Kompendium wiedzy na temat nowej muzyki: shoegaze, post-rock, indie, ambient, trip-hop i inne…

Rumour Cubes - We Have Sound Houses Also (2010)

rumour
Są bandą londyńskich dwudziestoparolatków. Wydali swój debiutancki album i są gotowi zamieszać muzycznym światkiem. Wśród swoich inspiracji wymieniają zespoły takie jak: Explosions In The Sky, Godspeed You! Black Emperor czy Mogwai. Na krążku We Have Sound Houses Also sprawnie łączą brzmienie gitary, perkusji i skrzypiec. Gatunkowo zawisnęli gdzieś pomiędzy ambientem a post-rockiem. Mimo, że na płycie znajdują się tylko trzy numery, to wystarczy aby odkryć w nich ten muzyczny mariaż. Po wysłuchaniu tych niespełna 30 min. pozostaje spory niedosyt, bo chciałoby się jeszcze. Spędziłam też dłuższą chwilę na wlepianiu wzroku w ciekawą okładkę i próbach odgadnięcia co znajduje się w odbiciu okiennej szyby… Płyta godna wysłuchania. Czekam na więcej :)

Płyty w całości i za darmo można odsłuchać TU :)
Myspace zespołu.

1. The University is a Factory [7:27]
2. Rain On Titan [5:18]
3. At Sea [6:26]

Radio Dept., The - Clinging To A Scheme (2010)

Labrador Records / 2010

Szwedzkie bożyszcze dream-popu po długim czteroletnim oczekiwaniu fanów powraca z nowym albumem. Jednak nowe wydawnictwo znacznie różni się od poprzednich Lesser Matters i Pet Grief. Z pozoru mamy ten sam wokal Johana Duncansona otoczony zewsząd przestrzenią melodyjnych gitar i klawiszy, za którymi kryją się jednak pewne wyraźne tendencje - poszukiwanie prostoty dźwięku i dużo wyraźniejsze parcie na przebojowość. Przemyślane aranżacje zastąpiły dotychczasowe bardziej eksperymentalne formy. Tym samym płyta nie jest tak marzycielska co nastrojowa w sobie tylko znany indie-popowy sposób.

Fakt, iż jest to dopiero trzeci album grupy wynika z popularności formy przekazu jaką jest dziś “epka”, których zespół w ciągu swego istnienia wydał kilkanaście. Jednak oczekiwanie następcy Pet Grief było dosyć wyjątkowe i odkładane w czasie. Już rok później zaczęły pojawiać się pogłoski na blogach i forach internetowych o rzekomych pracach nad dwoma albumami, które miały być wydane równocześnie w maju 2007 roku. Po epce Freddie And The Trojan House tzw. ‘deadlinem’ wytwórni Labrador była zima 2008.

Warto było przeczekać zwłokę dla jeszcze bardziej dopracowanego i przemyślanego materiału. Biorąc pod uwagę dość organiczny, noise’owy Lesser Matters (uznany w Szwecji za najważniejsze rodzime wydawnictwo sceny indie XXI-wszego wieku), shoegaze’owy i mniej konwencjonalny Pet Grief, nowy album to kolejny krok do przodu w karierze Radio Dept. Johan zainspirowany post-punkwoym minimalizmem, ambientem i wczesnym krautrockiem zmienił swoje główne założenia. Postawił na bardziej wyraźne, choć rzadkie na albumie, melodyjne linie gitar (Domestic Scene), motorykę basu i podkładów rytmicznych (This Time Around) a ponadto na nowatorskie dla swej twórczości echa P-Funku i nurtu “futuristic orchestra” z lat 70-tych. Te ostatnie znajdują odzwierciedlenie w okładce albumu, przedstawiającej grajka na flecie, który to instrument pojawia się kilkakrotnie na płycie podobnie jak i saksofon w przebojowym singlu Heaven’s On Fire. Wyraźnie klasycyzujący jest też utwór David, pozbawiony klawiszy i sampli mógłby znaleźć się w repertuarze niejednej filharmonii.

Radio Dept. tytułowo ‘przylega’ do swojej koncepcji jaką staję się dream-melodramatic-pop, tym samym zbliżając się do Cocteau Twins i Pet Shop Boys, a odchodząc od shoegaze’owych przyrównań do stylistyk My Bloody Valentine czy JaMC. Potwierdzają to bardziej nostalgiczne utwory jak Token Of Grattitude czy You stopped making sense, które zahaczają o chillwave i space-rock. Wydaję się, że małą pomyłką w kolejności utworów jest przedostatni – instrumentalny. Powinien znaleźć się podobnie jak It’s Personal z Pet Grief na samym początku. Podobnie zresztą zespół robi na koncertach, to właśnie Four Months In The Shade otworzyło występ grupy na Off Festiwalu, wprowadzając publikę w unikalną atmosferę własnej twórczości.

Duncanson i spółka nie obawiali się stworzyć też bardziej mainstreamowych utworów, które powinny stać się przebojami niejednej ambitniejszej stacji radiowej. Heaven’s On Fire i Never Follow Suit to najbardziej rytmiczne i taneczne wręcz piosenki jakie kiedykolwiek nagrali. Charakterystyczny bas i klawisze drugiej kompozycji zdecydowanie prowokują do żywszego ruchu.

Oba utwory łączy również inny wspólny element. Zawarto w nich wkomponowane słowa, które poruszają tematykę złożonego procesu nacisku massmediów na współczesną młodzież i kapitalistycznej roli biznesu w kulturze. To wyraz pogardy dla komercjalizacji i bezkultury mas. Biorąc pod uwagę bogactwo, różnorodność i głębszy wymiar aranżacji na Clinging To A Scheme, Szwedzi dają jednoczesną odpowiedź na słowną prowokację. Trudno o lepszy kulturalny policzek dla komercyjnej rzeczywistości jaka nas otacza.

1. Domestic Scene [2:00]
2. Heaven’s On Fire [2:18]
3. This Time Around [3:19]
4. Never Follow Suit [4:34]
5. A Token Of Gratitude [4:04]
6. The Video Dept. [2:33]
7. Memory Loss [2:53]
8. David [3:34]
9. Four Months In The Shade [2:58]
10. You Stopped Making Sense [3:15]


