Uśmiechnęłam się do Homeboy. A poza tym – ekstaza , do której być może przyczyniło się także uspokajanie mojego gustu muzycznego folkiem i chilloutem. Oraz najpiękniejsze poczucie braku, czyli nostalgia w Still Life.

I’m tripping into the back of my mind.

1. Sunshine Smile [5:03]
2. Glorious [4:19]
3. Favourite Fallen Idol [2:42]
4. A to Fade In [4:53]
5. I Know You Too Well [3:42]
6. Homeboy [4:32]
7. Sistine Chapel Ceiling [3:35]
8. Cut #2 [4:45]
9. Crash Sight [4:04]
10. Still Life [2:38]
11. Breathless [5:18]
12. I’ll Be Your Saint [3:32]


Adorable - Homeboy

Hurricane Bells - This Year

GLASSACRE

Dawno, dawno temu, w kraju, gdzie ludzie chodzą do góry nogami i ujeżdżają kangury, powstał projekt muzyczny o mrocznej nazwie Glassacre. Jego twórcami są panowie Chris Mason i Cam Merton. Grupa wykonuje muzykę shoegaze, ale uwaga - gdy uwzględnimy położenie geograficzne nasuwa się wniosek, że panowie, spoglądając w swe trzewiki, tak naprawdę patrzą do góry.! Jako wpływy muzyczne podają między innymi klasyków, jak: My Bloody Valentine i Cocteau Twins, zespoły rodzime: Severed Heads oraz grupy z kraju związanego osobą królowej: The Smiths i Boards Of Canada. Chris tworzy pod szyldem Chris Mason Implosion, a także w My Majestic Star, natomiast Cam jest szefem wytwórni Hidden Shoal Records. Grupa może się pochwalić jedynie niewielkimi sukcesami, jak prezentowanie ich utworów w radiu czy przychylne recenzje.
Pierwszą epką Glassacre jest Slow Attack z 2006 r., z niej pochodzi singiel Swimming in Greece (2006). Kolejny singiel, September 16th, wydany pierwotnie w 2007 r. i obwieszczający płytę długogrającą Without Sleep (zapowiadaną od tego samego roku), znalazł się na składance A Million Square Miles: A Sample of Western Australian Music (2009). Utwór Sanctuary, b-side singla September 16th, dostał swe miejsce na kompilacji Limit of Maps (2008), a Asleep in the Lake - na The Least Vestige of Land (2006).

Cam zapytany o to, co jest najfajniejsze w byciu w zespole:
“To może brzmieć trochę jak oczywistość, ale: muzyka, piosenki. Robimy muzykę, której sami chcielibyśmy słuchać. Słuchanie ostatecznej wersji utworu, gubienie się w niej i zapominanie, że maczałeś palce w jej tworzeniu jest magią. Wszystko poza tym jest dodatkiem.”

MySpace zespołu

Glassacre - Take Away the Smiles

Cass McCombs - The Executioner’s Song

Manescape - Ex-Internal (2009)


