Kompendium wiedzy na temat nowej muzyki: shoegaze, post-rock, indie, ambient, trip-hop i inne…

Caribou - Swim (2010)

caribou

Fantastyczna, etniczno-nowoczesna, eklektyczna. Caribou czyli Dan Snaith popełnił być może najlepszą elektroniczna płytę tego roku. Każdy kawałek jest świeży i pobudzający do życia. Bezbłędne pomieszanie etnicznych instrumentów z nowoczesnym bitem. Wszystkie utwory są bardzo dobre, ale dla mnie bezapelacyjnym numerem jeden jest Bowls. Wprost magiczne połączenie marimby z mantrycznym rytmem i gęstym basem w tle- nie mogę przestać słuchać! Szczerze polecam!

Zdecydowane 10/10

1. Odessa [5:14]
2. Sun [5:44]
3. Kaili [3:18]
4. Found Out [3:18]
5. Bowls [6:20]
6. Leave House [5:11]
7. Hannibal [6:14]
8. Lalibela [2:25]
9. Jamelia [3:38]


Caribou - Jamelia

Locomotora - Locomotora (2009)

27 listopada ubiegłego roku finlandzki zespół Locomotora zadebiutował imiennym krążkiem. Na próżno szukać pokrewnej muzyki z tamtego rejonu, podobnie jak to jest z Australią i zespołem The Dead Sea. Lokomotywa na płycie sunie własnym tempem. Zabiera po drodze minimalistycznych podróżnych, których wiek przeważa nad górnolotnymi marzeniami. Poddają się dobrowolnie temu jaki obierze cel ta eskapada. Nie ważne jest gdzie zabierze ich ta machina ponieważ najważniejsza jest dążność. Widok zza okna przeskakujący niczym zdjęcia w klatkach kliszy próbuje sam dociekliwie zajrzeć do wnętrza. Jakby był zainteresowany tym kto niepostrzeżenie świdruje jego piękno.
Muzyka zawarta na tej płycie dostojnie rozwija się, bez niepotrzebnych przeobrażeń sunie przez gęstą mgłę w swojej własnej miarowości.
Mogę przemijać w niej bez końca, końca, końca …

Dość widziałem. Wizja oczekiwała w każdej aurze.
Dość miałem wszystkiego. Szumy miast, wieczorem, i w słońcu, i zawsze.
Dość poznałem. Stacje życia. - O Szumy i Wizje!
Odjazd z nowym uczuciem i w nowym zgiełku!

Artur Rimbaud Odjazd

Ps. No i ta piękna „przemijająca” okładka…

1. Shopping Music For Bloody Wallets [14:30]
2. Anarchophobia [12:42]
3. Teignmouth Electron [9:55]
4. Minipax [6:48]
5. Older Than Dreams [17:26]

Zespół udostępnił płytę do darmowego pobrania i delektowania się. Mozna to zrobić tutaj.

———-
Lucjan Lucimiński

White Hinterland - Kairos (2010)

kairos
Nie przepadam za damskimi projektami, więc nieco na przekór upodobaniom sięgnęłam po płytę White Hinterland. Chyba łatwo się domyślić, że skoro o niej piszę, sama się zaskoczyłam. Bardzo przemyślana i melodyjna płyta. Kairos przenosi w nieco metafizyczny świat i wprawia organizm w przyjemne falowanie. Pani White Hinterland nagrała dotychczas dwie płyty, ale dopiero najświeższa zwróciła moją uwagę. Słucham jej gdy potrzebuję wyciszenia i chcę sobie poprawić nastrój. Bardzo polecam na co dzień i od święta ;) No i ten ocelocik na stronie..

1. Icarus [3:46]
2. Moon Jam [4:19]
3. No Logic [3:41]
4. Begin Again [3:42]
5. Bow & Arrow [3:35]
6. Amsterdam [2:55]
7. Thunderbird [3:38]
8. Cataract [5:14]
9. Huron [5:12]
10. Magnolias [5:20]

White Hinterland - Icarus

Adorable - Fake (1994)

Jak poprzednio. Kawał dobrego rocka, niespokojny, a jednak spokojny, niebezpieczny, ale ciepły. Bez niespodzianek. Płyta wydana nieco ponad rok po Against Perfection jest jak jej bliźniaczka. Nie znaczy to jednak, że jest nudna, przewidywalna, niepotrzebna (tfu!). Z Fake i Against Perfection jest jak z dwiema równie pięknymi siostrami - ciężko się zdecydować na jedną…
Bardzo dobrze, że powstają takie płyty i bardzo źle, że rozpadają się takie zespoły.

1. Feed Me [3:29]
2. Vendetta [4:10]
3. Man in a Suitcase [4:48]
4. Submarine [4:29]
5. Lettergo [3:59]
6. Kangaroo Court [3:27]
7. Radio Days [3:36]
8. Go Easy on Her [4:33]
9. Road Movie [4:17]
10. Have You Seen the Light [4:49]


Adorable - Kangaroo Court

Local Natives - Gorilla Manor (2010)

ln_gm_cover
Południowa Kalifornia, gubernator-terminator, a tam z nimi tubylcy Local Natives. Bardzo rzadko zdarza mi się słuchać płyty po raz pierwszy i już wtedy wiedzieć, że mi się podoba. Niebezpiecznym jest to, że krążek zahacza o pop, wywołuje to u mnie lekkie drżenie powieki, ale staram się opanować. Granica między komercją a wysublimowanym smakiem jest wbrew pozorom chwiejna. Odczuwam satysfakcję z powodu popularności Arctic Monkeys, lub tego, że na Vivie ujrzałam teledysk Editors. Nie przeszkadza mi popularność jakiejś kapeli do momentu, gdy sami nie zaczynają się tą popularnością dławić. Zmierzam do tego, że w przypadku Local Natives mogłoby się tak stać (módlmy się do bóstw wszelakich aby tak nie było). Wracając do Gorilla Manor: nie można jej odmówić melodyjności i pozytywnej mocy. Nieco androgeniczny wokal jest bardzo kojący i bardzo świadomie używany. Czasem potrzebujemy zasiąść na kanapie, włączyć coś lekkiego - jeśli tak właśnie chcemy spędzić czas to włączamy Rezydencję Goryla i w drogę. Na tej płycie nie ma słabego numeru. Jest melodyjnie, wpadająco w ucho. Minus dla kawałka Ariplanes, bo brzmi jak zerżnięty z Arcade Fire, no ale co zrobić - rockowy tygiel ;)

Dla mnie 10/10

1. Wide Eyes [4:26]
2. Airplanes [3:58]
3. Sun Hands [4:51]
4. World News [4:31]
5. Shape Shifter [5:30]
6. Camera Talk [3:45]
7. Cards & Quarters [4:00]
8. Warning Sign [4:12]
9. Who Knows Who Cares [3:53]
10. Cubism Dream [4:00]
11. Stranger Things [5:46]
12. Sticky Thread [3:48]


Local Natives - Wide Eyes

Dead Sea, The - The Dead Sea (2009)

Nie mogę sobie teraz za bardzo przypomnieć muzyki rodem z Australii (poza Nickiem), do której bym powracał i zachwycał się nią. Tym bardziej byłem ciekaw, co przyniesie ze sobą pochodzący stamtąd materiał zespołu The Dead Sea, który imiennym krążkiem w zeszłym roku zadebiutował. Ponieważ wiedziałem, że to kolejna grająca post-rocka kapela, zastanawiałem się, czy coś wniesie więcej w muzyczny świat sprowadzony do tych dwóch słów. Po odsłuchaniu słychać, że rewolucji tutaj nie ma. Istnieje jednak coś innego na tej płycie, coś niezwykłego, niebywałego - jest to aura ubarwiona schizofreniczną powłoką. Taką muzykę najczęściej porównuje się do zimnego klimatu Skandynawii, dopiero po tym skojarzeniu próbuje się odnaleźć inne, ale o Australii wątpię byśmy wspominali w tych rozrachunkach. Czy to miejsce, skąd pochodzą muzycy, niesie ze sobą tę chorą przenośnię, czy sami spoglądają w taki sposób i rozmawiają o tym dźwiękami? Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się właśnie, że płyta ta skrojona na pewnego rodzaju koncept album, przyciąga wizualnością dźwięków, wystarczy zamknąć oczy. Mimo, iż w większości to krótkie utwory, w których shoegaz’owe gitary mieszają się z post-rock’owym budowaniem kompozycji a całość okraszona jest minimalistycznym spojrzeniem, ich rozbudowany wydźwięk przenosi w jakiś potężny wymiar, gdzie pozostały już tylko myśli i przestrzeń. Obszerność jej jest przygniatająca. Zaczynam bać się kolejnych odsłuchań, milknę wraz z nimi, a czyjeś szepty ciągle podjudzają, odchodzą i zawracają. Zatyka mnie wszechświat wyobrażeń sprowadzany do galaktycznego lotu… i martwe morze wokół.

