Kompendium wiedzy na temat nowej muzyki: shoegaze, post-rock, indie, ambient, trip-hop i inne…

Eskju Divine - Hold On

Śmierć Marka Lincous’a

sparklehorse
Amerykański multiinstrumentalista Mark Lincous 6tego marca popełnił samobójstwo. Był on filarem zespołu Sparklehorse, który ostatnią płytę In the Fishtank nagrał wraz z Christianem Fennesz’em. Wielka szkoda, że odszedł tak utalentowany muzyk…

cóż tutaj błądzić słowami o tej tragedii… najlepiej posłuchać, wspomnieć, wzruszyć się …. i tęsknić


Sparklehorse - Sad & Beautiful World

Polecamy koncerty


Mono with The Wordless Music Orchestra

Ależ ten rok nam się koncertowo rozkręca. Przypominamy o koncertach i podajemy nowe propozycje, na które warto (a jakże) szczególnie zwrócić uwagę.

Russian Circles
28 marca - Pod Minogą - Poznań
29 marca - Ucho - Gdynia (support - Proghma-C (PL) + Dionysos, The (PL)

Mono (Japonia)
1 kwietnia - Centralny Basen Artystyczny - Warszawa (support - Kyst (PL)
2 kwietnia - Blue Note - Poznań (support - Kyst)

Gazpacho (Norwegia)
16 kwietnia - Progresja - Warszawa
17 kwietnia - Loch Ness - Kraków
18 kwietnia - Blue Note - Poznań

Deerhoof (USA & Japonia)
20 kwietnia - Powiększenie - Warszawa (support - Kristen (PL)
21 kwietnia - Klub RE - Kraków

American Dollar, The (USA)
27 kwietnia - Pod Minogą - Poznań (support - Adre’N'Alin (PL)
28 kwietnia - Bezsenność - Wrocław
29 kwietnia - Hydrozagadka - Warszawa
30 kwietnia - TBA - Kraków + PG.Lost (Szwecja)

And So I Watch You From Afar (Irlandia)
1 maja - Hydrozagadka - Warszawa (support - Sands Of Sedna (PL) + N A O (Pl)
2 maja - Łódź Kaliska - Kraków
3 maja - Pod Minogą - Poznań (support - Faust Again (PL) + Bleed From Within (Szkocja) + Before A Burning Earth (PL) + Let Ravens Come (PL)

Fuck Buttons (UK)
1 maja - Powiększenie - Warszawa

Place To Bury Strangers, A (USA)
4 maja - Powiększenie - Warszawa

Black Heart Procession, The (USA)
10 maja - Pod Minogą - Poznań
11 maja - Powiększenie - Warszawa
12 maja - Klub RE - Kraków

STAL Music (Francja)
11 maja - Pod Minogą - Poznań
12 maja - Bezsenność - Wrocław (support - Kamp! (PL)
13 maja - Hydrozagadka - Warszawa
14 maja - Łódź Kaliska - Kraków

Caspian (USA) + Ef (Szwecja) + Constants (USA)
15 maja - Centralny Basen Artystyczny - Warszawa
16 maja - Pod Minogą - Poznań
17 maja - Łódź Kaliska - Kraków


Fuck Buttons - Sweet Love For Planet Earth

Off Festival - garść informacji

Off Festival w tym roku odbędzie się w Katowicach w Dolinie Trzech Stawów. Arturowi Rojkowi nie udało się przetłumaczyć osobom piastującym wysokie stanowiska w Mysłowicach co w trawie piszczy i jak głośnym echem ten dźwięk się odbija. Może to i dobrze, że festiwal przeniesie się do Katowic, mam tylko nadzieję że nie straci on nic ze swojej „sielankowości”. Na pewno wiadomo, że rodzinne miasto dyrektora festiwalu na tej decyzji mnóstwo traci ale tylko uparte osły zasiadające w radzie miasta mogą nie rozumieć tak podstawowej rzeczy jak wiele to wydarzenie mogło jeszcze dać takiemu bądź co bądź zadupiu jakim Mysłowice są. Co się dokładnie stało możecie przeczytać tutaj.