Płyta nagrana w studio im. Tom’a Waits’a zobowiązuje…
Ad rem: bardzo gitarowe, dynamiczne i osnute mgłą brzmienia.  Ex-Internal to taka biel i czerń, która nieustannie się miesza. Zaczyna się to już na okładce - notabene bardzo udanej. Od pierwszego utworu pojawia się pewna płynność, która sprawia, że nie potrafię się “wyłączyć” ze słuchania. Kolejne przeciwieństwo wiąże się z nastrojem całej płyty: mamy tu wspomnianą wcześniej dynamikę, regularność sekwencji, powtarzalność, ale równocześnie wszystko zatopione jest w raczej mrocznej mgle. Najwyraźniej widać to w kawałku Hell Will Burn In Heaven, który zaczyna się od eterycznego zawodzenia i stopniowo przechodzi w transowe akordy. Przypomina to trochę rozpędzającą się lokomotywę. Z kolei w Ordinary Indywidual jest bardziej chwytliwe, wpadające w ucho. Każdy utwór na tej płycie jest “jakiś”, zawiera pewne smaczki - momenty, ciekawe przejścia, ładne rozwiązania melodii - według mnie mogłoby być ich więcej. Należy docenić pewną kwestię, która w muzyce popularnej byłaby zarzutem: subtelny, ginący wokal. Uważam, że dużą sztuką dla wokalisty jest nagrać utwór w którym pozostanie on jakby w tle, równocześnie nie ginąc.  Na pierwszym miejscu są tu gitary. To duża sztuka, a w przypadku takiego rodzaju muzyki jest to zaletą. Najbardziej mięsisty kawałek to Way Out- aż chce się pomachać głową na koncercie. Ponieważ wychodzę z założenia, że w muzyce rockowej nie jest możliwy brak inspiracji, odniesień, pozwolę sobie na porównanie, które na początku trudno mi było wyartykułować. Zespół Tool. To duży plus, mieć choć iskierkę podobieństwa z taką kapelą. Kropką nad i jest Black The White, który smakowicie zamyka płytę, podsumowując walkę przeciwieństw.
Podsumowując: Gratuluję spójności tematycznej: okładka, teksty, muzyka - wszystko trzyma się w całości i to smakuje. Czy są jakieś minusy? to kwestia indywidualnych potrzeb, dla mnie zabrakło nieco optymistycznej energii, bo płyta jest raczej refleksyjna, momentami wręcz mroczna, bardzo męska. Ex-Internal nie jest rewolucyjna, ale jest bardzo, bardzo dobra. Wreszcie do Polski dotarł powiew zachodu, w pełnym tego słowa znaczeniu. Warto promować taką twórczość - szczerze polecam.

1. Smell My Spot Recognition [3:51]
2. Switched Off [3:37]
3. Failure Machines Never Salute [4:10]
4. In Progress [5:25]
5. Hell Will Burn In Heaven [7:25]
6. Ordinary Indywidual [3:45]
7. Absence Of Silence [8:46]
8. Way Out [4:38]
9. Black The White [4:40]

65daysofstatic - płyta na wiosnę

Czwarty długogrający album 65dos zatytułowany We Were Exploding Anyway zapowiadany jest na wiosnę upływającego 2010 roku. Jak już pisaliśmy zespół prawdopodobnie przyjedzie do naszego kraju jesienią by promować ów dzieło. Wcześniej zagrane koncerty z The Cure spowodowały, że 65dos nagrali jedną z wersji piosenki Hypnagogic States która znalazła się na singlu promującym ostatni album Roberta Smitha i spółki. Teraz natomiast lider The Cure zaśpiewa w Come To Me, który znajdzie się na We Were Exploding Anyway.

Pełna lista utworów:
Mountainhead
Crash Tactics
Dance Dance Dance
Piano Fights
Weak4
Come To Me
Go Complex
Debutante
Tiger Gir

SAIGA - Outside Over There - live in rehearsal

Podsumowanie roku 2009

Przez pięć tygodni zbieraliśmy wasze głosy w ankiecie na najlepszą płytę 2009 roku. Mieliście możliwość oddania głosu na jedną z dziesięciu płyt, które nasz zespół – shoegaze.pl – zaproponował. Biorąc pod uwagę podsumowania muzyczne 2009 roku jakie pojawiły się w prasie i Internecie również u nas na pierwszym miejscu, bez niespodzianek, wygrała płyta Merriweather Post Pavilion chłopaków z Animal Collective. Na drugim miejscu znaleźli się debiutanci z The XX, którzy od samego początku łeb w łeb ścigali się ze zwycięzcą. Na podium załapali się również Włosi z Port-Royal ex aequo z grającymi garage rock Kanadyjczykami z Japandroids (również debiutującymi w 2009 roku długogrającą płytą Post-Nothing). Patrząc na to, że na czwartej pozycji uplasowała się płyta zespołu We Fell To Earth można stwierdzić, że dużą popularnością cieszą się nowo powstałe projekty muzyczne. Dziwi tylko, że na portalu w dużym stopniu kładącym nacisk na muzykę z okręgu shoegaze zespół Fleeting Joys jako jedyny w tym zestawieniu przedstawiciel tego gatunku nie zyskał ani jednego głosu a przecież zawartość ich płyty Occult Radiance jest wyborna. Czasem mam wrażenie, że gusta są spowodowane dobrą prasą jak w przypadku dwóch zespołów z pierwszych pozycji. Z drugiej strony to przecież bardzo dobre albumy, chociaż czy rzeczywiście najlepsze? Według was tak, więc coś w nich musi być co je specjalnie wyróżnia, wybija poza przeciętność, przyciąga uwagę i zachwyca…