10 w skali beauforta - to morze tylko z nazwy upodabnia się do trupa

1. Slow Jet [3:06]
2. Okono [1:40]
3. The Devil Bends [4:34]
4. III [2:01]
5. Zabriskie Point [7:49]
6. Nulla Desiderata [2:47]
7. Little Lights [1:45]
8. Departure Gates [5:59]
9. Banquet [2:07]
10. Bandicoots [8:42]

———-
Lucjan Lucimiński

Adorable – Against Perfection (1993)

Rozpoznanie – Glorious. Wstępny domysł – zapowiada się kawał dobrego rocka spełniającego funkcję shoegaze’ową. Dalsze 36 minut potwierdziło hipotezę. Płyta pełna radosnego, dynamicznego rocka, mimo tak spokojnej formy. „Na Jowisza!”, zamyśliłam się, „dlaczego nie mainstream…”. Po chwili zrozumiałam: „Ach! Za dobre na mainstream…”.
Bywają rzeczy tak piękne, ciekawe, fascynujące, że nie trzeba ich dookreślać – wystarczy zaznaczyć ich istnienie. Do tego zbioru należy Against Perfection, a ja wskazuję – bierzcie i słuchajcie. Tak, wiem, krążek pierwszą młodość ma już za sobą, lecz na moje usprawiedliwienie powiem, że w momencie jego wydania miałam 3 lata – a w tym wieku słucha się czegoś innego.
Moje osobiste odczucie: płyta nie jest uzależniająca. Sądzę jednak, że lepiej jest sięgać po coś świadomie i spokojnie, oddając się kontemplacji i uwielbieniu, niż słuchać, bo już się nie wytrzymuje.

Uśmiechnęłam się do Homeboy. A poza tym – ekstaza , do której być może przyczyniło się także uspokajanie mojego gustu muzycznego folkiem i chilloutem. Oraz najpiękniejsze poczucie braku, czyli nostalgia w Still Life.

I’m tripping into the back of my mind.

1. Sunshine Smile [5:03]
2. Glorious [4:19]
3. Favourite Fallen Idol [2:42]
4. A to Fade In [4:53]
5. I Know You Too Well [3:42]
6. Homeboy [4:32]
7. Sistine Chapel Ceiling [3:35]
8. Cut #2 [4:45]
9. Crash Sight [4:04]
10. Still Life [2:38]
11. Breathless [5:18]
12. I’ll Be Your Saint [3:32]


Adorable - Homeboy

Manescape - Ex-Internal (2009)


Płyta nagrana w studio im. Tom’a Waits’a zobowiązuje…
Ad rem: bardzo gitarowe, dynamiczne i osnute mgłą brzmienia.  Ex-Internal to taka biel i czerń, która nieustannie się miesza. Zaczyna się to już na okładce - notabene bardzo udanej. Od pierwszego utworu pojawia się pewna płynność, która sprawia, że nie potrafię się “wyłączyć” ze słuchania. Kolejne przeciwieństwo wiąże się z nastrojem całej płyty: mamy tu wspomnianą wcześniej dynamikę, regularność sekwencji, powtarzalność, ale równocześnie wszystko zatopione jest w raczej mrocznej mgle. Najwyraźniej widać to w kawałku Hell Will Burn In Heaven, który zaczyna się od eterycznego zawodzenia i stopniowo przechodzi w transowe akordy. Przypomina to trochę rozpędzającą się lokomotywę. Z kolei w Ordinary Indywidual jest bardziej chwytliwe, wpadające w ucho. Każdy utwór na tej płycie jest “jakiś”, zawiera pewne smaczki - momenty, ciekawe przejścia, ładne rozwiązania melodii - według mnie mogłoby być ich więcej. Należy docenić pewną kwestię, która w muzyce popularnej byłaby zarzutem: subtelny, ginący wokal. Uważam, że dużą sztuką dla wokalisty jest nagrać utwór w którym pozostanie on jakby w tle, równocześnie nie ginąc.  Na pierwszym miejscu są tu gitary. To duża sztuka, a w przypadku takiego rodzaju muzyki jest to zaletą. Najbardziej mięsisty kawałek to Way Out- aż chce się pomachać głową na koncercie. Ponieważ wychodzę z założenia, że w muzyce rockowej nie jest możliwy brak inspiracji, odniesień, pozwolę sobie na porównanie, które na początku trudno mi było wyartykułować. Zespół Tool. To duży plus, mieć choć iskierkę podobieństwa z taką kapelą. Kropką nad i jest Black The White, który smakowicie zamyka płytę, podsumowując walkę przeciwieństw.
Podsumowując: Gratuluję spójności tematycznej: okładka, teksty, muzyka - wszystko trzyma się w całości i to smakuje. Czy są jakieś minusy? to kwestia indywidualnych potrzeb, dla mnie zabrakło nieco optymistycznej energii, bo płyta jest raczej refleksyjna, momentami wręcz mroczna, bardzo męska. Ex-Internal nie jest rewolucyjna, ale jest bardzo, bardzo dobra. Wreszcie do Polski dotarł powiew zachodu, w pełnym tego słowa znaczeniu. Warto promować taką twórczość - szczerze polecam.

1. Smell My Spot Recognition [3:51]
2. Switched Off [3:37]
3. Failure Machines Never Salute [4:10]
4. In Progress [5:25]
5. Hell Will Burn In Heaven [7:25]
6. Ordinary Indywidual [3:45]
7. Absence Of Silence [8:46]
8. Way Out [4:38]
9. Black The White [4:40]

Jóhann Jóhannsson - Fordlandia (2008)

I tak nas dopada codziennie nocy czar. I tak pośród jej ciemności wyzwala w nas potrzebę zanurkowania w jej głębię smug. Noc więcej rozumie, noc jest tak samo samotna jak my. Daje spokój a jednak układa do snu nagich, samotnych, próbujących zapomnieć o dniu. Jednak to przecież noc wprowadza w nowe życie. Życie pod połacią powiek. Życie nienamacalne.. bez dotyku, bez dźwięku, bez oddechu a jeszcze bardziej intrygujące od rzeczywistości… Taka jest muzyka zawarta na tej płycie – jakby nieistniejąca.. tylko wyobrażona…

Uciekając w ten dziwny stan opowieści spod powiek drzemiących wydaje mi się on porównywalny do dotyku dźwięku otoczonego ciszą nocy. Jakby dźwięk był w tym co niewidoczne namacalny, jakby powietrze nie tylko istniało samo sobie wokół, jakby rozedrgane grało wydając słyszalność zderzających się atomów.. Zaiste ciekawe są to podróże w głąb niewyrażalności niewidzialnej… i tak chciałoby się pozostać w tym przeźroczystym śnie.. niewiarygodnym aczkolwiek ciągle kształtującym rzeczywistość. Lecz do niej nie chce się już po takich wrażeniach powracać i prosi się o więcej i więcej zapadając się coraz głębiej i głębiej… wydaje się jakby Fordlandia Jóhanna Jóhannssona była właśnie ze snu usnuta…

10/10

1. Fordlandia [13:43]
2. Melodia (i) [1:56]
3. The Rocket Builder (Lo Pan!) [6:25]
4. Melodia (ii) [1:49]
5. Fordlandia - Aerial View [4:33]
6. Melodia (iii) [3:12]
7. Chimaerica [3:23]
8. Melodia (iv) [2:45]
9. The Great God Pan Is Dead [4:56]
10. Melodia (Guidelines For A Propulsion Device Based On Heim’s Quantum Theory) [9:04]
11. How We Left Fordlandia [15:25]