Radio Dept, The - Heaven’s On Fire

———-
Mateusz Cudo

Flyingdeadman - w.e.n. (2010)

fdm
Są z Francji i to słychać. Musiałam tej płyty wysłuchać kilkanaście razy, żeby móc wykrzesać z siebie jakąś opinię. To jakiś szaleńczy mix, który nie pozwala na łatwy odbiór. Zaczyna się od spokojnego, nieco psychodelicznego zawodzenia. Taki “atmosferyczny” rock. Nagle w połowie drugiego numeru Sunday 12 wyskakują mocne gitarowe riffy. Mimo tego, że materiał jest bardzo “poszarpany” to linie wokalu wpadają w ucho a to sprawia, że przy każdym kolejnym odsłuchaniu nabieramy sympatii. Dla mnie problemem są zbyt drastyczne zmiany klimatu. Najpierw nastrojowy ambient, a potem nagle bum i robi się bardzo ciężko i mrocznie. Kawałki wydają się nie mieć końca, bo o ile w przypadku ambientu długość nie ma większego znaczenia… jakkolwiek to brzmi ;) to przy takiej mieszance w pewnym momencie myśli się: wtf?! Dochodzimy do utworu tytułowego - w.e.n. i do tego wszystkiego co było dotychczas, pojawia się elektroniczny bit. Z początku pachnie trochę jak Tricky, ale zaraz potem wracamy do mocnego rocka. Na tym koniec regularnej płyty, bo po 6. utworach pojawiają się remiksy. Najbardziej przypadł mi do gustu Drifting alone, bo jest mocno elektroniczne i zupełnie wybija się na tle pozostałych kawałków. Gdyby postawili na takie rozwiązanie, płyta bardziej by mi się podobała… Na sam koniec growl i metal. Hu hu! czy pojawi się country? Aaaa już nie, bo to koniec płyty.
Podsumowując: + za chwytliwe wokalizy, za ciekawe remiksy. - za brak fajerwerków, za momentami nie dający rady wokal i drastyczne zmiany klimatu. Warto posłuchać, ale do zakochania daleko.
Myspace

6/10

1. Why [7:10]
2. Sunday 12 [4:56]
3. Black sun [7:23]
4. Once again [6:56]
5. Drifting alone [6:05]
6. w.e.n. [8:40]
Remiksy:
7. Sunday 12 (the noein) [5:28]
8. Black sun (3tin) [4:28]
9. Drifting alone (ohbymon) [5:22]

Same Road - Bar Camp: czas na zmiany (15.05.2010 r.)

same road
Same Road do koszalińskie trio, grające psychodelicznie i melancholijnie. Pierwsze co “rzuciło mi się w uszy” to brak wokalu. Wierzcie mi lub nie, odetchnęłam z ulgą. Polskie zespoły alternatywne, jakoś nie mają szczęścia do dobrych wokali, albo raczej takich które “pasują”. Same Road rozwiązało ten problem i moim zdaniem bardzo dobrze. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym co można usłyszeć na
Bar Camp czas na zmiany. Płyta jest bez wątpienia trudna, ale nie nuży. Przewrotny tytuł do utworu Jedziemy, jedziemy nie przynosi pociągowego pędu, a raczej monotonne włóczenie się po torach - to jest fajna przewrotność. Pod względem finezji tytułów są prawie tak zakręceni jak Uda. Często nie mamy świadomości, że większość zagranicznych kapel od dawna nadaje swoim utworom bardzo surrealistyczne tytuły i dziwimy się nad tym jakie to zabawne. Tak czy owak Nie szatan zdobi człowieka czy 100 zupek chińskich wbija się w głowę. Wyprodukowana przez Same Road ściana dźwięku cieszy spójnością i to, że mają na siebie pomysł zwyczajnie słychać. Lubię takie garażowe, nieco zblazowane brzmienia. Nie wiem co dokładnie sprawia, że jednych płyt chcemy słuchać, a innych nie. Tego krążka słucha się z przyjemnością, wbija w psychodeliczny trans. Nie mogę się jednak oprzeć wizji, że najlepiej słuchać jej w zadymionym pokoju z papierosem między palcami w stanie lekkiej depresji z kieliszkiem wina lub puszką piwa. Amen.

1. Jedziemy, jedziemy [9:21]
2. Signum [5:48]
3. Sto zupek chińskich [5:34]
4. Intermisja [8:35]
5. Głosy sprzed światów [7:16]
6. Dobry kawałek na zimowe wieczory [4:34]
7. Nie szatan zdobi człowieka [7:49]
8. Plaża, październik [5:53]
9. Spod rynny na deszcz [6:39]
10. Do filmu [10:25]

Port-Royal & Millimetrik - Afterglow (2010)

Dostarcza przyjemności, a jest tylko rozpływającą się plamą w codzienności
Krople odbijające się w tym głuchym basenie przynoszą drgający rytmicznie powab rozmarzenia
Pozamykane formy przyglądają się z boku, nie ulegają wymiarowi przestrzeni
Pustka wypełniona głębi lekkością pod zamglonym ciężarem
Umożliwia delikatne przemieszczanie się o świcie

Włosi z Port-Royal połączyli siły z kanadyjskim artystą Pascal’em Asselin’em nagrywającym pod pseudonimem Millimetrik i stworzyli dwudziestominutowy obraz przypominający przejście między nocą a dniem. Od barw snu i rytmicznego przebudzenia, poprzez obszar rozmyślań, a kończąc na głosach przechodniów zaburzających wsłuchiwanie się w bijące serce… szkoda tylko, że tak krótkie są te chwile i rozpływają się gdzieś na wymyślonym horyzoncie…

1. Richard Sorge [6:07]
2. Petrzalka [7:04]
3. Frederic Back [3:01]
4. Pink [4:00]


Port-Royal - Richard Sorge

———-
Lucjan Lucimiński

Asobi Seksu - Asobi Seksu (2004)

Pierwszy album grupy Asobi Seksu to porcja pastelowej i słodkiej muzyki, powstałej z czarującego połączenia mglisto lekkiego wokalu (przypomina mi uroczą SoKo) oraz konkretnych, rockowych melodii. Jest czarująca, rozkoszna, zachwycająca, urzekająca, momentami namiętna. Transowa, senna, rozbudza zmysły i wyobraźnię. Pasjonująca, barwna – łączy pierwiastki spokojne (Tayiō), ostre (It’s Too Late), szalone (Asobi Masho), klimatyczne (Stay).
Całkiem jak idealna kobieta.

Ta płyta ma smak. Smaczek.

1. I’m Happy But You Don’t Like Me [3:07]
2. Sooner [3:45]
3. Umi de no Jisatsu [2:23]
4. Walk on the Moon [4:33]
5. Let Them Wait [2:47]
6. Taiyō [2:01]
7. It’s Too Late [7:17]
8. End at the Beginning [4:21]
9. Asobi Masho [1:25]
10. Stay [5:02]
11. Before We Fall [2:39]


Asobi SeksuWalk on the Moon

jj - jj nº 3 (2010)

Płytę otwiera cover My Life Game, wykorzystujący fragmenty Around the World ATC. Wersja jj przekształca rap i dance w nowe wcielenie Amy Winehouse i Reigny Spektor. Lepsze wcielenie. To muzyka arkadii przeniknięta transowym głosem anielskim. Delikatny wokal Elin i mnogość instrumentów tworzą całość pełną lekkości i gracji, muzycznego wdzięku. A najwspanialsze jest to, że płyta utrzymuje poziom przez cały (zbyt króki!…) czas jej trwania.
O ile debiut był określonym fragmentem równoległego świata, tak jj nº 3 oferuje podróż poprzez przyjemności różnych niebios. Pierwsza uzależnia, druga unosi w inny wymiar magii. Jest jak wykład na temat piękna, opowieść o nowym miejscu i zaproszenie do niego.