PS. Żałuję tylko, że nie daliśmy możliwości sprawdzenia waszego nastawienia do płyty Embryonic zespołu The Flaming Lips, która na to również zasługiwała..

1. Animal Collective - Merriweather Post Pavilion - 33%
2. The XX - XX - 30%
3. Japandroids - Post-Nothing - 9%
4. Port-Royal - Dying In Time - 9% - nasza recenzja
5. The Antlers - Hospice - 7%
6. We Fell To Earth - We Fell To Earth - 7%
7. Yeah Yeah Yeahs - It’s Blitz! - 5%
8. Sleeping States - In The Gardens Of The North - 2% - nasza recenzja
9. Fleeting Joys - Occult Radiance - 0% - nasza recenzja
10. French Teen Idol - El Siete Es La Luz - 0% - nasza recenzja

Panzer Queen - Hunting The White Stag

ZAGAPIENI W BUTY czyli krótka historia shoegaze

Inkubator
W momencie gdy Kurt Cobain szykował się do inwazji na rzesze amerykańskich nastolatków, a Dieter i Thomas zagnieżdżali się w europejskich magnetofonach, gdzieś na Wyspach wykluwało się coś zupełnie innego. Lata 80’ boleśnie przypominają nam o ramionach wypchanych poduszkami, lakierze do włosów w niezdrowych ilościach, neonowych kolorach i fanny pack. Nieco na przekór kiczowatym trendom, a równocześnie nie popadając w zdecydowaną, punkową rewolucję, Wielka Brytania zrodziła prekursorów gatunku zapatrzonych w buty muzyków. Nazwa shoegaze została ukuta przez magazyn NME, który zauważył wspólną tendencję muzyków do skupionego zapatrzenia w efekty gitarowe.  Widzom na koncertach jawiło się to jako „gapienie się w buty”. Z racji zawirowań historycznych i izolacji do Polski owa fala nie dotarła. Po upadku poprzedniego systemu, szerokim strumieniem wlał się do nas grunge, jednak jego brat z Brytanii ominął nas szerokim łukiem.

Pękająca skorupka…
Gdyby w 1982 roku, ktoś powiedział Elizabeth Fraser i Robinowi Guthrie, że dziesięć lat później grupy indie rockowe będą grać kawałki pełne zapożyczeń z ich debiutanckiego albumu Garlands z pewnością parsknęliby śmiechem. To był rok 1982, a Szkocja zadrżała.
Introwertyczne celebrowanie aktu grania było charakterystyczne dla shoegazerów. Zamknięci, niejako odłączeni od widowni i zatopieni w mocnej ścianie gitar, ozdobieni subtelnym eterycznym wokalem. Cocteau Twins postawiło pierwszy odnotowany krok - szlak został przetarty. Rok później powstaje The Jesus & Mary Chain. Bracia Reid słuchali punka i lubili Sex Pistols - jak wielu młodych ludzi pod koniec lat 70. Chcieli go też grać, jednak okazało się, że wszystko co wyszło z ich chwytów brzmiało jak… Sex Pistols. Minęło kilka lat, a marzenia szkockich chłopców o wspólnym graniu nadal istniały. Pojawiła się za to moda na elektroniczny pop, a kapel grających gitarowo było stosunkowo niewiele. To był dobry moment, który William i Jim wykorzystali. Nazwali się Jesus & Mary Chain, zainspirowani dialogiem z filmu Bing’a Crosby. W 1984 wypuścili singiel Upside Down, a w 1985 album Psychocandy, który jest wymieniany jako klasyka gatunku.