Jóhann Jóhannsson - Melodia (Guidelines For A Propulsion Device Based On Heim’s Quantum Theory)

———-
Lucjan Lucimiński

Yeasayer - Odd Blood (2009)

Czekałam na tę płytę z niecierpliwością. Poprzedni krążek All Hour Cymbals, totalnie mnie oczarował.  Oczekiwałam, że nowa produkcja Yeasayer’a znów mnie powali. Niestaty tak się nie stało. Mam wrażenie, że te dwie płyty nagrały dwa różne zespoły. Dla jednych może to być zaletą, dla mnie jest wadą. Niby użyto podobnych aranży, instrumentów, a jednak coś się nie zgadza. Jeśli nie znałabym poprzedniej płyty to pewnie Odd Blood nie zwróciłaby mojej uwagi. Na tym krążku nie ma utworu, którego chciałabym posłuchać dwa razy z rzędu. Jedyny, który jest zapemiętywalny to singlowy Ambling Alp. Podsumowując, gdyby nie przeszłość to ta recenzja pewnie by nie powstała. Jestem rozczarowana. Jeśli ktoś lubi nowości - niech posłucha, jednak smaczków tu nie znajdzie.

1. The Children [3:12]
2. Ambling Alp [4:00]
3. Madder Red [4:26]
4. I Remember [5:44]
5. O.N.E. [4:51]
6. Love Me Girl [5:00]
7. Rome [3:48]
8. Strange Reunions [2:35]
9. Mondegreen [4:37]
10. Grizelda [2:40]

Pg.Lost - In Never Out (2009)

Ta płyta od pierwszych przesłuchań mi nie leżała. Jednak wczesnym rankiem około czwartej nad ranem, podróżując po stolicy, po raz kolejny, tak na przełamanie przesłuchałem In Never Out i moja niepewność co do tych dźwięków minęła. Może to dlatego, że noc więcej rozumie…? Dzięki tamtemu przesłuchaniu stwierdziłem, że jednak pójdę na ich występ, który tego samego dnia miał się odbyć w CBA. I jak już pisałem wcześniej, nie zawiodłem się.

ładnie zbudowana
rozciągająca się rytmicznie
bicie serca napędzająca
historia w dreszcze okryta
umiejąca w tej gonitwie przynieść spokój i zadumy czas
ciało spłycając do roli narzędzia…

Podobno post-rock zjada swój własny ogon. Podobno każdy już zrzyna z tego co było. Podobno… mamy następny tego przykład? Osobiście wolę słuchać kolejnych takich płyt niż żeby ich wcale nie było. A niech się pożerają post-rockowcy nawzajem, przy równoczesnym wydalaniu takiej muzyki nie mam nic naprzeciwko…

Ps. Crystalline…

8/10

1. Prahanien [8:15]
2. Jura [5:06]
3. Heart Of Hearts [8:25]
4. Still Alright [7:00]
5. Crystalline [10:10]
6. Gomez [12:04]


Pg.Lost - Jura

———-
Lucjan Lucimiński

65daysofstatic - The destruction of small ideas (2007)

Pewne rzeczy ciężko zrozumieć, ale inne jeszcze ciężej. Maniakalne poszukiwania rozwiązań wśród cierni, w gęstwinach puszcz, w zamotanych kłębkach tylko pogłębia beznadziejność sytuacji. Wszak nawet Piotrek Kupicha wie, że słowa niczego nie zmienią*. Lepiej przejść w milczenie, lepiej poznać emocje, lepiej polegać na mowie ciała. Ono nie kłamie.
Muzyka też nie.
Dlaczego ludzie nie umieją porozumiewać się muzyką.

Może słuchają za mało 65daysofstatic.

No i tak się zastanawiam.
Czy jeżeli teraz coś napiszę, będzie to miało sens?
Słowa - czasami brzmią, ale ogólnie są abstrakcyjne. Słowo samo w sobie nic nie znaczy. Musi coś określać (”kocham cię” - funkcja emocjonalna, “ty durniu, wynoś się stąd!” - funkcja imperatywna) albo być przez coś określane (ton głosu, ewentualnie caps lock).
No a muzyka, hm. To piękne, że można nią wyrazić więcej, niż:
a. można się spodziewać i
b. w jakikolwiek inny sposób.
Że nie trzeba mówić, wystarczy słuchać. Że można aż tak zatracić się w dźwięku.

Bo ja to wszystko pisałam w odniesieniu do i na kanwie The destruction of small ideas.
Jeśli coś zaczyna się od pianina, nie może być złe.

1. When we were younger & better [6:54]
2. A failsafe [4:28]
3. Don’t go down to sorrow [6:55]
4. Wax futures [4:03]
5. These things you can’t unlearn [6:27]
6. Lyonesse [3:26]
7. Music is music as devices are kisses is everything [5:20]
8. The distant and mechanised glow of eastern european dance parties [3:33]
9. Little victories [5:14]
10. Primer [4:51]
11. White peak / Dark peak [3:57]
12. The conspiracy of seeds [7:08]


65daysofstatic - Don’t go down to sorrow

* Nie, nie słucham Feela.

Anneke van Giersbergen & Agua De Annique – In Your Room (2009)

Tej pani coś się chyba pomyliło. W przeciągu 2009 roku to trzeci krążek sygnowany jej nazwiskiem. Kolejny zupełnie nikomu niepotrzebny. Nie ma tutaj nic wciągającego. Kompozycje są mizerne i mdłe. Podczas słuchania tych kiepskich pioseneczek, kilka z nich, przywodzi mi nawet na myśl projekt Blackmore’s Night, co do końca nie jest jednak prawidłowe ale nic na to nie poradzę, że w pewnym (złym) sensie taki wydźwięk one mają. Nie znajdziemy w tej muzyce nic czym tak bardzo przekonywał kiedyś The Gathering. Na In Your Room wysłuchać można tylko najzwyklejsze rockowe patenty + mnóstwo smęcenia i zastanawia mnie po co wydaje się 3 przeciętne płyty jednego roku zamiast popracować nad czymś do czego słuchacz będzie chciał wracać. Mamy teraz słaby The Gathering i nudną jak flaki z olejem Anneke. Kiepsko to wygląda… I nawet najciekawsza piosenka Adore, która ma w sobie pewną zaciętość, mimo, iż umieszczona na sam koniec, nie jest w stanie podnieść tego krążka ani zmienić mojego zdania. Mówię zdecydowane „nie” takim nagraniom, ponieważ wiem jaki potencjał drzemie w tej Holenderce. Teraz jest tylko przeciętność, na którą zdecydowanie szkoda czasu…
a jak stwierdziła niegdyś śpiewaczka operowa Maria Callas: “Przeciętność w sztuce jest nie do wybaczenia”.

3,5/10

1. Pearly [3:32]
2. Hey Okey! [2:34]
3. I Want [3:14]
4. Wonder [3:06]
5. The World [3:52]
6. Sunny Side Up [2:46]
7. Physical [3:47]
8. Home Again [4:37]
9. Wide Open [3:15]
10. Longest Day [4:11]
11. Just Fine [3:27]
12. Adore [3:57]


Anneke van Giersbergen & Agua de Annique - Hey Okay!