Moje zachwyty nad jj nº 3 to nie pustosłowie. Tę płytę naprawdę trzeba znać, by nie utonąć w morzu pseudo-muzycznej tandety.

1. my life [1:56]
2. and now [3:02]
3. let go [3:02]
4. into the light [3:40]
5. light [2:42]
6. voi parlate, io gioco [3:39]
7. golden virginia [3:44]
8. you know [2:53]
9. no escapin’ this [2:41]


jjlet go

V13 - Overlook Hotel (2010)

Płyta przyleciała do mnie z Francji i już sama okładka mnie zaintrygowała. Mężczyzna w gęstej mgle, strzelający ze strzelby w kępę drzew na horyzoncie. Całość bardzo mroczna i nostalgiczna. Panowie z V13 są Francuzami w związku z czym płyta jest francuskojęzyczna. W ich muzyce panuje niezwykle dynamiczny chaos, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mocne gitary, perkusja i dobry, wyrazisty wokal brzmią bardzo harmonijnie pomimo wspomnianego wcześniej bałaganu. Mnóstwo energii, brudnej i agresywnej, takiej która daje Ci kopa i zmusza do podniesienia wysoko czoła. Trochę obawiałam się rock’a po francusku, ale okazuje się, że ten język pięknie dopełnia rzężenie gitar, a wyjątkowo mruczące RRR wokalisty wywołuje ciarki. Płyta jest świetnie zrealizowana dźwiękowo, każdy detal, każdy dźwięk, szept jest wyrazisty. Krążek zaczyna się bardzo dynamicznie, skojarzyło mi się to z szalejącą burzą wspomaganą silnym wiatrem, który smaga wszystko co napotka na swojej drodze. Wyszeptany Mais ils ne renforcent pas le camp ennemi qui comptait déjà des millions d’imbéciles et où l’on est objectivement condamné à être imbécile ma jeden z najdłuższych tytułów jakie spotkałam, ale bardzo ładnie ewoluuje od melancholijnego do rozgniewanego - w końcu opowiada o byciu durniem ;) Bardziej jednak podobają mi się utwory gdy wokalista wykrzykuje tekst jak ma to miejsce w Chute Libre. Całości nie określiłabym mianem klastycznego post-rock’a, a raczej skłaniałabym się ku określeniu hard post-rock. Chłopcy z Cannes nagrali dobrą płytę, bardzo dopracowaną dźwiękowo. Polecam ją miłośnikom cięższego brzmienia i tym którzy czerpią moc z nieco depresyjnego szału… W końcu tytuł płyty nawiązuje do nazwy hotelu, który jest miejscem akcji Lśnienia, Stephen’a King’a…

1. Renegat [3:30]
2. Tu as choisis d’entrer [5:37]
3. Black sheep [1:09]
4. Alexandra [3:09]
5. Gouache5:15]
6. Mais ils ne renforcent pas le camp ennemi qui comptait déjà des millions d’imbéciles et où l’on est objectivement condamné à être imbécile [6:08]
7. Pygmalion [3:34]
8. Chute libre [5:50]
9. Overlook hotel [7:11]
10. Moloko vellocet [4:29]

Animal Collective - Spirit They’re Gone, Spirit They’ve Vanished (2000)

Ból uszu i uśmiech.

Poemat dadaistyczny.
Myślałam, że ta płyta pozwoli mi się skupić. Że pierwszy raz w życiu napiszę spójną i rzeczową recenzję. Jednak tak nie będzie. Bo w tym wszystkim [Spirit They're Gone, Spirit They've Vanished] tkwi jakiś szatan. Tudzież inne siły nieczyste. Rzężące. Zgrzytające. Świszczące. A może tak słychać w piekle? Właśnie piszczący czajnik w kuchni wkomponował się w melodię. Zepsuta pozytywka oraz styropian + szkło również dałyby radę. A mimo to senność sączy się ospale jak krew z rozedrganego raną serca. Jak złośliwe myśli, wyśnione wśród śpiewu syren, spływające stopniowo smużkami powietrza. I nie chce się już więcej żadnej niespodzianki od życia.

1. Spirit They’ve Vanished [5:35]
2. April and the Phantom [5:53]
3. Untitled [2:58]
4. Penny Dreadfuls [7:58]
5. Chocolate Girl [8:28]
6. Everyone Whistling [1:00]
7. La Rapet [7:52]
8. Bat You’ll Fly [5:03]
9. Someday I’ll Grow to Be as Tall as the Giant [3:10]
10. Alvin Row [12:39]


Animal Collective - Spirit They’ve Vanished

Amusement Parks On Fire - Amusement Parks On Fire (2005)

To okrucieństwo.

Sytuacja, gdy zostaje się nagle i gwałtownie obudzonym z miłego snu nie jest zapewne nikomu obca. Wiele ludzi po takim początku dnia ma ochotę na:
a. natychmiastowy powrót do łóżka;
b. (po wyspaniu się) bezwzględne i szybkie zniszczenie źródła hałasu.

A co, gdyby dzień wyglądał jak płyta Amusement Parks On Fire?

Przyjemny nocny odpoczynek okrutnie przerwany przez spadającą na głowę Venus in Cancer - trzęsienie kosmosu: zapowiedź niezwykłych wydarzeń. Następnie, pęd faustyczny staje się siłą napędową. Wielka energia twórcza. Potęga gromowładnego Zeusa przepleciona mądrością stoików. A w ostatnich sekundach zdziwienie: “już koniec?”.

Gdyby krążek Amusement Parks On Fire był twoim dniem, znienawidziłbyś go?

1. 23 Jewels [3:46]
2. Venus in Cancer [3:37]
3. Eighty Eight [4:45]
4. Wiper [8:01]
5. Vensosa [4:22]
6. Asphalt (Interlude) [5:13]
7. Smokescreen [4:11]
8. The Ramones Book [3:55]
9. Local Boy Makes God [5:21]


Amusement Parks On Fire - Venus in Cancer

Gurzuf - Non-Existent Cinema (2007)

Gurzuf to białoruski duet który tworzą akordeonista Igor Zabelow i perkusista Artiom Zalesskij. Swój debiutancki album wydany w 2007 roku nazwali Nieistniejące kino i co najlepsze zabierają nas w tytułowe miejsce na bardzo ciekawy spektakl.
Mimo, iż muzyka ta nie jest wspierana przez słowa, naładowana energią dostarcza mnóstwo silnych wrażeń. Emocji, których nie da się opisać zawsze słowami. Wystarczą już same tytuły, które są świetnie przełożone na dźwięki i zabierają nas w osobliwą nieco bojową podróż razem z muzykami. Zostawimy za sobą wszystkie dziwactwa, przeszłość, niepokój. Rozmyślać będziemy o wolności i sile aż przeniesiemy się na koniec w bajkowy wymiar za sprawą miniatury nazwanej po prostu Epilog klimatem przypominającej dokonania Yanna Tiersena zwłaszcza z muzyki do jednego znanego wszystkim filmu. Jednakże będzie to również podróż przez poligon wrażeń i doznań muzycznych oscylujących pomiędzy folklorem, muzyką klasyczną a rockiem co w połączeniu z nagromadzeniem wyżej opisanych uczuć i emocji nie pozostawia nikogo obojętnym… i tak jest za każdym przesłuchaniem…

1. Martial [3:36]
2. About Strange [6:05]
3. About The Past [3:45]
4. Alarming [4:03]
5. About Freedom [4:05]
6. About Elan [3:58]
7. About Love [4:46]
8. About Power [3:59]
9. Non-Existent Cinema [6:32]
10. Epilogue [1:44]

Amusement Parks On Fire - Out of the Angeles (2006)

Nie ściana dźwięku. Morze dźwięku.