Najważniejsze jednak jest to, że festiwal się odbędzie. Cztery dni (dokładnie 5-8 sierpień), na które czekamy z zapartym tchem zbliżają się wielkimi krokami. Co chwilę dostajemy garść informacji odnośnie samego festiwalu i kolejnych zaproszonych gości.

Z tych nowinek, jak na razie, najbardziej mnie cieszą występy zespołów The Flaming Lips, Efterklang, Something Like Elvis, Lenny Valentino, Matmos. Poza nimi na festiwalu zagrają również nie mniej oczekiwani The Fall, Anti-Pop Consortium, Lali Puna, Fennesz, William Basiński, Philip Jeck, Memory Tapes, The Very Best oraz Indigo Tree, Tides From Nebula, Kucz/Kulka, Prawatt & Mirna Ray, Lao Che, O.S.T.R, 19 wiosen i Lachowicz. Czekamy na wieści o kolejnych artystach ;)

Karnety oraz bilety na wydarzenia specjalne i poszczególne dni są już w sprzedaży. Więcej na ten temat tutaj.


Lenny Valentino - Chłopiez z plasteliny

White Hinterland - Kairos (2010)

kairos
Nie przepadam za damskimi projektami, więc nieco na przekór upodobaniom sięgnęłam po płytę White Hinterland. Chyba łatwo się domyślić, że skoro o niej piszę, sama się zaskoczyłam. Bardzo przemyślana i melodyjna płyta. Kairos przenosi w nieco metafizyczny świat i wprawia organizm w przyjemne falowanie. Pani White Hinterland nagrała dotychczas dwie płyty, ale dopiero najświeższa zwróciła moją uwagę. Słucham jej gdy potrzebuję wyciszenia i chcę sobie poprawić nastrój. Bardzo polecam na co dzień i od święta ;) No i ten ocelocik na stronie..

1. Icarus [3:46]
2. Moon Jam [4:19]
3. No Logic [3:41]
4. Begin Again [3:42]
5. Bow & Arrow [3:35]
6. Amsterdam [2:55]
7. Thunderbird [3:38]
8. Cataract [5:14]
9. Huron [5:12]
10. Magnolias [5:20]

White Hinterland - Icarus

Adorable - Fake (1994)

Jak poprzednio. Kawał dobrego rocka, niespokojny, a jednak spokojny, niebezpieczny, ale ciepły. Bez niespodzianek. Płyta wydana nieco ponad rok po Against Perfection jest jak jej bliźniaczka. Nie znaczy to jednak, że jest nudna, przewidywalna, niepotrzebna (tfu!). Z Fake i Against Perfection jest jak z dwiema równie pięknymi siostrami - ciężko się zdecydować na jedną…
Bardzo dobrze, że powstają takie płyty i bardzo źle, że rozpadają się takie zespoły.

1. Feed Me [3:29]
2. Vendetta [4:10]
3. Man in a Suitcase [4:48]
4. Submarine [4:29]
5. Lettergo [3:59]
6. Kangaroo Court [3:27]
7. Radio Days [3:36]
8. Go Easy on Her [4:33]
9. Road Movie [4:17]
10. Have You Seen the Light [4:49]


Adorable - Kangaroo Court

Yeah Yeah Yeahs - Heads Will Roll

Black Rebel Motorcycle Club wracają do Polski

brmcprimaryforwebsmall1

Black Rebel Motorcycle Club jednak wracają do Polski. Wczoraj (18 grudnia) opublikowali biuletyn na swoim profilu myspace, w którym ogłosili nowe daty europejskiej trasy koncertowej. Szczęśliwie dla nas, obok duńskiego Aarhus i czeskiej Pragi, znalazła się tam również Warszawa. BRMC  mają zagrać 23 maja w klubie Stodola, a sprzedaż biletów ma ruszyć (teoretycznie!) już 21 grudnia. Na razie jednak ich cena jest nieznana.