———-
Lucjan Lucimiński

French Teen Idol - El Siete Es La Luz (2009)

O Andrea Di Carlo znanym pod muzycznym pseudonimem French Teen Idol usłyszałem pierwszy raz za sprawą utworu (un)told Prejudices znajdującego się na jego płytowym debiucie. Zwróciłem na niego szczególną uwagę dlatego, że skojarzyłem znajdujący się na nim jeden z moich ulubionych cytatów z książki pod tytułem 25th Hour w wersji filmowej wypowiedzianej głosem Edwarda Nortona, który zagrał w tej adaptacji główną postać. Ścieżka z tym właśnie tekstem z filmu Spike’a Lee podłożona przez FTI do partii pianina tak bardzo oddziałuje, że nie było wyjścia, musiałem przyjrzeć się całości. I zostałem wciągnięty w tę muzykę bardzo mocno. Elektroniczno ambientalny post-rock z od czasu do czasu trip-hopowym rytmem wraz z podkładami ścieżek filmowych i dziwnym, rzadko się pojawiającym, „przesterowanym” wokalem zauroczył mnie. Najbliżej FTI jest do M83 i Port-Royal ale to nieco spokojniejsza muzyka niż u wymienionych twórców. Najnowszy, trzeci, album Włocha zatytułowany El Siete Es La Luz (7 jest światłem) jest równocześnie jego najlepszym dziełem. To fascynująca podróż bez przełomowych zwrotów ale za to z czarującą konsekwencją pełni. Widać, że nie ma tutaj dźwięków z przypadku i ta integralność jest dla mnie najistotniejsza w tej płycie. Jest również ta wspaniała przestrzeń, do której zawsze przywiązuję uwagę i którą powiększa jeszcze bardziej, snujący się, damski głos. Wszystkie elementy pięknie się uzupełniają w strefie, której nie da się sprowadzić ot tak do słów, których używamy. To jest muzyka, którą trzeba przeżywać a nie opisywać. Jednym wyrażeniem – mistrzostwo wrażeń. Przy Dying In Time już wspomnianego Port-Royal to najlepsza płyta roku.

10/10

1. Rome Shrugged [4:16]
2. I Want George Soros [6:21]
3. War Is Kind [5:01]
4. Fragile Chords [4:24]
5. The Constant [7:15]
6. Last Train To Santiago [5:46]
7. El Siete Es La Luz [5:04]
8. Prendre Son Temps [12:25]


French Teen Idol - I Want George Soros (unofficial video)

———
Lucjan Lucimiński

School Of Seven Bells - Alpinisms (2008)

Jeden z debiutów roku 2008! I nie ma w tym żadnej przesady. Już po wcześniejszych nagraniach, sprzed długogrającego krążka, można się było tego spodziewać. Zespół pochodzący z Brooklynu, w którego skład wchodzą bliźniaczki Alexandra i Claudia Deheza oraz Benjamin Curtis (wcześniej Secret Machines), grają jak sami twierdzą Cathedral Cubs Cru-Gaze i szczerze przyznam, że w tej nazwie jest to coś co przedstawiają muzycznie. Jednak będąc ostrożnym należałoby włożyć ich do szafek podpisanych shoegaze, dream-pop, electronic, experimental, psychodelic ale znaleźć też można wstawki typowo orientalne czy folkowe. Idąc dalej należy stwierdzić, że muzyka zawarta na Alpinisms, jest bardzo melodyjna i harmonijna, przy czym, rytm i tępo nabierają mnóstwo znaczenia. Nie mogę się uwolnić od tych dźwięków. Siostry przyciągają głosem i wplatają w dziwny trans ciągłym powtarzaniem fraz (zwłaszcza na Iamundernodisguise). Muszę też zdradzić, że elektronika tutaj użyta, która dodaje tła i rytmu jest naprawdę smakowitą przyprawą. Kiedy już dochodzi do podsumowania, nasuwa mi się jeszcze takie spostrzeżenie, że całość jest cudownie delikatna, zwiewna i pewnie dlatego wnosi w słuchacza świeży podmuch, oczarowanie i przynosi pewnego rodzaju ulgę. Ach to rozmarzenie… Nawet coś z dźwiękowej skali Port-Royal można odnaleźć pod koniec bardzo długiego Sempiterna Amaranth. Wciągająca płyta, kolejna, która pokazuje jak dobrze ma się nowojorska scena.

9/10

1. Iamundernodisguise [3:47]
2. Face To Face On High Places [4:40]
3. Half Asleep [4:20]
4. Wired For Light [4:57]
5. For Kalaja Mari [4:17]
6. White Elephant Coat [4:17]
7. Connjur [4:40]
8. Sempiternal/Amaranth [11:26]
9. Chain [4:22]
10. Prince Of Peace [3:05]
11. My Cabal [5:09]


School Of Seven Bells - Half Asleep (Live on KEXP)

———-
Lucjan Lucimiński

Kammerflimmer Kollektief - Jinx (2007)

Wskazywanie różnych wariacji na temat krótkich ram czasowych. Poranny wydźwięk wolności ukrytej w samotności. Skuteczny aczkolwiek pretensjonalnie trzymany w poważaniu. Zamilkłe wspomnienia beztroskości pozostają ku uciesze radości. Broniące pokłady siły opuszczają bezbronne mury skóry. Dopuszczają do siebie tylko niewidoczne wnikające wraz z powietrzem myśli o zazdrosnej posturze. Wskrzeszając ciało do działań nie poznaję otoczenia. Plamy obrazów opowiadające nieznane historie. Lubiąc się w nie zanurzać pozwalam na to wszystko nie potrafiąc już spojrzeć za siebie. Podczas wynurzania się wyrasta wrażliwości smak. Ciężki wyrazisty i nie do zniesienia. Fantazyjnie zimne barwy przypominają wtedy o dźwiękach głębiej ukrytych nadających sensu snującego się pod nimi. Nurzanie się w tych ramach zwiewne pozostawia odczucia.
Świadomie intensywne snucie rytmicznych halucynacji.

9/10

1. Palimpsest [6:27]
2. Jinx [7:20]
3. Live At The Cactus Tree Motel [4:14]
4. Gammler, Zen & Hohe Berge [3:55]
5. Both Eyes Tight Shut [3:26]
6. Jinx (Version) [7:10]
7. Nest [2:26]
8. Subnarkotisch [10:46]


Kammerflimmer Kollektief - Jinx

———-
Lucjan Lucimiński

Sleeping States - In The Gardens Of The North (2009)

Markland Starkie występujący jako Sleeping States jest żywym dowodem na to, że jeśli ktoś ma pomysł na swoją twórczość to potrafi samotnie stworzyć coś, do czego w innych kapelach często potrzeba kilku osób. Płyta In The Gardens Of The North jest trzecim albumem Londyńczyka. Już w pierwszych chwilach słuchania wiedziałam, że to będzie świetny stuff. Po pierwsze, piękny, intrygujący i delikatny wokal. Po drugie, głównie gitarowe tło, które mogłoby się wydawać zbyt ubogie, a jednak stanowi idealne uzupełnienie śpiewu Marklanda. Na każdy numer, jest jakiś pomysł. Nie wkrada się nuda i wrażenie, że “już to gdzieś słyszałam”. Moim faworytem na płycie jest Garden Of The South, numer który niezwykle wpada w ucho i wprowadza w niesmowite wibracje. Zdecydownie pozytywne. Ten krążek jest absolutnie wart uwagi i przesłuchania. Perfekcyjnie koi zmysly, kołysze. Nie wiem jak opisać ten zastrzyk pozytywnej energii, która z niego prominieniuje mimo tego, że nie wszystkie numery są “radosne”.

Świetne aranże, rewelacyjnie brzmiący wokal, który poprzez modulacje i nakładanie daje wrażenie idealnie spójnego chóru. Czy są jakieś minusy? Według mnie nie, ale dla kogoś o innej wrażliwości może brzmieć zbyt flegmatycznie.