Out of the Angeles to przestrzeń nieskończona. Lecz nie ma w tym żadnej magii. To wszystko jest nieprawdopodobnie realne. Echo mglistego poranka, dynamizm słonecznego popołudnia. Świat spisany dźwiękiem.
Wybitna, wspaniała, idealnie pomyślana, idealnie zrealizowana, przepojona wielką energią płyta zbyt mało popularnego zespołu. Całkiem możliwe, że spodoba się nie tylko fanom shoegaze’u, jako że mieści w sobie nie tylko klasyczne brzmienie My Bloody Valentine, lecz także chłopięcy wokal, dla którego można oszaleć oraz pełne młodzieńczej energii riffy. Wstyd nie znać, bo to jest reinterpretacja klasyki, tworzenie nowych obszarów muzycznych. Mimo że Amusement Parks On Fire to kontynuatorzy pewnego nurtu, mają potencjał do kreowania przyszłego kształtu muzyki.
“There’s too much future to get out of the way”

Jedna z tych płyt, które powinny trwać wiecznie.

1. Out of the Angeles [6:30]
2. A Star Is Born [6:53]
3. At Last the Night [3:06]
4. In Flight [5:39]
5. To the Shade [4:04]
6. So Mote It Be [5:43]
7. Blackout [4:13]
8. Await Lightning [8:34]
9. No Lite No Sound [7:14]
10. Cut to Future Shock [14:02]


Amusement Parks On Fire - A Star Is Born

Alcest - Écailles de Lune (2010)

Piękne.
Bardzo ciekawe połączenie ciszy i hałasu.

To już nie tylko sen - to mocno zaangażowane emocje, zmiany tempa, intensywności - kontrasty.
Znalazło się tu miejsce na spokój i nastrojowość aranżacji, szaleństwo i niepewność wokalu, energię i potęgę gitar.
Muzyka czarująca, uzależniająca, przyjemna. Można się w niej zanurzyć i do niej uśmiechnąć.
Prawie wszystkie kompozycje są bardzo długie, co pozwoliło na zrobienie z każdej dziełka sztuki.
Mimo że mamy tu do czynienia z tzw. “ciężką muzyką”, przy Écailles de Lune naprawdę można zrelaksować się, odpłynąć. Idealna do marzeń.
Poza skalą ocen.

Alcest mógłby uczyć Morfeusza snów.

1. Écailles de Lune - Part 1 [9:52]
2. Écailles de Lune - Part 2 [9:48]
3. Percées de Lumière [6:37]
4. Abysses [1:40]
5. Solar Song [5:24]
6. Sur L’Océan Couleur de Fer [8:18]


Alcest - Abysses

Alcest - Souvenirs D’un Autre Monde (2007)

Czy połączenie shoegaze’u i black metalu może wywołać uśmiech?
Może.

Czy takie brzmienie może być błogie i przyjemne?
Tak.

To ciekawe, jak łatwo można dać się omamić stereotypom. Na przykład mówiącym, że metal to ciężka i okrutna muzyka dla bezmózgów na usługach szatana. A potem, napotkawszy muzykę z kraju kochanków i najnowszych trendów połączoną z tym, co Skandynawia ma najlepszego do zaoferowania, nie chce się wierzyć własnym uszom.
Bo to tak, jakby utkać zbroję z koronek.

Gdybym miała określić tę muzykę metaforycznie, użyłabym słów: strumień dreszczy.
To sny, które zagłuszają rzeczywistość, albo obejmują ją, wyciskają z niej soki zła, a te przemieniają w nektar łączący z innym światem. To muzyka podróży, nie “do”, a “poprzez” - poprzez wszystko, co kryje wyobraźnia. To morze nieznanych impresji, przestrzeń nieodkrytych gwiazd i niebo pełne tęczy. Baśń opowiedziana synestezją.

1. Printemps Émeraude [7:19]
2. Souvenirs d’un autre monde [6:08]
3. Les Iris [7:41]
4. Ciel Errant [7:12]
5. Sur l’autre rive je t’attendrai [6:50]
6. Tir Nan Og [6:10]


Alcest - Souvenirs D’un Autre Monde

65daysofstatic - We Were Exploding Anyway (2010)

To nie jest łatwa w odbiorze płyta, raczej wymagająca od słuchacza cierpliwości. Muzyka ta nie przynosi ani wytchnienia ani spokoju. To jest tykająca bomba zegarowa, to nawałnica dźwięków, taneczna alternatywa w istnym wulkanie energii, hard core… INWAZJA.

Już rok temu podczas Asymmetry Festival mieliśmy okazję wysłuchać dwóch utworów, które finalnie znalazły się na We Were Exploding Anyway. Były to Crash Tactics oraz Go Complex, które wyraźnie zasugerowały jak dynamiczna i żywiołowa może być to płyta. Na domiar tego stwierdzam, że nie znam drugiego z taką odwagą i polotem tworzącego muzykę zespołu. Przy pierwszym zderzeniu się z tym albumem można pomyśleć, że chłopaki przegięli i to po całości. To co się dzieje na WWEA to poniekąd pomieszanie z poplątaniem lecz tak skrojone, że wydaje się jakby wszystkie gatunki zostały w tym kotle złączone wręcz idealnie. Tak jakby wszystko było zaplanowane od samego początku.
Zapomnijmy już, że to post-rockowy zespół bo na dobrą sprawę nigdy takim nie był. Na pewno jedną z rzeczy, która łączy wszystkie ich płyty, jest pewnego rodzaju matematyczność dźwięków – wszystkie są na swoim miejscu dając wynik doskonałości. Pociągające jest również to, że elektronika, która odgrywa coraz większą rolę, jest, jak zwykle w przypadku 65daysofstatic, dodana po mistrzowsku. I mimo to, że od skojarzeń się nie uwolnimy, jak na przykład w przypadku ostatniej kompozycji Tiger Girl, która utkana jest z powtórzeń w duchu gatunku drone, szerszej publiczności znanego z dokonań duetu Fuck Buttons, i tak wiadomo, że stworzyli ją muzycy 65daysofstatic. Takich melodii nie sposób pomylić z niczym innym. Trafia we mnie ten album na wskroś, jak światełko w tunelu wyznaczające jedyną właściwą drogę.
… tak, muzyka ta ma unikalny charakter i niezwykły smak, a We Were Exploding Anyway pokazuje jak powinna wyglądać w niej genialna i, nie bójmy się tego słowa - taneczna - rozpierducha.
Po każdym przesłuchaniu czuję się wykorzystany do cna i nie wiem co ze sobą począć… czy świat realny ma jakąkolwiek moc w tym równaniu? Wątpię…