Pisklęta…
W różnych częściach Brytanii powstają nowe formacje: Chapterhouse, The Pale Saints, The Telescopes. W Irlandii rodzi się My Bloody Valentine, kapela która wyda tylko i aż dwa świetne albumy Isn’t Anything w 1988 i Lovelles w 1991. Ta druga płyta znajduje się przeważnie w pierwszej trójce najlepszych albumów shoegazowych ever. Sytuacja zaczęła się rozkręcać, a styl cechujący się zniekształconymi riffami, powtarzającymi się niczym echo motywami i bardzo dyskretnym wokalem nabierał rozpędu. Pod koniec lat 80. nastąpił prawdziwy rozkwit, a popularność wyspiarskiego rocka rosła. W 1990 na pułki trafia majstersztyk oxfordzkiej grupy Ride: Nowhere, który zostaje bardzo wysoko oceniony przez krytyków, a mimo to nie zyskuje uznania wśród fanów shoegazu. Dziwi fakt, że płyta zawierająca kilka hitów takich jak Vapour Trail czy Taste w swoim czasie przeszła bez echa. Zmieniło się to kilka lat później.

Kura znosząca złote jajka
Lata 1992-93 można określić mianem „złotego okresu”. Scena była już mocno osadzona, a prekursorzy gatunku zajmowali się promocją młodych kapel. Robin Guthrie – teraz producent - zaopiekował się zespołem Lush, który wydał swoją płytę w uznanym 4AD label (wytwórnia ta ma na koncie między innymi płyty Pixies, Dead Can Dance czy Clan of Xymox). Istniało duże grono wiernych fanów, którzy chętnie manifestowali swoje uwielbienie chociażby w listach do artystów. W przeciągu 2 lat wyszła większość najlepszych albumów: Slowdive nagrali Souvlaki, The Verve: A Storm In Heaven, Moose: …XYZ i wiele innych równie znanych.

Lis w kurniku
Po roku 1993 nastąpił kryzys. Kapele wciąż tworzyły, jednak zaczęły zatracać swój wyjątkowy styl na rzecz innych nurtów. Na zwłokach umierającego, młodego króla: shoegazu powstał książe: indie, który ostatecznie wyparł poprzedniego władcę i opanował cały świat. Był lepiej przygotowany by porwać masy. Shoegaze nie odszedł całkowicie w cień. Obecnie można zauważyć trend zwany nu-gaze’m, a zespoły grające w tym klimacie inspirują się ikonami gatunku. Powstają w większość krajów świata, a ich popularność świadczy o tym, że nie był to chwilowy poryw, jakaś pomyłka muzycznej genetyki. Ten „oldschoolowy” rock jest trendy i to nie tylko w kwestiach muzycznych. Przekłada się na modę i specyficzny sposób bycia – zdecydowanie nie masowy. Alternatywny rock ma bardzo wiele twarzy: ociera się o gotyk, punk, metal czy folk, jednak ośmielę się stwierdzić, że shoegaze był równie ważny w historii muzyki jak osławiony grunge.

Port-Royal - Bahnhof Zoo

Jóhann Jóhannsson - Fordlandia (2008)

I tak nas dopada codziennie nocy czar. I tak pośród jej ciemności, wyzwala w nas potrzebę zanurkowania w jej głębię smug. Noc więcej rozumie, noc jest tak samo samotna jak my. Daje spokój, a jednak układa do snu nagich, samotnych, próbujących zapomnieć o dniu. Jednak to przecież noc wprowadza w nowe życie. Życie pod połacią powiek. Życie nienamacalne.. bez dotyku, bez dźwięku, bez oddechu a jeszcze bardziej intrygujące od rzeczywistości… Taka jest muzyka zawarta na tej płycie – jakby nieistniejąca.. tylko wyobrażona…