10/10

1. Rings of Saturn [4:47]
2. The Next Village [5:29]
3. Showers In Summer [5:34]
4. Breathing Space [4:22]
5. Gardens of The South [4:13]
6. Red King [4:03]
7. On The Beach At Aldeburgh [6:54]
8. A Spiral Not Repeated [3:59]
9. The Cartographer [3:30]

Spouds, The - Serenity Is Only A Brainwave (2009)

Lubię The Spouds. Stwierdziłam to już po zapoznaniu się z ich demem: trochę nierównym, bardzo garażowym, dość surowym, ale jakże oryginalnym jak na nasze polskie realia. Jeszcze bardziej ich lubię po dokładnym przesłuchaniu ich pierwszego oficjalnego wydawnictwa, czyli EP-ki zatytułowanej Serenity Is Only A Brainwave.
Wrażenia ogólne: dostajemy 7 kawałków (stąd dyskusje, czy to na pewno EP-ka, czy może jednak minialbum? – dla mnie bez różnicy), całość trwa 28 minut 16 sekund. Dużo gitar, noise’u i muzycznego brudu. Dość zauważalna (a właściwie słyszalna) perkusja. Wokale na przemian powściągliwe lub, wręcz przeciwnie, wykrzyczane i pełne emocji. Wydźwięk raczej pesymistyczny, ale The Spouds nie tworzą w końcu muzyki dla słitaśnych małolat.
Wrażenia szczególne: za pierwszym przesłuchaniem zaskakuje saksofon, który pojawia się zupełnie znienacka w Broken Sound. Tym bardziej „znienacka”, że poprzednia wersja tego utworu nie zawierała żadnych instrumentów dętych. Na początku wraz ze zdziwieniem, czułam lekkie zniesmaczenie (bo saksofon kojarzył mi się głównie z latami 90. i przebojem Lily Was Here), ale wystarczyło doczekać ostatniego kawałka Crisis, żebym się już uspokoiła. Zresztą, wszelkie moje wątpliwości rozwiał w pełni październikowy koncert The Spouds, więc w momencie, w którym piszę te słowa, wiem już, że ten saksofon jest na właściwym miejscu i nie może być inaczej! Zresztą, nie wiem czy to zasługa saksofonu, czy akurat przypadek, ale właśnie Broken Sound i Crisis są moimi faworytami z całej siódemki. Crisis ze względu na to co się dzieje na samym końcu, a Broken Sound ze względu na wspomnianą już powściągliwość wokalną w zwrotkach, która tak pięknie kontrastuje z refrenami.
A co poza tym? Running with Scissors jest przebojowe aż do bólu (wystarczy raz posłuchać, żeby nie móc się uwolnić od nucenia „It’s like running with scissors” w kółko), chociaż ja mam pewnie inne pojęcie przebojowości niż reszta świata. Absent Lovers także wpada w ucho z energicznym, trochę plemiennym początkiem na bębnach a w The Dreamlife of Angels znajdziemy równie dynamiczne przejście między zwrotkami i refrenami.
A wracając do wrażeń ogólnych: to, co mnie najbardziej zachwyca w większości zgromadzonych na krążku piosenek, to wyraźne, powtarzalne motywy gitarowe. Nigdy nie byłam zwolenniczką wyszukanych, przekombinowanych solówek i wcale się tego nie wstydzę!

Na koniec o sprawie równie istotnej jak zawartość płyty, czyli o jej opakowaniu. Niby nie można oceniać książki po okładce, ale… Ile razy udało wam się zwrócić uwagę na jakąś płytę w sklepie tylko dlatego, że miała ciekawą okładkę? No właśnie. I tutaj kolejny plus dla zespołu: płyta jest ślicznie, minimalistycznie wydana. Wielkie brawa dla Tomka, który jest autorem grafiki. Szkoda tylko, że płyta jest niedostępna w sklepowej sprzedaży, bo na pewno zwróciłaby czyjąś uwagę.

1. Running with Scissors [3:52]
2. No Light [4:09]
3. Broken Sound [4:12]
4. Absent Lovers [2:31]
5. 11 [2:46]
6. The Dreamlife of Angels [4:26]
7. Crisis [6:20]

Eaststrikewest - Wolvves (2009)

Jeśli muzykę można porównywać do rozkoszy cielesnych, to Eaststrikewest odbywają swoją płyta prawdziwy stosunek seksualny ze słuchaczem. Gra wstępna w postaci ambientowego God Can’t Take His Eyes Off Me - bez wokalu, jesteśmy wprowadzani w lekkie wibracje. Następnie przechodzimy do bliższego kontaktu: Stumble zaczyna się niepozornie, jednak pod koniec jest już rozgrzaną i pędzącą maszyną, która nie może się zatrzymać. Mocne gitary, szybkie tempo i przelewający się wokal. No właśnie, wokal. Z pewnością nie jest on zaskakujący. Pierwsze skojarzenie jakie pojawiło się w mojej głowie wiązało się z wokalistą post-grunge’owego Silverchair, Danielem Johnsem. Przy dłuższych wokalizach przychodzi mi na myśl Sting - nie wiem czy są to dobre objawy przy tego rodzaju muzyce…  Pieszczoty stają się odważniejsze: Welcoming The Ghost to chyba najbardziej “hitowy” numer z całego zestawienia, wpada w ucho i chce się go słuchać i słuchać. W końcu każdy audiofil zna te kawałki, które mają w sobie ten jeden, jedyny fragment, który powala na łopatki. Nagle coś się dzieje, czyżby partner nie miał gumki? Chu! - niczym pozytywka, fortepian i infantylizm - wybija z rytmu. Rekompensata przychodzi wraz The Architect: czysty post-rock z długimi, bardzo emocjonalnymi partiami wokalu. To chyba orgazm. Uśmiechnięta i zaspokojona opadasz na łóżko, endorfiny zalewają Twoje ciało:  Electricity.

Mogę zarzucić tej płycie kilka rzeczy:  mimo zróżnicowanego ładunku emocjonalnego, trochę monotonne jest używanie tych samych trików, jednak nie jest nudno, o nie! Chciałabym być na koncercie i sprawdzić, czy da się mocniej poruszyć niż tą płytą. Możliwe, że jeśli muzycy Eaststrikewest wkładają tyle energii i emocji w granie za każdym razem to byłoby to wręcz niebezpieczne. Wokal pod koniec płyty wywołuje szyderczy uśmieszek: ile razy można zawyć w ten sam sposób? A może tak buduje się “znak rozpoznawczy”? No i na koniec wizualnie: świetna okładka, właściwie to ona mnie zwiodła na pokuszenie… Nie żałuję.

9/10

1. God Can’t Take His Eyes Off Me [3:01]
2. Stumble [5:27]
3. Welcoming The Ghosts [6:25]
4. Chu! [1:39]
5. The Architect [6:33]
6. Every Whisper And Word Said [5:15]
7. Electricity [5:10]
8. From Here You Can See Everything [1:28]

Port-Royal - Dying In Time (2009)

Takie płyty rozrzucające dźwięki w nieznaną przestrzeń przyjmuję z nieskrywaną radością. Galaktyczno-ambientalny shoegaze równa się, dla mnie, z błogością, która dociera do najskrytszych mych pragnień. Uspokaja, przenosi w fantazyjne, nieznane miejsca, niczym ze snu. Potrafi w nich jednak urosnąć do niewyobrażalnych granic, pobudzić do lunatycznego tańca i zapomnieć o istnieniu codziennego oblicza rzeczywistości. Rozwarstwione marzenia skupiają się w jedną myśl o ciągłej ucieczce. Rozbrzmiewające mazy dźwięków przynoszą ukojenie i relaksację w pustce, która zarazem jest pełna i kompletna. Ten stan wstrzymania przywodzi na myśl odmienny stan świadomości, który lubimy by trwał jak najdłużej. Na szczęście podróż umierania w tym czasie trwa ponad godzinę więc nie musimy się martwić o zbyt szybkie otrzeźwienie i opuszczanie stworzonych granic. Wraz z cudownym zakończeniem, które przynoszą trzy części Pustelni najlepiej już tylko zasnąć by nie tracić nic z jej właściwości odosobnienia i zadumy. Dlatego Dying In Time polecam słuchać zwłaszcza w nocy. Jak dobrze, że muzyka posiada taką siłę.

Dźwiękom zawartym na Dying In Time najbliżej jest do tych znajdujących się na płytach M83, jednakże jest ona jeszcze bardziej rozległa i bezgraniczna. W projekcie tym udział wzięły również najciekawsze, według mnie, damskie wokale z naszej rodzimej sceny muzycznej: Natalia Grosiak oraz Natalia Fiedorczuk. Na płycie zaśpiewał też Michał Wiraszka z Much, który jednak aż takiego powiewu świeżości jak wymienione panie już nie wniósł. Zespół z Genui nagrał przepiękną nieco zimową płytę, co nie tylko słychać ale nawet widać po okładce. Mnie natomiast już tylko koncert w głowie, którego data zbliża się dużymi krokami.