1. Mountainhead [5:33]
2. Crash Tactics [3:47]
3. Dance Dance Dance [4:01]
4. Piano Fights [3:50]
5. Weak4 [3:54]
6. Come To Me [8:00] - (Robert Smith - wokal)
7. Go Complex [4:04]
8. Debutante [7:21]
9. Tiger Girl [10:37]

65daysofstatic - Go Complex

———-
Lucjan Lucimiński

Gayngs - Relayted (2010)

gayngs_cover_art
Debiut Gayngs o których nawet na allmusic.com nie ma nic prócz spisu utworów, jest mówiąc jednym słowem: mocny. W skład zespołu wchodzą: Justin Vernon, P.O.S., oraz członkowie Solid Gold, Megafun, the Rosebuds i Lookbook. To wyjątkowa mieszanka eksperymentalnych brzmień z elementami jazzu i melodyjnych wokali. Podczas pierwszego przesłuchiwania Relayted niesamowicie wpada w ucho. Jednocześnie ma się wrażenie świeżości - to mimo wszystko rzadkie odczucie w dzisiejszej muzyce.  Nie nasuwa mi się nawet żadne konkretne porównanie. Ta płyta jest bardzo relaksująca i mocno oddziaływuje na słuchacza. Mistrzowski chillout: elektronika + żywe instrumenty.
Zapowiada się, że ten rok będzie naprawdę bardzo dobry, skoro pojawiają się TAKIE płyty…

10/10

Utwory:
1. The Gaudy Side of Town [7:07]
2. The Walker [4:50]
3. Cry [5:22]
4. No Sweat [6:05]
5. False Bottom [2:54]
6. The Beatdown [3:00]
7. Crystal Rope [3:24]
8. Spanish Platinum [4:22]
9. Faded High [7:28]
10. Ride [3:50]
11. The Last Prom on Earth [6:33]

Gayngs - The Gaudy Side of Town

Pertegó - Hjarta (2008)

Od kilku miesięcy zauroczony jestem tym albumem. Brakuje znaczeń by odnośniki skrupulatnie dobierać. Włochy do niedawna miałem za kraj, w którym nie ma dobrej muzyki. Teraz stwierdzam, że po prostu jest problem z jej dostępnością co zwalić należy na pop-kulturę, a zwłaszcza na ludzi, którzy zajmują się jej propagowaniem. Ślepych i głuchych, którzy mają wpływ na to co prosty odbiorca będzie wiedział a czego nie. Leniwych do granic wytrzymałości. Tych, którym wystarcza zbiorowe klepanie się po tyłkach i robienie sobie dobrze. Tych, którzy robią z odbiorców debili by skosić na tym jak najwięcej szmalu. Gdzie są natomiast potrzeby i pragnienie dążenia do poznawania kolejnych pięknych rzeczy? Dlaczego w tym kraju artyści coraz częściej muszą płacić za swój występ? Kultura stacza się szybciej niż jesteśmy w stanie to zauważyć a zwłaszcza Polacy, którzy swe korzenie mają już tylko przed telewizorami. Przez takie nastawienie społeczeństwo nie będzie się rozwijać, a dobrych zespołów z Włoch długo nikt nie będzie znał. Po pochodzących stamtąd, rewelacyjnych, typowo elektroniczno-shoegaz’owych projektach Port-Royal i French Teen Idol, wpadła mi w oko nazwa pochodzącego z Piacenzy zespołu Pertegó. Jego muzyka z kolei dryfuje gdzieś pomiędzy post-rockiem a jego eksperymentalno-wizualnej odmianie z czego mogą cieszyć się wszyscy wielbiciele takich dźwięków. Zdecydowanie jest z czego. Uważam, że po takim debiucie jak Hjarta nawet panowie z Sigur Rós powinni pościągać kapelusze i z uznaniem obserwować, jak będą rozwijać się muzycy z zespołu Pertegó. Jeśli kolejna płyta, do której już pojawił się singiel na myspace zespołu, zatytułowany 100 Rad, będzie trzymać taki poziom, to wieńczę początek końca Islandczyków, bo to co zrobili oni na Með Suð Í Eyrum Við Spilum Endalaust to był przynajmniej strzał w piętę przy tym jaką bombę zaserwowali Włosi. Moje porównanie bierze się z tego, że Hjarta brzmi jakby nie mogła narodzić się gdzieś indziej niż właśnie w Skandynawii. Nachodzi mnie tylko pewne pytanie. Czy pierwsze płyty takich zespołów są zawsze najlepsze? Czy z biegiem czasu Pertegó też zejdzie z obranego toru, zacznie grać bardziej przystępne kompozycje, będzie się silić na śpiewanie w języku angielskim, wpadnie w wir sprzedaży i popularności, czy zostaną tacy jacy są i będą tworzyć ciągle wciągającą, przepięknie przestrzenną i naładowaną emocjami muzykę? Oby nic się nie zmieniło w tym temacie, ponieważ pragnę kolejnych tak zachwycających i kompletnych płyt jak Hjarta. Mam wrażenie, że to muzyka rozbrzmiewająca gdzieś pomiędzy chmurami i tylko siła wiatru i warunki atmosferyczne potrafią w pewien sposób zmieniać jej aurę. Struktura i przemyślenie jej całości wciąga do cna od pierwszego dźwięku. Przedostatni utwór Vigo, naładowany niebywale, nagle eksploduje gdzieś po horyzont, by zamykający Bideri Evo FF dźwięcznie przewinął tę historię do samego początku. W tym miejscu pozostaje tylko włączyć płytę jeszcze raz.

Ps. Jestem szczęśliwcem posiadającym jeden z 200 oryginalnych egzemplarzy. Dzięki Mateusz.

1. Hjarta [2:31]
2. Bideri [6:35]
3. E/Pallatio [4:27]
4. Summer Night Games [5:08]
5. Dova [5:01]
6. Dance? [5:19]
7. Vigo [6:22]
8. Bideri Evo FF [9:04]


Pertegó - Summer Night Games

———-
Lucjan Lucimiński

Efterklang - Magic Chairs (2010)

Czasem budzimy się w takim bardzo dobrym nastroju, bo na przykład zdarzyło się coś miłego. Ja w takich momentach siadam z kubkiem dobrej herbaty i puszczam coś, co będzie wisienką na torcie. Efterklang popełnił płytę, która może być właśnie tym wykończeniem. Ad rem jest to wbrew pozorom, bardzo melodyjna płyta. Post-rockowe produkcje zazwyczaj tchną jakimś chłodem, w tym przypadku jest inaczej. Sądzę, że jest to najromantyczniejszy post-rock jaki słyszałam. Magic Chairs nie jest krążkiem wybitnym, ale wartym zauważenia. Ładne wokale kompletują całość.