Wydarzenie na Last.fm

Zacznij Święta alternatywnie

Już w ten wtorek 22 grudnia warszawska Hydrozagadka zaprasza na wspólne rozpoczęcie przerwy świątecznej. Zanim więc zabijecie karpia, ubierzecie choinkę i upieczecie ciasto, wpadnijcie na koncert 4 alternatywnych kapel, które Was na pewno wprowadzą w rodzinną i ciepłą atmosferę Świąt. A zagrają dla Was: The Spouds, Rachael, Chasing the Sunshine i Parisian Lark. Cena biletu niedroga bo wynosi tyle co cena jednego piwa na miejscu :)

Start: godzina 20.

French Teen Idol - El Siete Es La Luz (2009)

O Andrea Di Carlo znanym pod muzycznym pseudonimem French Teen Idol usłyszałem pierwszy raz za sprawą utworu (un)told Prejudices znajdującego się na jego płytowym debiucie. Zwróciłem na niego szczególną uwagę dlatego, że skojarzyłem znajdujący się na nim jeden z moich ulubionych cytatów z książki pod tytułem 25th Hour w wersji filmowej wypowiedzianej głosem Edwarda Nortona, który zagrał w tej adaptacji główną postać. Ścieżka z tym właśnie tekstem z filmu Spike’a Lee podłożona przez FTI do partii pianina tak bardzo oddziałuje, że nie było wyjścia, musiałem przyjrzeć się całości. I zostałem wciągnięty w tę muzykę bardzo mocno. Elektroniczno ambientalny post-rock z od czasu do czasu trip-hopowym rytmem wraz z podkładami ścieżek filmowych i dziwnym, rzadko się pojawiającym, „przesterowanym” wokalem zauroczył mnie. Najbliżej FTI jest do M83 i Port-Royal ale to nieco spokojniejsza muzyka niż u wymienionych twórców. Najnowszy, trzeci, album Włocha zatytułowany El Siete Es La Luz (7 jest światłem) jest równocześnie jego najlepszym dziełem. To fascynująca podróż bez przełomowych zwrotów ale za to z czarującą konsekwencją pełni. Widać, że nie ma tutaj dźwięków z przypadku i ta integralność jest dla mnie najistotniejsza w tej płycie. Jest również ta wspaniała przestrzeń, do której zawsze przywiązuję uwagę i którą powiększa jeszcze bardziej, snujący się, damski głos. Wszystkie elementy pięknie się uzupełniają w strefie, której nie da się sprowadzić ot tak do słów, których używamy. To jest muzyka, którą trzeba przeżywać a nie opisywać. Jednym wyrażeniem – mistrzostwo wrażeń. Przy Dying In Time już wspomnianego Port-Royal to najlepsza płyta roku.

10/10

1. Rome Shrugged [4:16]
2. I Want George Soros [6:21]
3. War Is Kind [5:01]
4. Fragile Chords [4:24]
5. The Constant [7:15]
6. Last Train To Santiago [5:46]
7. El Siete Es La Luz [5:04]
8. Prendre Son Temps [12:25]


French Teen Idol - I Want George Soros (unofficial video)

———
Lucjan Lucimiński

Allegories - Surf’s Out

We Fell To Earth - Deaf

Editors - przez przypadek (23.11.09 Stodoła)