10/10

1. HVA (Failed Revolutions) [8:28]
2. Nights In Kiev [7:02]
3. Anna Ustinova [3:58]
4. Exhausted Muse\Europe [9:37]
5. I Used To Be Sad [4:41]
6. Susy: Blue East Fading [8:34]
7. The Photoshopped Prince [4:05]
8. Balding Generation (Losing Hair As We Lose Hope) [8:49]
9. Hermitage Pt. 1 [5:21]
10. Hermitage Pt. 2 [5:24]
11. Hermitage Pt. 3 [6:06]


Port-Royal - Nights In Kiev

———-
Lucjan Lucimiński

65daysofstatic - One time for all time (2005)

Panowie z 65daysofstatic pracują nad nową płytą. W mailu 65propaganda piszą:
Wiele piosenek nie udało się. Chcieliśmy unieść je wszystkie, ale nasze ramiona były zbyt słabe, a ich stłumione rozlazłe przejścia pełne opóźnionych brzmień gitar i Aphex-Twinowskie beaty były zbyt ciężkie.
Jeśli zobaczycie ich szkielety leżące wzdłuż drogi, odwróćcie się. Nie można ich ocalić. Uczepią się was swoimi kościstymi melodramatycznymi palcami i zażądają, byście dodali cichy fragment, aby uczynić tę głośną rzecz na końcu bardziej dramatyczną.

To było wszystko, co mogliśmy zrobić, by nie polec z nimi.

W tym nieznośnym - dla fanów i z tego, co widać, dla zespołu - okresie oczekiwania warto przypomnieć jedno z ich dokonań muzycznych. Niech będzie to…

One time for all time.
Początkowo denerwował mnie brak wokalu, ale ja ogólnie jestem nerwowa. One time for all time jest jedną z tych wspaniałych płyt, które należy słuchać w całości, po kolei, żeby nie odebrać im sensu.
Tym, co zastanawia mnie w krążku jest jego spokój. Lecz nie jest to spokój i koniec, to jest spokój niepokojący. Zwłaszcza w utworze 65 doesn’t understand you. Te szmery, które jakby od niechcenia przemaszerowują przed słuchaczem, niby to prezentują siebie, a tak naprawdę dokonują rewizji jego mentalnych bebechów. Nawet tak ascetyczna piosenka, jak The big afraid kończy się na szumiąco. Zastanawiam się, czy to z moimi głośnikami coś jest nie tak. Dla próby włączam Hora zero. Nic nie zgrzyta. W porządku.
W świat przedstawiony wprowadza mnie duch. I chyba szkielet, bo słyszę wyraźne klikanie kości. Dyszą i jęczą - chcą mnie przestraszyć? Świat przyspiesza, więc sądzę, że gdzieś się przenosimy. No tak, w sam środek burzy, ale chyba w kosmosie. Bardzo nietypowe zjawisko meteorologiczne w tej części wszechświata, co jednocześnie jest świetne, bo czuję się władczynią pędzących błyskawic, pobudzanych mocą tej muzyki. Po odpędzeniu nawałnicy (niech wraca, skąd przyszła.!) przenoszę się na Drogę Mleczną, gdzie zupełnie nieświadomie zaczynam tańczyć w blasku płonących obok warkoczy komet. Nałykawszy się kosmicznego pyłu zasypiam. Spadam i przez sen czuję pęd powietrza rozwiewający moje włosy. Budzę się na skutek starcia dwóch światów - powietrza i wody. Jestem na Ziemi, a konkretniej - w morzu czy też oceanie. Płynąc, mijam obojętnie do mnie nastawione drobne białe rybki. Wyglądają na zrelaksowane. Wiedziona docierającymi do mnie dźwiękami, odkrywam powód tego stanu. Oto mym oczom ukazała się orkiestra symfoniczna. Siadam na muszli małży i zaczynam słuchać. Jak pięknie roznosi się muzyka na falach wody. Jaka szkoda, że większość ludzi nie chce zatonąć. A ja sobie posiedzę; przy okazji - sukienka bardzo ładnie faluje pod wodą. Po skończonym koncercie pozostaję jeszcze przez chwilę na małży, wspierając głowę na splecionych dłoniach. Chwila zastanowienia, czy jest sens snuć jakiekolwiek refleksje. Nie ma. Wracam więc do siebie z przeświadczeniem, że to jedna z najciekawszych podróży w moim życiu. Będę do niej wracać… myślami.

1. Drove through ghosts to get here [4:19]
2. Await rescue [4:44]
3. 23kid [4:32]
4. Welcome to the times [3:54]
5. Mean low water [4:01]
6. Climbing on roofs (Desperate edit) [2:27]
7. The big afraid [2:08]
8. 65 doesn’t understand you [5:37]
9. Radio protector [5:26]


65daysofstatic - Radio protector

Raveonettes, The - In And Out Of Control (2009)

raveonettes-in-and-out-of-control

Na samym początku zaznaczę, że najlepszym albumem The Raveonettes w całej ich karierze jest debiutancki Whip It On. Osiem garażowych kawałków stanowiących idealną, spójną całość. Zapewne już nigdy nie uda im się nagrać nic równie dobrego, zresztą w ciągu ostatnich lat udowodnili, że zmienili kierunek i nie chcą wrócić do początków. Dlatego uważam, że na kolejne ich płyty nie powinniśmy wciąż patrzeć poprzez pryzmat debiutu, tylko oceniać je osobno.
Daruję więc sobie niepotrzebne porównania.
W takim razie jaka jest najnowsza płyta duńskiego duetu?
Przede wszystkim nadal jest dość garażowa, gitarowa i jednocześnie słodka i seksowna. A do tego jest chyba jedną wielką grą z konwencją. Właściwie każda piosenka ma troszkę inny klimat. I tak:
Bang! czy Suicide to takie opowieści o imprezującej młodzieży z lat 50. Widzicie te włosy upięte w kucyk, rozszerzane spódnice wirujące w tańcu, sweterki z dekoltem w serek i spodnie w kancik? Ja widzę.
Gone Forever jest jak z soundtracku do filmu o studentach z początku lat 90. i o ich bardzo poważnych problemach.
Boys Who Rape zaczyna się jak jakiś hiphopowy kawałek. Naprawdę, zawsze mam wrażenie, że zaraz usłyszę rapującego Murzyna.
Heart Of Stone to chyba najbardziej raveonettsowy utwór z całej płyty, a powtarzający się riff przywodzi na myśl np. Love In A Trashcan. Klimat natomiast jak z jakiegoś zapomnianego westernu, w którym namiętność idzie w parze z przemocą.
Krótkie, półtoraminutowe Oh, I Buried You Today to z kolei hołd dla soulowych ballad z lat 60. Takich jak Stand By Me Bena E. Kinga (może to przez ten bas?).
Natomiast refren Breaking Into Cars mógłby spokojnie zostać wykorzystany w jakimś popowym przeboju z lat 80. śpiewanym np. przez Kim Wilde (ona była boska!).
Break Up Girl! to chyba jedyna pozycja, która stylistyką przypomina czasy Whip It On – szczególnie świetny gitarowo-noisowy początek, który pomału się wycisza.

Gra z konwencją polega tutaj również na tym, że surowość gitar kontrastuje ze słodkim wokalem, a ten z kolei kontrastuje z tekstami naszpikowanymi przekleństwami i opowiadającymi o narkotykach, samobójstwach, przemocy czy rozstaniach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, przecież to główna charakterystyka stylu The Raveonettes (pamiętacie ten tekst: „My girl is a little animal, she always wants to fuck!”?). Jednak z tego wynika też największa wada całego albumu. Niektóre piosenki są tak przesłodzone, że aż się niedobrze robi. Ja wiem, że pod tą warstwą lukru kryje się spora porcja goryczy (np. w The Last Dance, czy Boys Who Rape), jednak troszkę trudno się do niej dokopać. Dlatego na albumie wygrywają te utwory, w których proporcje między słodkim a gorzkim są idealnie zrównoważone.