6/10

1. Modern Drift [4:53]
2. Alike [4:11]
3. I Was Playing Drums [5:13]
4. Raincoats [4:20]
5. Harmonics [4:05]
6. Full Moon [3:49]
7. The Soft Beating [4:13]
8. Scandinavian Love [3:53]
9. Mirror Mirror [5:44]
10. Natural Tune [3:26]


Efterklang - Alike

65daysofstatic - Weak4 (2010)


65daysofstatic - Weak4

W oczekiwaniu na We Are Exploding Anyway, publiczność z kraju kwitnącej wiśni, dostała od 65DOS mały prezent. Zespół właśnie tam wydał ep’kę zatytułowaną Weak4. Znajdują się na niej dwie nowości, tytułowy Weak4, który znajdzie się również na długogrającym krążku oraz utwór Pacify. Na płytce umieszczone są również Antique Hyper Mall oraz Goodbye z wydanej w 2008 roku ep’ki The Distant And Mechanised Glow Of Eastern European Dance Parties.
Biorąc pod uwagę premierowe kawałki widać, że muzycy w dalszym ciągu idą w stronę elektronicznych, a niżeli post-rockowych brzmień.
Weak4 rozpoczyna się ciężkim elektronicznym bitem rodem z płyt The Prodigy by następnie rozbić je na atomy i przerodzić się w pierdolnięcie porównywalne do rozbijania asfaltu młotem pneumatycznym. Na taką zawieruchę czekałem. Wyliczone dźwięki – czyż tutaj nie o to chodzi najbardziej by równanie ich się zgadzało? Następny Pacify spowalnia tempo. Wspaniale narasta, do granic możliwości, siejąc wynik ponadprzeciętności. Dziwi mnie, że to cudo nie znajdzie się na We Are Exploding Anyway. Strzelam już dziś, że byłoby ono przepięknym zwieńczeniem całości. Matematycznej piękności.
Czyżby 2010 rok pozostanie w cieniu 65DOS? Przekonamy się eksplodując 26 kwietnia.


65daysofstatic - Pacify

———-
Lucjan Lucimiński

Caribou - Swim (2010)

caribou

Fantastyczna, etniczno-nowoczesna, eklektyczna. Caribou czyli Dan Snaith popełnił być może najlepszą elektroniczną płytę tego roku. Każdy kawałek jest świeży i pobudzający do życia. Bezbłędne pomieszanie etnicznych instrumentów z nowoczesnym bitem. Wszystkie utwory są bardzo dobre, ale dla mnie bezapelacyjnym numerem jeden jest Bowls. Wprost magiczne połączenie marimby z mantrycznym rytmem i gęstym basem w tle- nie mogę przestać słuchać! Szczerze polecam!

Zdecydowane 10/10

1. Odessa [5:14]
2. Sun [5:44]
3. Kaili [3:18]
4. Found Out [3:18]
5. Bowls [6:20]
6. Leave House [5:11]
7. Hannibal [6:14]
8. Lalibela [2:25]
9. Jamelia [3:38]


Caribou - Jamelia

Locomotora - Locomotora (2009)

27 listopada ubiegłego roku finlandzki zespół Locomotora zadebiutował imiennym krążkiem. Na próżno szukać pokrewnej muzyki z tamtego rejonu, podobnie jak to jest z Australią i zespołem The Dead Sea. Lokomotywa na płycie sunie własnym tempem. Zabiera po drodze minimalistycznych podróżnych, których wiek przeważa nad górnolotnymi marzeniami. Poddają się dobrowolnie temu jaki obierze cel ta eskapada. Nie ważne jest, gdzie zabierze ich ta machina ponieważ najważniejsza jest dążność. Widok zza okna przeskakujący niczym zdjęcia w klatkach kliszy próbuje sam dociekliwie zajrzeć do wnętrza. Jakby był zainteresowany tym, kto niepostrzeżenie świdruje jego piękno.
Muzyka zawarta na tej płycie dostojnie rozwija się, bez niepotrzebnych przeobrażeń sunie przez gęstą mgłę w swojej własnej miarowości.
Mogę przemijać w niej bez końca, końca, końca …

Dość widziałem. Wizja oczekiwała w każdej aurze.
Dość miałem wszystkiego. Szumy miast, wieczorem, i w słońcu, i zawsze.
Dość poznałem. Stacje życia. - O Szumy i Wizje!
Odjazd z nowym uczuciem i w nowym zgiełku!

Artur Rimbaud Odjazd

Ps. No i ta piękna „przemijająca” okładka…

1. Shopping Music For Bloody Wallets [14:30]
2. Anarchophobia [12:42]
3. Teignmouth Electron [9:55]
4. Minipax [6:48]
5. Older Than Dreams [17:26]

Zespół udostępnił płytę do darmowego pobrania i delektowania się. Mozna to zrobić tutaj.

———-
Lucjan Lucimiński

White Hinterland - Kairos (2010)

kairos
Nie przepadam za damskimi projektami, więc nieco na przekór upodobaniom sięgnęłam po płytę White Hinterland. Chyba łatwo się domyślić, że skoro o niej piszę, sama się zaskoczyłam. Bardzo przemyślana i melodyjna płyta. Kairos przenosi w nieco metafizyczny świat i wprawia organizm w przyjemne falowanie. Pani White Hinterland nagrała dotychczas dwie płyty, ale dopiero najświeższa zwróciła moją uwagę. Słucham jej gdy potrzebuję wyciszenia i chcę sobie poprawić nastrój. Bardzo polecam na co dzień i od święta ;) No i ten ocelocik na stronie..

1. Icarus [3:46]
2. Moon Jam [4:19]
3. No Logic [3:41]
4. Begin Again [3:42]
5. Bow & Arrow [3:35]
6. Amsterdam [2:55]
7. Thunderbird [3:38]
8. Cataract [5:14]
9. Huron [5:12]
10. Magnolias [5:20]

White Hinterland - Icarus

Adorable - Fake (1994)

Jak poprzednio. Kawał dobrego rocka, niespokojny, a jednak spokojny, niebezpieczny, ale ciepły. Bez niespodzianek. Płyta wydana nieco ponad rok po Against Perfection jest jak jej bliźniaczka. Nie znaczy to jednak, że jest nudna, przewidywalna, niepotrzebna (tfu!). Z Fake i Against Perfection jest jak z dwiema równie pięknymi siostrami - ciężko się zdecydować na jedną…
Bardzo dobrze, że powstają takie płyty i bardzo źle, że rozpadają się takie zespoły.