Zacznę od tego, że wcale miało mnie tam nie być. Decyzję wybrania się na ten koncert podjąłem ok. godziny 20.50 jadąc zupełnie w inne miejsce. Nagle stwierdziłem słuchając po raz pierwszy ostatniego albumu przez słuchawki, że nastąpiła lekka wtopa kiedy oceniłem ją raczej chłodno. Czasem tak jest, że w końcu za którymś razem słuchacza coś przekonuje. Mnie przekonało aż tak, że spoglądając na zegarek zrozumiałem jak mało czasu zostało mi na dotarcie do Stodoły. Oczywiście zdążyłem niczym struś pędziwiatr, wypiłem piwo i wraz z wyjściem zespołu na scenę przekroczyłem próg sali. Spotkałem jeszcze po drodze pana Stelmacha a po chwili już stałem niedaleko sceny. Takie spontaniczne akcje są najfajniejsze.
Mimo, iż na początku były lekkie problemy techniczne, zwłaszcza wokal przy pianinie był źle ustawiony przez akustyka, panowie z zespołu Editors ponownie wywarli na mnie duże wrażenie na żywo. Zaczęli tak jak zaczyna się nowy album od piosenki tytułowej In This Light And On This Evening. Jakby nie patrzeć to przecież był koncert promujący tą płytę i wszystkie utwory z niej zostały zagrane. Publiczność najlepiej reagowała i tak przy starszych nagraniach ale to z jakim zapałem został zagrany na bis Papillon to naprawdę trzeba oddać szacunek Editorsom a muszę przyznać, że nie przepadam za promującymi albumy singlami, ponieważ są zazwyczaj najbardziej przystępne dla słuchacza a co za tym idzie najbardziej upopowione. W ogóle cały album na żywo wypadł bardzo dobrze zwłaszcza do gustu przypadły mi wykonania The Boxer i Bricks And Mortar zamykający główną część występu. Umiejętnie poprzeplatali nowe rzeczy ze starszymi, z których to, wybrali już same szlagiery takie jak Munich, All Sparks, Bullets, Bones czy Smokers Outside the Hospital Doors…. Fajnie też, że zagrali You Are Fading nie ograniczając występu tylko do piosenek z płyt długogrających. Wokalista Tom potrafi przyciągnąć wzrok publiczności. Nie może gość wysiedzieć ani wystać w miejscu, ciągle się porusza, tańczy ze statywem, prawdziwy wulkan energii, którą przekazywał wraz z kompanami z zespołu zgromadzonym. Dobrze, że nadchodziły takie momenty jak wymienione wcześniej The Boxer czy Walk The Fleet Road zagrane jako pierwszy numer na bis bo byśmy wszyscy tam się przekręcili z narzuconego tempa.
To mój kolejny koncert Korektorów. Dwa lata temu też zdecydowałem się jakoś dopiero na dwa dni przed samym występem, natomiast na Heinekenie duża scena niestety nie spełnia żadnych oczekiwań. Dwa lata temu w Stodole było świetnie lecz inaczej. Pamiętny koncert pasował do tamtego czasu w jakim był zespół i ja jako słuchacz. Poniedziałkowe wydarzenie było również znakomite i przedstawiało to w jakim kierunku ci muzycy się rozwijają. Na ten czas ten koncert wydaje mi się ciekawszy ale nie można ich porównywać poprzez widoczną zmianę w podejściu do muzyki i Editorsów i moją. Nie jest to mój ulubiony zespół, żadna z ich płyt nie rzuca mnie na kolana a jednak nagła decyzja by ich zobaczyć była świetna i nie żałuje jej wcale. Gorąco i owacyjnie wspominam to wydarzenie. Najgorsze jest jednak to, że kiedy przypominam sobie takie chwile dochodzi do mnie jak szybko mijają… dobrze, że zachwyt i energia pozostaje.

Zdjęcia z koncertu mozna zobaczyć tutaj.


Editors - Eat Raw Meat = Blood Drool (live at studio Brussels)

———-
Lucjan Lucimiński

KLIMT - wywiad dla shoegaze.pl

Klimt to Antoni Budzinski grający na co dzień na gitarze w sopockim zespole Saluminesia. Zadebiutował na składance Sleep Well III z utworem Ennui w maju 2007. W marcu 2008 ukazała się jego debiutancka płyta zatytułowana Jesienne odcienie melancholii.

Rozmawia Gabriela Szymaszkiewicz:

Shoegaze.pl: Co sprawia, że gitarzysta postanawia stworzyć solowy projekt? Czy ktoś pomagał Ci w nagraniu materiału na Jesienne odcienie melancholii? Jeśli tak to kto?