1. Bang! [2:54]
2. Gone Forever [3:36]
3. Last Dance [3:47]
4. Boys Who Rape (Should All Be Destroyed) [3:04]
5. Hearts Of Stone [3:55]
6. Oh, I Buried You Today [1:22]
7. Suicide [3:13]
8. D.R.U.G.S. [4:30]
9. Breaking Into Cars [3:08]
10. Break Up Girls! [4:00]
11. Wine [3:43]


Raveonettes, The - Last Dance

Sweek - The Shooting Star’s Sigh… (2004)

No to się narobiło. Wychodzi po raz kolejny na to, że pięć lat w plecy jestem z odsłuchiwaniem muzyki. Skoro taką! płytę poznałem dopiero teraz. Gdzieś tam w Belgii takie cuda istnieją a my tutaj nie mamy o tym bladego pojęcia. Jak to jest możliwe? Ostatnio takie zdumienie przeżyłem za sprawą Francuzów z All Angels Gone. I tak właśnie stawiam muzykę zespołu Sweek debiutującego albumem The Shooting Star’s Sigh gdzieś pomiędzy tym co prezentują grupy: All Angels Gone, Mogwai czy Set Fire To Flames. Podczas każdego przesłuchania nie mogę uwierzyć, jestem bardzo podekscytowany i doznaję ciągłego wstrząsu. Jest to również przykład na to jak cudownie i elegancko można skroić album zamieszczając na nim miniatury trwające tylko ponad dwie minuty w zestawieniu z utworami rozbudowanymi aż do prawie osiemnastu. Poza standardowym instrumentarium usłyszeć można również wiolonczelę i skrzypce, które dodają rumieńców całości a jedną z miniatur zajmuje tylko pianino. Smaczkami są tutaj jeszcze dźwięki otaczającej nas przestrzeni i w niektórych momentach deklamujący teksty męski głos. A to jak kończy się Westchnienie spadającej gwiazdy przechodząc od subtelnych stonowanych dźwięków do rozbudowanej z rozmachem i werwą ich gonitwy budzi ciągły zachwyt… następuje po niej jeszcze chwila ciszy by po chwili przerodzić się w swoiste brzmieniowe zwieńczenie całości… Odkrywać takie albumy to największa przyjemność - lepiej późno niż wcale!


Sweek - James Piano

10/10

1. Summer Trip [2:24]
2. Microbacterium Leprae [9:37]
3. Everybody Takes The Plane [5:35]
4. Creutzfeld Jacob [6:10]
5. Things Are Bigger Than They Appear [16:38]
6. James Piano [2:18]
7. New James [17:54]


Sweek - Everybody Takes The Plane

———-
Lucjan Lucimiński

Anneke van Giersbergen with Agua De Annique - Pure Air (2009); Anneke van Giersbergen & Danny Cavanagh - In Parallel (2009)

Była wokalistka zespołu The Gathering - Anneke van Giersbergen, tym razem nagrała wraz z zaproszonymi gośćmi akustyczny album z coverami bądź przedstawiła nowe wersje utworów pochodzących z płyty jej ostatniego projektu Agua De Anniqe. Razem z Anneke zaśpiewali na płycie między innymi Danny Cavanagh z Anathemy, Arjen Lucassen z Ayreon czy John Wetton najbardziej znany z legendarnego King Crimson. Usłyszeć możemy również Ironic Allanis Morissette jak i znaną wszystkim piosenkę Damiena Rice’a z filmu Closer pod tytułem The Blower’s Daughter. To bardzo słaby zbiór piosenek i nieciekawe, proste wykonania. Chociaż lubię akustyczne aranżacje to w tym przypadku zupełnie nie rozumiem dla kogo jest to wydawnictwo.

3/10

1. The Blower’s Daughter [4:33]
2. Beautiful One [5:55]
3. Wild Flowers [4:19]
4. Day After Yesterday [3:43]
5. Come Wander With Me [3:34]
6. Valley Of The Queens [2:40]
7. To Catch A Thief [5:46]
8. Ironic [3:54]
9. What’s The Reason? [3:31]
10. Yalin [3:40]
11. Somewhere [4:09]
12. Witnesses [1:51]
13. The Power Of Love [4:44]


Anneke van Giersbergen with Agua de Annique - The Blower’s Daughter

Mija zaledwie ponad pół roku i dobiega kolejna wieść związana z Anneke. Wiadomość, która z miejsca zamieniła się w obawy – po co? Komu potrzebne kolejne akustyczne wzmagania tej pani, tym razem koncertowe. W tym przypadku do całego przedsięwzięcia zaproszony został tylko jeden niezwykły gość - Danny Cavanagh. Występ przebiega pod dyktando utworów Danny’ego, znanych z płyt Anathemy i piosenek z wcześniejszych dokonań, na których śpiewała Anneke + Teardrop Massive Attack i Jolene Dolly Parton. Wspomniany Teardrop, umieszczony na początku zawiesza poprzeczkę dość wysoko, świetna aranżacja potęguje doznanie. Dalej natomiast większe wrażenie robią piosenki Danny’ego niż Anneke zwłaszcza, że w większości znamy je z płyty Pure Air w bardzo podobnych wersjach. Można się także przyczepić do tego, że wszystkie piosenki napisane przez członka Anathemy, umieszczone na In Parallel, znalazły się wcześniej na płycie Hindsight w specjalnie przaranżowanych, akustycznych, również podobnych wersjach. Jednak to one wiodą tu prym. Anneke natomiast najlepiej wypada na You Learn About It, jedynym zamieszczonym tutaj utworze zespołu The Gathering co prowadzi do smutnej puenty - niepotrzebnie z niego zrezygnowała… Tylko dwie osoby na scenie, między którymi przyjemnie iskrzy zwłaszcza w momentach kiedy razem śpiewają. Tym bardziej szkoda, że takowych jest niewiele. Płyta szczególnie dla fanów Anneke i Anathemy.

5/10

1. Teardrop [5:00]
2. You Learn About It [3:54]
3. Temporary Peace [4:26]
4. Yalin [3:16]
5. Songbird [3:23]
6. Big Love [3:08]
7. The Blower’s Daughter [4:35]
8. One Last Goodbye [5:48]
9. Are You There? [4:29]
10. Day After Yesterday [3:56]
11. A Natural Disaster [4:37]
12. Trail Of Grief [3:54]
13. Flying [6:12]
14. Jolene [3:46]


Danny Cavanagh: Are You There? @ Little Devil, Tilburg, 30 Marca 2009

———-
Lucjan Lucimiński

Fleeting Joys - Occult Radiance (2009)

Jest jest jest, czysty shoegaze. Fleeting Joys brzmi jak reinkarnacja My Bloody Valentine. Ich debiut Despondent Transponder z 2006 roku jeszcze nie przyniósł tak silnych wrażeń. Jednakże już po nim należało się spodziewać, że następny album może zrobić spustoszenie, taka musiała być kolej rzeczy w tym przypadku. I stało się Occult Radiance podoba mi się jeszcze bardziej niż albumy ich guru. Rzężenie jakie można tutaj usłyszeć rozkłada mnie na łopatki. Dźwięk ten, który z samego założenia jest czymś nieprzyjemnym przynosi mnóstwo pozytywnych emocji i rozładowania. Natłok harmonii trzech zaledwie osób wgniata w fotel a melodie i rytmika pozwalają przedostać się gdzieś poza granicę ciała. Kiedy dodamy do tego całego przyjemnego zgiełku rozmarzone wokale nie udaje mi się jakakolwiek próba zaprzestania słuchania. Choćby czas poganiał, choćby niebo zwalało mi się na głowę…, mimo tego, że utwór A Beautiful End jest już w połowie, nie mam ochoty przerywać tej płyty a dźwięki same jakby próbują się cofnąć. Mimo okrojonych możliwości gatunkowych jest w tej muzyce mnóstwo pomysłów i czarujących chwil. Occult Radiance jest jak wydobywające się z podziemi światło…