1. Feed Me [3:29]
2. Vendetta [4:10]
3. Man in a Suitcase [4:48]
4. Submarine [4:29]
5. Lettergo [3:59]
6. Kangaroo Court [3:27]
7. Radio Days [3:36]
8. Go Easy on Her [4:33]
9. Road Movie [4:17]
10. Have You Seen the Light [4:49]


Adorable - Kangaroo Court

Local Natives - Gorilla Manor (2010)

ln_gm_cover
Południowa Kalifornia, gubernator-terminator, a tam z nimi tubylcy Local Natives. Bardzo rzadko zdarza mi się słuchać płyty po raz pierwszy i już wtedy wiedzieć, że mi się podoba. Niebezpiecznym jest to, że krążek zahacza o pop, wywołuje to u mnie lekkie drżenie powieki, ale staram się opanować. Granica między komercją a wysublimowanym smakiem jest wbrew pozorom chwiejna. Odczuwam satysfakcję z powodu popularności Arctic Monkeys, lub tego, że na Vivie ujrzałam teledysk Editors. Nie przeszkadza mi popularność jakiejś kapeli do momentu, gdy sami nie zaczynają się tą popularnością dławić. Zmierzam do tego, że w przypadku Local Natives mogłoby się tak stać (módlmy się do bóstw wszelakich aby tak nie było). Wracając do Gorilla Manor: nie można jej odmówić melodyjności i pozytywnej mocy. Nieco androgeniczny wokal jest bardzo kojący i bardzo świadomie używany. Czasem potrzebujemy zasiąść na kanapie, włączyć coś lekkiego - jeśli tak właśnie chcemy spędzić czas to włączamy Rezydencję Goryla i w drogę. Na tej płycie nie ma słabego numeru. Jest melodyjnie, wpadająco w ucho. Minus dla kawałka Ariplanes, bo brzmi jak zerżnięty z Arcade Fire, no ale co zrobić - rockowy tygiel ;)

Dla mnie 10/10

1. Wide Eyes [4:26]
2. Airplanes [3:58]
3. Sun Hands [4:51]
4. World News [4:31]
5. Shape Shifter [5:30]
6. Camera Talk [3:45]
7. Cards & Quarters [4:00]
8. Warning Sign [4:12]
9. Who Knows Who Cares [3:53]
10. Cubism Dream [4:00]
11. Stranger Things [5:46]
12. Sticky Thread [3:48]


Local Natives - Wide Eyes

Dead Sea, The - The Dead Sea (2009)

Nie mogę sobie teraz za bardzo przypomnieć muzyki rodem z Australii (poza Nickiem), do której bym powracał i zachwycał się nią. Tym bardziej byłem ciekaw, co przyniesie ze sobą pochodzący stamtąd materiał zespołu The Dead Sea, który imiennym krążkiem w zeszłym roku zadebiutował. Ponieważ wiedziałem, że to kolejna grająca post-rocka kapela, zastanawiałem się, czy coś wniesie więcej w muzyczny świat sprowadzony do tych dwóch słów. Po odsłuchaniu słychać, że rewolucji tutaj nie ma. Istnieje jednak coś innego na tej płycie, coś niezwykłego, niebywałego - jest to aura ubarwiona schizofreniczną powłoką. Taką muzykę najczęściej porównuje się do zimnego klimatu Skandynawii, dopiero po tym skojarzeniu próbuje się odnaleźć inne, ale o Australii wątpię byśmy wspominali w tych rozrachunkach. Czy to miejsce, skąd pochodzą muzycy, niesie ze sobą tę chorą przenośnię, czy sami spoglądają w taki sposób i rozmawiają o tym dźwiękami? Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się właśnie, że płyta ta skrojona na pewnego rodzaju koncept album, przyciąga wizualnością dźwięków, wystarczy zamknąć oczy. Mimo, iż w większości to krótkie utwory, w których shoegaz’owe gitary mieszają się z post-rock’owym budowaniem kompozycji a całość okraszona jest minimalistycznym spojrzeniem, ich rozbudowany wydźwięk przenosi w jakiś potężny wymiar, gdzie pozostały już tylko myśli i przestrzeń. Obszerność jej jest przygniatająca. Zaczynam bać się kolejnych odsłuchań, milknę wraz z nimi, a czyjeś szepty ciągle podjudzają, odchodzą i zawracają. Zatyka mnie wszechświat wyobrażeń sprowadzany do galaktycznego lotu… i martwe morze wokół.

10 w skali beauforta - to morze tylko z nazwy upodabnia się do trupa

1. Slow Jet [3:06]
2. Okono [1:40]
3. The Devil Bends [4:34]
4. III [2:01]
5. Zabriskie Point [7:49]
6. Nulla Desiderata [2:47]
7. Little Lights [1:45]
8. Departure Gates [5:59]
9. Banquet [2:07]
10. Bandicoots [8:42]

———-
Lucjan Lucimiński

Adorable – Against Perfection (1993)

Rozpoznanie – Glorious. Wstępny domysł – zapowiada się kawał dobrego rocka spełniającego funkcję shoegaze’ową. Dalsze 36 minut potwierdziło hipotezę. Płyta pełna radosnego, dynamicznego rocka, mimo tak spokojnej formy. „Na Jowisza!”, zamyśliłam się, „dlaczego nie mainstream…”. Po chwili zrozumiałam: „Ach! Za dobre na mainstream…”.
Bywają rzeczy tak piękne, ciekawe, fascynujące, że nie trzeba ich dookreślać – wystarczy zaznaczyć ich istnienie. Do tego zbioru należy Against Perfection, a ja wskazuję – bierzcie i słuchajcie. Tak, wiem, krążek pierwszą młodość ma już za sobą, lecz na moje usprawiedliwienie powiem, że w momencie jego wydania miałam 3 lata – a w tym wieku słucha się czegoś innego.
Moje osobiste odczucie: płyta nie jest uzależniająca. Sądzę jednak, że lepiej jest sięgać po coś świadomie i spokojnie, oddając się kontemplacji i uwielbieniu, niż słuchać, bo już się nie wytrzymuje.

Uśmiechnęłam się do Homeboy. A poza tym – ekstaza , do której być może przyczyniło się także uspokajanie mojego gustu muzycznego folkiem i chilloutem. Oraz najpiękniejsze poczucie braku, czyli nostalgia w Still Life.

I’m tripping into the back of my mind.

1. Sunshine Smile [5:03]
2. Glorious [4:19]
3. Favourite Fallen Idol [2:42]
4. A to Fade In [4:53]
5. I Know You Too Well [3:42]
6. Homeboy [4:32]
7. Sistine Chapel Ceiling [3:35]
8. Cut #2 [4:45]
9. Crash Sight [4:04]
10. Still Life [2:38]
11. Breathless [5:18]
12. I’ll Be Your Saint [3:32]


Adorable - Homeboy

Manescape - Ex-Internal (2009)