Klimt: Tzn. ja tworzyłem i nagrywałem muzykę zanim jeszcze powstał zespół Saluminesia. Oprócz twórczości zespołu miałem zawsze mnóstwo własnego materiału, który zupełnie różńił się od tego co działo się w zespole. Zawsze miałem w “zapasie” setki różnych kompozycji i utworów. Sama propozycja wydania płyty pojawiła się z zewnątrz. Mianowicie zainteresowała się moją twórczością wytwórnia z Warszawy. Na początku był to jeden utwór na składance Sleep Well III, a później był to już cały longplay. W tamtym okresie nie myślałem wogóle o wydaniu solowej płyty.
A odpowiadając na druga część pytania to jest to w pełni moje samodzielne dzieło. Tylko ja przy tym majstrowałem:).

Shoegaze.pl: Jako swoje inspiracje wymieniasz między innymi zespoły takie jak Slowdive, Mew czy Mogwai. Czy Twoja twórczość jest bezpośrednią odpowiedzią na fascynację tymi kapelami “są świetni, chciałbym robić coś podobnego” czy może wtórną, będąca następstwem funkcjonowania w takiej stylistyce?

Klimt: Te zespoły raczej poznałem później na swojej drodze. Zespołem, który chyba najbardziej ukształtował mnie jako muzyka to Smashing pumpkins. To jest dla mnie ta podstawa. Staram się raczej wypracować moją własną ścieżkę. I myślę, że osoby którym spodobała się moja pierwsza płyta widzą tą ścieżkę. Oczywiście podświadomie człowiek w pewnym stopniu naśladuje to czego słucha i nie da się od tego uciec, ale staram się raczej iść własną drogą.

okladka

Okładka płyty "Jesienne odcienie melancholii"

Shoegaze.pl: Pierwsze skojarzenie jakie pojawiło się w mojej głowie podczas słuchania Twojej płyty brzmiało: Jacaszek. Czy spotkałeś się już z tego rodzaju porównaniem i czy się z nim zgadzasz?

Klimt: No proszę, to  porównanie słyszę pierwszy raz. Na pewno znajdujemy się na polskim rynku w tej samej szufladzie. Aczkolwiek dla mnie są to raczej odmienne światy, ale skojarzenie jak najbardziej właściwe.

Shoegaze.pl: Momentami jesteś bardzo shoegaze’owy a momentami zdecydowanie ambientowy, a może określiłbyś swój styl jako coś zupełnie nowego?

Klimt: No na pewno jest to jakaś mieszanka, gdzie tam jeszcze po drodze dochodzi post-rock. Dla mnie jednak najważniejsze jest “wnętrze” muzyki. Styl dla mnie jest na drugim miejscu, ale na pewno duże przestrzenie muzyczne mam naturalnie zaprogramowane w sobie.

Shoegaze.pl: Twoja płyta jest bardzo hipnotyzująca, czy kolejna będzie kontynuacją czy może będziesz eksperymentował z brzmieniem?

Klimt: Większość materiału na drugi krążek jest już właściwie skończona. Druga płyta będzie dosyć mocno różnić się od pierwszej. Brzmienie będzie zdecydowanie bardziej ostrzejsze, bardziej dynamiczne i będzie raczej mniej ambientowych klimatów. Muzyka będzie całościowo bardziej optymistyczna i “jaśniejsza” od Jesiennych. Tak z założenia nie zamierzam nigdy wydawać płyt, które będą kontynuacją poprzedniej. Dla mnie to jest taki naturalny proces zmiany. Człowiek po drodze się trochę zmienia. Muzyka zmienia się razem z nim.

Shoegaze.pl: Czy koledzy z Saluminesii pomagają Ci w twoich projektach?

Klimt: Janek - perkusista wspomaga mnie w graniu Klimta na żywo.

Shoegaze.pl: Gdzie można Cie usłyszeć na żywo?

Klimt: Narazie tylko w salce prób:), ale już niedługo powinny się pojawić koncerty.

