ZAGAPIENI W BUTY czyli krótka historia shoegaze
7 lutego 2010 NEWSY
Autor:
gabi
Inkubator
W momencie gdy Kurt Cobain szykował się do inwazji na rzesze amerykańskich nastolatków, a Dieter i Thomas zagnieżdżali się w europejskich magnetofonach, gdzieś na Wyspach wykluwało się coś zupełnie innego. Lata 80’ boleśnie przypominają nam o ramionach wypchanych poduszkami, lakierze do włosów w niezdrowych ilościach, neonowych kolorach i fanny pack. Nieco na przekór kiczowatym trendom, a równocześnie nie popadając w zdecydowaną, punkową rewolucję, Wielka Brytania zrodziła prekursorów gatunku zapatrzonych w buty muzyków. Nazwa shoegaze została ukuta przez magazyn NME, który zauważył wspólną tendencję muzyków do skupionego zapatrzenia w efekty gitarowe. Widzom na koncertach jawiło się to jako „gapienie się w buty”. Z racji zawirowań historycznych i izolacji do Polski owa fala nie dotarła. Po upadku poprzedniego systemu, szerokim strumieniem wlał się do nas grunge, jednak jego brat z Brytanii ominął nas szerokim łukiem.
Pękająca skorupka…
Gdyby w 1982 roku, ktoś powiedział Elizabeth Fraser i Robinowi Guthrie, że dziesięć lat później grupy indie rockowe będą grać kawałki pełne zapożyczeń z ich debiutanckiego albumu Garlands z pewnością parsknęliby śmiechem. To był rok 1982, a Szkocja zadrżała.
Introwertyczne celebrowanie aktu grania było charakterystyczne dla shoegazerów. Zamknięci, niejako odłączeni od widowni i zatopieni w mocnej ścianie gitar, ozdobieni subtelnym eterycznym wokalem. Cocteau Twins postawiło pierwszy odnotowany krok - szlak został przetarty. Rok później powstaje The Jesus & Mary Chain. Bracia Reid słuchali punka i lubili Sex Pistols - jak wielu młodych ludzi pod koniec lat 70. Chcieli go też grać, jednak okazało się, że wszystko co wyszło z ich chwytów brzmiało jak… Sex Pistols. Minęło kilka lat, a marzenia szkockich chłopców o wspólnym graniu nadal istniały. Pojawiła się za to moda na elektroniczny pop, a kapel grających gitarowo było stosunkowo niewiele. To był dobry moment, który William i Jim wykorzystali. Nazwali się Jesus & Mary Chain, zainspirowani dialogiem z filmu Bing’a Crosby. W 1984 wypuścili singiel Upside Down, a w 1985 album Psychocandy, który jest wymieniany jako klasyka gatunku.
Pisklęta…
W różnych częściach Brytanii powstają nowe formacje: Chapterhouse, The Pale Saints, The Telescopes. W Irlandii rodzi się My Bloody Valentine, kapela która wyda tylko i aż dwa świetne albumy Isn’t Anything w 1988 i Lovelles w 1991. Ta druga płyta znajduje się przeważnie w pierwszej trójce najlepszych albumów shoegazowych ever. Sytuacja zaczęła się rozkręcać, a styl cechujący się zniekształconymi riffami, powtarzającymi się niczym echo motywami i bardzo dyskretnym wokalem nabierał rozpędu. Pod koniec lat 80. nastąpił prawdziwy rozkwit, a popularność wyspiarskiego rocka rosła. W 1990 na pułki trafia majstersztyk oxfordzkiej grupy Ride: Nowhere, który zostaje bardzo wysoko oceniony przez krytyków, a mimo to nie zyskuje uznania wśród fanów shoegazu. Dziwi fakt, że płyta zawierająca kilka hitów takich jak Vapour Trail czy Taste w swoim czasie przeszła bez echa. Zmieniło się to kilka lat później.
Kura znosząca złote jajka
Lata 1992-93 można określić mianem „złotego okresu”. Scena była już mocno osadzona, a prekursorzy gatunku zajmowali się promocją młodych kapel. Robin Guthrie – teraz producent - zaopiekował się zespołem Lush, który wydał swoją płytę w uznanym 4AD label (wytwórnia ta ma na koncie między innymi płyty Pixies, Dead Can Dance czy Clan of Xymox). Istniało duże grono wiernych fanów, którzy chętnie manifestowali swoje uwielbienie chociażby w listach do artystów. W przeciągu 2 lat wyszła większość najlepszych albumów: Slowdive nagrali Souvlaki, The Verve: A Storm In Heaven, Moose: …XYZ i wiele innych równie znanych.
Lis w kurniku
Po roku 1993 nastąpił kryzys. Kapele wciąż tworzyły, jednak zaczęły zatracać swój wyjątkowy styl na rzecz innych nurtów. Na zwłokach umierającego, młodego króla: shoegazu powstał książe: indie, który ostatecznie wyparł poprzedniego władcę i opanował cały świat. Był lepiej przygotowany by porwać masy. Shoegaze nie odszedł całkowicie w cień. Obecnie można zauważyć trend zwany nu-gaze’m, a zespoły grające w tym klimacie inspirują się ikonami gatunku. Powstają w większość krajów świata, a ich popularność świadczy o tym, że nie był to chwilowy poryw, jakaś pomyłka muzycznej genetyki. Ten „oldschoolowy” rock jest trendy i to nie tylko w kwestiach muzycznych. Przekłada się na modę i specyficzny sposób bycia – zdecydowanie nie masowy. Alternatywny rock ma bardzo wiele twarzy: ociera się o gotyk, punk, metal czy folk, jednak ośmielę się stwierdzić, że shoegaze był równie ważny w historii muzyki jak osławiony grunge.
« Port-Royal - Bahnhof Zoo
Panzer Queen - Hunting The White Stag »
Zostaw odpowiedź