Płyta nagrana w studio im. Tom’a Waits’a zobowiązuje…
Ad rem: bardzo gitarowe, dynamiczne i osnute mgłą brzmienia.  Ex-Internal to taka biel i czerń, która nieustannie się miesza. Zaczyna się to już na okładce - notabene bardzo udanej. Od pierwszego utworu pojawia się pewna płynność, która sprawia, że nie potrafię się “wyłączyć” ze słuchania. Kolejne przeciwieństwo wiąże się z nastrojem całej płyty: mamy tu wspomnianą wcześniej dynamikę, regularność sekwencji, powtarzalność, ale równocześnie wszystko zatopione jest w raczej mrocznej mgle. Najwyraźniej widać to w kawałku Hell Will Burn In Heaven, który zaczyna się od eterycznego zawodzenia i stopniowo przechodzi w transowe akordy. Przypomina to trochę rozpędzającą się lokomotywę. Z kolei w Ordinary Indywidual jest bardziej chwytliwe, wpadające w ucho. Każdy utwór na tej płycie jest “jakiś”, zawiera pewne smaczki - momenty, ciekawe przejścia, ładne rozwiązania melodii - według mnie mogłoby być ich więcej. Należy docenić pewną kwestię, która w muzyce popularnej byłaby zarzutem: subtelny, ginący wokal. Uważam, że dużą sztuką dla wokalisty jest nagrać utwór w którym pozostanie on jakby w tle, równocześnie nie ginąc.  Na pierwszym miejscu są tu gitary. To duża sztuka, a w przypadku takiego rodzaju muzyki jest to zaletą. Najbardziej mięsisty kawałek to Way Out- aż chce się pomachać głową na koncercie. Ponieważ wychodzę z założenia, że w muzyce rockowej nie jest możliwy brak inspiracji, odniesień, pozwolę sobie na porównanie, które na początku trudno mi było wyartykułować. Zespół Tool. To duży plus, mieć choć iskierkę podobieństwa z taką kapelą. Kropką nad i jest Black The White, który smakowicie zamyka płytę, podsumowując walkę przeciwieństw.
Podsumowując: Gratuluję spójności tematycznej: okładka, teksty, muzyka - wszystko trzyma się w całości i to smakuje. Czy są jakieś minusy? to kwestia indywidualnych potrzeb, dla mnie zabrakło nieco optymistycznej energii, bo płyta jest raczej refleksyjna, momentami wręcz mroczna, bardzo męska. Ex-Internal nie jest rewolucyjna, ale jest bardzo, bardzo dobra. Wreszcie do Polski dotarł powiew zachodu, w pełnym tego słowa znaczeniu. Warto promować taką twórczość - szczerze polecam.

1. Smell My Spot Recognition [3:51]
2. Switched Off [3:37]
3. Failure Machines Never Salute [4:10]
4. In Progress [5:25]
5. Hell Will Burn In Heaven [7:25]
6. Ordinary Indywidual [3:45]
7. Absence Of Silence [8:46]
8. Way Out [4:38]
9. Black The White [4:40]

Jóhann Jóhannsson - Fordlandia (2008)

I tak nas dopada codziennie nocy czar. I tak pośród jej ciemności, wyzwala w nas potrzebę zanurkowania w jej głębię smug. Noc więcej rozumie, noc jest tak samo samotna jak my. Daje spokój, a jednak układa do snu nagich, samotnych, próbujących zapomnieć o dniu. Jednak to przecież noc wprowadza w nowe życie. Życie pod połacią powiek. Życie nienamacalne.. bez dotyku, bez dźwięku, bez oddechu a jeszcze bardziej intrygujące od rzeczywistości… Taka jest muzyka zawarta na tej płycie – jakby nieistniejąca.. tylko wyobrażona…

Uciekając w ten dziwny stan opowieści spod powiek drzemiących, wydaje mi się on porównywalny do dotyku dźwięku otoczonego ciszą nocy. Jakby dźwięk był w tym, co niewidoczne, namacalny, jakby powietrze nie tylko istniało samo sobie wokół, jakby rozedrgane grało wydając słyszalność zderzających się atomów.. Zaiste ciekawe są to podróże w głąb niewyrażalności niewidzialnej… i tak chciałoby się pozostać w tym przeźroczystym śnie.. niewiarygodnym, aczkolwiek ciągle kształtującym rzeczywistość. Lecz do niej nie chce się już po takich wrażeniach powracać i prosi się o więcej i więcej, zapadając się coraz głębiej i głębiej… wydaje się jakby Fordlandia Jóhanna Jóhannssona była właśnie ze snu usnuta…

10/10

1. Fordlandia [13:43]
2. Melodia (i) [1:56]
3. The Rocket Builder (Lo Pan!) [6:25]
4. Melodia (ii) [1:49]
5. Fordlandia - Aerial View [4:33]
6. Melodia (iii) [3:12]
7. Chimaerica [3:23]
8. Melodia (iv) [2:45]
9. The Great God Pan Is Dead [4:56]
10. Melodia (Guidelines For A Propulsion Device Based On Heim’s Quantum Theory) [9:04]
11. How We Left Fordlandia [15:25]


Jóhann Jóhannsson - Melodia (Guidelines For A Propulsion Device Based On Heim’s Quantum Theory)

———-
Lucjan Lucimiński

Yeasayer - Odd Blood (2009)

Czekałam na tę płytę z niecierpliwością. Poprzedni krążek All Hour Cymbals, totalnie mnie oczarował.  Oczekiwałam, że nowa produkcja Yeasayer’a znów mnie powali. Niestaty tak się nie stało. Mam wrażenie, że te dwie płyty nagrały dwa różne zespoły. Dla jednych może to być zaletą, dla mnie jest wadą. Niby użyto podobnych aranży, instrumentów, a jednak coś się nie zgadza. Jeśli nie znałabym poprzedniej płyty to pewnie Odd Blood nie zwróciłaby mojej uwagi. Na tym krążku nie ma utworu, którego chciałabym posłuchać dwa razy z rzędu. Jedyny, który jest zapemiętywalny to singlowy Ambling Alp. Podsumowując, gdyby nie przeszłość to ta recenzja pewnie by nie powstała. Jestem rozczarowana. Jeśli ktoś lubi nowości - niech posłucha, jednak smaczków tu nie znajdzie.

1. The Children [3:12]
2. Ambling Alp [4:00]
3. Madder Red [4:26]
4. I Remember [5:44]
5. O.N.E. [4:51]
6. Love Me Girl [5:00]
7. Rome [3:48]
8. Strange Reunions [2:35]
9. Mondegreen [4:37]
10. Grizelda [2:40]

Pg.Lost - In Never Out (2009)

Ta płyta od pierwszych przesłuchań mi nie leżała. Jednak wczesnym rankiem około czwartej nad ranem, podróżując po stolicy, po raz kolejny, tak na przełamanie przesłuchałem In Never Out i moja niepewność co do tych dźwięków minęła. Może to dlatego, że noc więcej rozumie…? Dzięki tamtemu przesłuchaniu stwierdziłem, że jednak pójdę na ich występ, który tego samego dnia miał się odbyć w CBA. I jak już pisałem wcześniej, nie zawiodłem się.

ładnie zbudowana
rozciągająca się rytmicznie
bicie serca napędzająca
historia w dreszcze okryta
umiejąca w tej gonitwie przynieść spokój i zadumy czas
ciało spłycając do roli narzędzia…

Podobno post-rock zjada swój własny ogon. Podobno każdy już zrzyna z tego co było. Podobno… mamy następny tego przykład? Osobiście wolę słuchać kolejnych takich płyt niż żeby ich wcale nie było. A niech się pożerają post-rockowcy nawzajem, przy równoczesnym wydalaniu takiej muzyki nie mam nic naprzeciwko…

Ps. Crystalline…

8/10

1. Prahanien [8:15]
2. Jura [5:06]
3. Heart Of Hearts [8:25]
4. Still Alright [7:00]
5. Crystalline [10:10]
6. Gomez [12:04]


Pg.Lost - Jura

———-
Lucjan Lucimiński