Shoegaze.pl: Twoje muzyczne numer 1: utwór, płyta a może cała twórczość artysty lub zespołu, coś do czego zawsze wracasz…

Klimt: Jak już wcześniej powiedziałem kapelą nr 1 będzie zawsze dla mnie Smashing Pumpkins. Plyty Mellon Collie… , Adore i Machina to dla mnie taka podstawa, do której zawsze lubię wrócić. Jeśli chodzi o ulubiony utwór czy album to nie byłbym w stanie wskazać.
Chociaż znalazloby się na pewno parę ważniejszych płyt, które z rożnych powodów są mi szczególnie bliskie, m.in. NIN - The Downward Spiral, wspomniane wczesniej Mellon Collie zespołu Smashing Pumpkins, The Cure - Kiss Me,Kiss Me,Kiss Me , Ulrich Schnauss - A Strangely Isolated Places, South - From Here on In, Sigur Ros - Agaetis Byrjun. No i oczywiscie Klimt - Jesienne odcienie melancholii :).

Shoegaze.pl: Czy myślisz o wydaniu płyty za granicą - tam rynek jest zdecydowanie bardziej chłonny na tego rodzaju alternatywę..

Klimt: Wydaje mi się, że najpierw  trzeba opanować swój rodzimy kraj, a później dopiero atakować na zachód. Najpierw tutaj muszę stać się niebezpieczny:). Aczkolwiek zauważyłem, że jeśli chodzi o cyberprzestrzeń to poza granicami kraju płyta wzbudziła sporo zainteresowania.

Dziękuję za wywiad i życzę szybkiego wzrostu owego “niebezpieczeństwa” na polskim i zagranicznym rynku :)

Myspace Klimta:  www.myspace.com/theklimt

Nowa piosenka od Rachael

m_dbd7474580ea4cd684480d6a77e3466d1

W piątek, 13 listopada, premierę miała nowa piosenka Rachael, czyli warszawskich mistrzów garażowo-psychodelicznego grania . Utwór, zatytułowany Watchsick, można legalnie ściągnąć z profilu myspace zespołu. Jak mówią jego twórcy, ma on zapowiadać serię piosenek publikowanych co miesiąc w sieci, które następnie zostaną zebrane w jedno wydawnictwo EP. Całość, jak zwykle, zostanie udostępniona w Internecie do pobrania za darmo. Pozostaje na razie cieszyć się Watchsick i czekać na kolejne piosenki!

Spouds, The - Serenity Is Only A Brainwave (2009)

Lubię The Spouds. Stwierdziłam to już po zapoznaniu się z ich demem: trochę nierównym, bardzo garażowym, dość surowym, ale jakże oryginalnym jak na nasze polskie realia. Jeszcze bardziej ich lubię po dokładnym przesłuchaniu ich pierwszego oficjalnego wydawnictwa, czyli EP-ki zatytułowanej Serenity Is Only A Brainwave.
Wrażenia ogólne: dostajemy 7 kawałków (stąd dyskusje, czy to na pewno EP-ka, czy może jednak minialbum? – dla mnie bez różnicy), całość trwa 28 minut 16 sekund. Dużo gitar, noise’u i muzycznego brudu. Dość zauważalna (a właściwie słyszalna) perkusja. Wokale na przemian powściągliwe lub, wręcz przeciwnie, wykrzyczane i pełne emocji. Wydźwięk raczej pesymistyczny, ale The Spouds nie tworzą w końcu muzyki dla słitaśnych małolat.
Wrażenia szczególne: za pierwszym przesłuchaniem zaskakuje saksofon, który pojawia się zupełnie znienacka w Broken Sound. Tym bardziej „znienacka”, że poprzednia wersja tego utworu nie zawierała żadnych instrumentów dętych. Na początku wraz ze zdziwieniem, czułam lekkie zniesmaczenie (bo saksofon kojarzył mi się głównie z latami 90. i przebojem Lily Was Here), ale wystarczyło doczekać ostatniego kawałka Crisis, żebym się już uspokoiła. Zresztą, wszelkie moje wątpliwości rozwiał w pełni październikowy koncert The Spouds, więc w momencie, w którym piszę te słowa, wiem już, że ten saksofon jest na właściwym miejscu i nie może być inaczej! Zresztą, nie wiem czy to zasługa saksofonu, czy akurat przypadek, ale właśnie Broken Sound i Crisis są moimi faworytami z całej siódemki. Crisis ze względu na to co się dzieje na samym końcu, a Broken Sound ze względu na wspomnianą już powściągliwość wokalną w zwrotkach, która tak pięknie kontrastuje z refrenami.
A co poza tym? Running with Scissors jest przebojowe aż do bólu (wystarczy raz posłuchać, żeby nie móc się uwolnić od nucenia „It’s like running with scissors” w kółko), chociaż ja mam pewnie inne pojęcie przebojowości niż reszta świata. Absent Lovers także wpada w ucho z energicznym, trochę plemiennym początkiem na bębnach a w The Dreamlife of Angels znajdziemy równie dynamiczne przejście między zwrotkami i refrenami.
A wracając do wrażeń ogólnych: to, co mnie najbardziej zachwyca w większości zgromadzonych na krążku piosenek, to wyraźne, powtarzalne motywy gitarowe. Nigdy nie byłam zwolenniczką wyszukanych, przekombinowanych solówek i wcale się tego nie wstydzę!