9,5/10

1. You Are The Darkness [4:32]
2. Cloudlike Mercury [2:53]
3. Lights Underground [3:59]
4. All Release [3:56]
5. A Beautiful End [5:01]
6. Closer To My World Without Pain [2:59]
7. Don’t Go [5:11]
8. Luminous LA [7:03]
9. The Good Kind Of Tomorrow [3:29]
10. Into Sun & Dark [3:15]
11. Destroyer [3:36]


Fleeting Joys - Cloudlike Mercury

———-
Lucjan Lucimiński

Nudge - As Good As Gone (2009)

Szukając przymiotnika mogącego określić As Good As Gone na myśl przyszło mi: atmosferyczny. Ta trwajaca ok 40. min płyta, jest leniwą kontemplacją świadomości. Elektroniczna i ezoteryczna. To nie jest muzyka, która wprawi Cie w dobry nastrój, ukoi nerwy po męczącym dniu.  Sprzyja raczej nastrojom depresyjnym. Jest spokojna i momentami  wręcz ambientowa. Damski wokal sączy się przez głośniki wywołując wrażenie spowolnienia czasu. Mam mieszane uczucia: z jednej strony płyta poprawna pod względem formy, konsekwentna ale irytujący jest nastrój jaki wywołuje w słuchaczu. Ilekroć próbuję się z nią zmierzyć, coś jest nie tak. Piękna okładka, ładne dźwięki, ale…

Najlepiej chyba spróbować samemu, ale trzeba przyznać, że nie porywa…

1. Harmo [4:49]
2. Two Hands [5:19]
3. Verdantique [0:46]
4. Aurolac [6:42]
5. Tito [7:41]
6. Burns Blue [5:35]
7. Dawn Comes Light [8:43]

Moonlit Sailor - A Footprint Of Feelings (2008)

Tylko 27 minut muzyki na debiucie pochodzącego z Borås w Szwecji zespołu Moonlit Sailor. Kolejna post-rockowa odsłona, w której na pierwszy rzut ucha słychać skandynawską melodię. Bez większych odkryć i podniecenia… nie odnoszę wrażenia by ślady stóp pozostawiały tutaj uczucia lecz te na okładce widoczne na wodzie bardzo mi się podobają. Pozostaje jednak za każdym razem chęć włączenia tego krążka od nowa. Płynie spokojnie oświetlony światłem księżyca dając pewnego rodzaju ukojenie. To akurat jest zadowalające…

Ps. Trwają prace nad kolejną płytą pod tytułem So Close To Life .

6,5/10

1. A Footprint of Feelings [3:24]
2. Night Stroll [4:08]
3. Earls Court [3:38]
4. The Fog Is Lifting [3:46]
5. Waterwall [4:28]
6. Yes [3:21]
7. Once We Were Children [4:30]


Moonlit Sailor - Earls Court

———-
Lucjan Lucimiński

8mm Sky - Finders Keepers (2006)

Bardzo długo nie mogłam zabrać się do tej płyty, zrażona twórczością Azjatów z Polysics. We Ate The Machine nie jest tragedią, ale w pewien sposób zniechęciła mnie, człowieka łaknącego spokoju i harmonii, do brzmień z sąsiedniego kontynentu. Wiem, że nie można oceniać całości na podstawie jednego przykładu, ale jakoś tak wyszło. Wreszcie zmusiłam się do zanurkowania w Finders Keepers

… i całe szczęście, że nie umiem pływać, bo dzięki temu spokojnie mogę zatonąć w tej muzyce, aż ktoś ośmieli się mnie wyłowić. Jedno słowo - piękna. Nigdy nie przypuszczałam, że muzyka rockowa może ubrać się w zwiewną sukienkę. Mam ochotę zaprzeczyć sama sobie, krzycząc: “Jak to?! A Coldplay?”, wszelako te dwa zespoły szyją zupełnie różne sukienki.

Otwierająca album kompozycja We Do Not Even Shake Hands jest niemal czterominutowym instrumentalem, stwarzającym w ośrodku odbioru muzyki w mózgu (musi być taki ośrodek. Musi) krainę mlekiem i miodem płynącą. Dlaczego akurat tym? Bo to pyszne i delikatne połączenie. Jeśli gust muzyczny może mieć podniebienie, to zostanie ono rozpieszczone przez ten utwór. A to dopiero początek. Dalej cicha i lekka The Painter już ze śpiewającym Peterem i niema Finders Keepers. So Let’s Go natomiast jest nasączonym shoegazem echem w lesie, razem z Rocket No 7 dodają płycie pazura (bardzo niepoprawne celebrytycznie porównanie.).
Peter ma ciepły, miękki, głęboki głos. Jego talent aranżacyjny wspaniale uwidacznia się w Her November Diary, gdzie bardzo plastycznie operuje śpiewem. Zen ogarnia całość perkusją, raz czyniąc z niej szeleszczące liście, a innym razem odbijającą się piłeczkę.

Miewam problemy z analizowaniem brzmienia instrumentów w muzyce, bo angażuję się raczej w świat przez nią kreowany. W tym wypadku to żaden problem, a wręcz naturalna konsekwencja. Po przesłuchaniu krążka czuję się jak po odświeżającym spacerze. Jest taki, hm, spokojnie idealny lub idealnie spokojny, a może oba. Brzmi jak strumień między szemraniem trawy na ziemi a gwizdaniem wiatru pod niebem.

Może jeszcze drugie słowo - czarująca.

Kocham tę płytę. A ty?


8mm Sky - The Painter

All Angels Gone - Quietly (2005)

Nie umiem mówić
Nie potrafię nic wycisnąć z klawiszy
Nie spotykają się słowa

Są fale,
inni w lustrze
… i pusty samochód na drodze

I jest zadumy czas
w myślach bez języka…

10/10

1. Unrelated [6:58]
2. Wave [5:52]
3. Empty Cars On The Road [5:11]
4. Others As A Mirror [14:14]
5. (Stephen H.) [5:04]

oficjalna strona zespołu
zobacz - Others As A Mirror
myspace
———-
Lucjan Lucimiński

Editors - In This Light And On This Evening (2009)

Najnowszy album Editors wciąga jak czarna dziura. Przeskakuję z kawałka na kawałek i za każdym razem jestem zaskoczona. Jeszcze nie “nauczyłam się” tej płyty, a już czuję z nią jakąś więź…

Zacznijmy od wokalu - moim czysto subiektywnym zdaniem, barwa głosu Thomasa Smith’a przypomina mi nieco Dave’a Gahana. Maniera śpiewu nawiązuje do stylistyki nowofalowej. Idźmy dalej. Tytuł sugeruje, że na płycie scierają się ze sobą skrajności: światło i zmrok - to słychać. Kompozycje przeplatają się; od chwytliwych, wręcz przebojowych melodii pokroju Papillon do nostalgicznych i niepokojących jak np. The Big Exit. Podoba mi się to połączenie - kawałki nie są przewidywalne, nastroje mieszają się jak w kalejdoskopie. W sposobie przekazu wyczuwa się pewną teatralność, rzeźbienie formy; nie jest to “szczere śpiewanie prosto z mostu” - kolejny plus.  Ta płyta nie uspokaja, nie koi. Jest manifestem i donośnym przemówieniem ze zmienną intonacją.. wyobraźmy sobie oratora stojącego przed tłumem, który przez blisko 30 minut nie daje oderwać od siebie oczu i wyłączyć się słuchaczom.

Całość kompozycji jest zdecydowanie w klimacie nowofalowym, jest wariacją na temat klasyki - to wszystko niby już było, a jednak jest w tym pewna świeżość.  Płyta  smakowita, trochę cierpka, ale finezyjna. Momentami nieco popowa, przypominająca lata 80 przez partie syntezatora, mocno elektroniczna.  Często powtarza się, że Editors grają podobnie do Joy Division - faktycznie, coś w tym jest jednak nie umniejsza to kunsztu zespołu.

Szczerze polecam!

1. In This Light And On This Evening [4:20]
2. Bricks And Mortar [6:20]
3. Papillon [5:24]
4. You Don’t Know Love [4:38]
5. The Big Exit [4:44]
6. The Boxer [4:40]
7. Like Treasure [4:51]
8. Eat Raw Meat = Blood Drool [4:53]
9. Walk The Fleet Road [3:47]