Uciekając w ten dziwny stan opowieści spod powiek drzemiących, wydaje mi się on porównywalny do dotyku dźwięku otoczonego ciszą nocy. Jakby dźwięk był w tym, co niewidoczne, namacalny, jakby powietrze nie tylko istniało samo sobie wokół, jakby rozedrgane grało wydając słyszalność zderzających się atomów.. Zaiste ciekawe są to podróże w głąb niewyrażalności niewidzialnej… i tak chciałoby się pozostać w tym przeźroczystym śnie.. niewiarygodnym, aczkolwiek ciągle kształtującym rzeczywistość. Lecz do niej nie chce się już po takich wrażeniach powracać i prosi się o więcej i więcej, zapadając się coraz głębiej i głębiej… wydaje się jakby Fordlandia Jóhanna Jóhannssona była właśnie ze snu usnuta…

10/10

1. Fordlandia [13:43]
2. Melodia (i) [1:56]
3. The Rocket Builder (Lo Pan!) [6:25]
4. Melodia (ii) [1:49]
5. Fordlandia - Aerial View [4:33]
6. Melodia (iii) [3:12]
7. Chimaerica [3:23]
8. Melodia (iv) [2:45]
9. The Great God Pan Is Dead [4:56]
10. Melodia (Guidelines For A Propulsion Device Based On Heim’s Quantum Theory) [9:04]
11. How We Left Fordlandia [15:25]


Jóhann Jóhannsson - Melodia (Guidelines For A Propulsion Device Based On Heim’s Quantum Theory)

———-
Lucjan Lucimiński

Epic45 - Summer’s First Breath

KONKURS - PART 2

No i nadszedł czas na pytanie numer 2:

Przez kogo i gdzie zostało pierwszy raz uzyte określenie “post-rock” oraz jaką płytę tym określeniem wtedy opisano?

Czekamy na dwie prawidłowe odpowiedzi wraz z imieniem i miastem z którego piszecie. Wysyłajcie je na adres naczelna@shoegaze.pl

Ogłoszenie wyników wkrótce :)

The Pastels / Tenniscoats - Vivid Youth

Grabek - elektroniki czar (12.12.09 Dobra Karma)

Ponad półtora miesiąca minęło od tego koncertu, już prawie zapomniałem o kilku słowach napisanych.. lepiej późno niż wcale..

Na Grabka do Dobrej Karmy wybierałem się jeszcze jakoś przed letnią przerwą, kiedy ów pan zaszczycił Warszawę swoją osobą. Wtedy jednak nie udało mi się dotrzeć. W sumie nie będę ukrywał, że na jego występ na HOFie, który zaczynał się o 2 w nocy też trafiłem przez dziwny zbieg okoliczności i dzięki temu w końcu udało mi się zaznajomić z tą muzyką a wręcz zostałem tam rozłożony na łopatki. Tak to bywa w momencie kiedy nieznany mi artysta trafi niczym Amora strzałą w sedno mego gustu.
Tak więc następnego występu w stolicy już nie mogłem przegapić, zwłaszcza wiedząc o tym, że Grabek siedzi gdzieś tam w studiu i nagrywa swoje nowe eksperymenty muzyczne. Utwory znane mi z epki Mono3some zagrane w nieco innych wersjach wypadły jeszcze lepiej niż na krążku, a te dopiero co spłodzone dzieci potwierdziły moje zdanie, że w tym momencie Grabek razem z duetem lady aarp rządzą na niezależnej, elektronicznej, scenie w Polsce. Muszę jeszcze wspomnieć, że na nowych „piosenkach” można usłyszeć wokalizy, które dodają osobliwego i niebywałego klimatu tym dźwiękom. Przyznaję, że z niecierpliwością będę czekał na każdą informację o długogrającym krążku tego nietuzinkowego artysty…

———-
Lucjan Lucimiński