Na koniec o sprawie równie istotnej jak zawartość płyty, czyli o jej opakowaniu. Niby nie można oceniać książki po okładce, ale… Ile razy udało wam się zwrócić uwagę na jakąś płytę w sklepie tylko dlatego, że miała ciekawą okładkę? No właśnie. I tutaj kolejny plus dla zespołu: płyta jest ślicznie, minimalistycznie wydana. Wielkie brawa dla Tomka, który jest autorem grafiki. Szkoda tylko, że płyta jest niedostępna w sklepowej sprzedaży, bo na pewno zwróciłaby czyjąś uwagę.

1. Running with Scissors [3:52]
2. No Light [4:09]
3. Broken Sound [4:12]
4. Absent Lovers [2:31]
5. 11 [2:46]
6. The Dreamlife of Angels [4:26]
7. Crisis [6:20]

Mew - Am I Wry? No

Raveonettes, The - In And Out Of Control (2009)

raveonettes-in-and-out-of-control

Na samym początku zaznaczę, że najlepszym albumem The Raveonettes w całej ich karierze jest debiutancki Whip It On. Osiem garażowych kawałków stanowiących idealną, spójną całość. Zapewne już nigdy nie uda im się nagrać nic równie dobrego, zresztą w ciągu ostatnich lat udowodnili, że zmienili kierunek i nie chcą wrócić do początków. Dlatego uważam, że na kolejne ich płyty nie powinniśmy wciąż patrzeć poprzez pryzmat debiutu, tylko oceniać je osobno.
Daruję więc sobie niepotrzebne porównania.
W takim razie jaka jest najnowsza płyta duńskiego duetu?
Przede wszystkim nadal jest dość garażowa, gitarowa i jednocześnie słodka i seksowna. A do tego jest chyba jedną wielką grą z konwencją. Właściwie każda piosenka ma troszkę inny klimat. I tak:
Bang! czy Suicide to takie opowieści o imprezującej młodzieży z lat 50. Widzicie te włosy upięte w kucyk, rozszerzane spódnice wirujące w tańcu, sweterki z dekoltem w serek i spodnie w kancik? Ja widzę.
Gone Forever jest jak z soundtracku do filmu o studentach z początku lat 90. i o ich bardzo poważnych problemach.
Boys Who Rape zaczyna się jak jakiś hiphopowy kawałek. Naprawdę, zawsze mam wrażenie, że zaraz usłyszę rapującego Murzyna.
Heart Of Stone to chyba najbardziej raveonettsowy utwór z całej płyty, a powtarzający się riff przywodzi na myśl np. Love In A Trashcan. Klimat natomiast jak z jakiegoś zapomnianego westernu, w którym namiętność idzie w parze z przemocą.
Krótkie, półtoraminutowe Oh, I Buried You Today to z kolei hołd dla soulowych ballad z lat 60. Takich jak Stand By Me Bena E. Kinga (może to przez ten bas?).
Natomiast refren Breaking Into Cars mógłby spokojnie zostać wykorzystany w jakimś popowym przeboju z lat 80. śpiewanym np. przez Kim Wilde (ona była boska!).
Break Up Girl! to chyba jedyna pozycja, która stylistyką przypomina czasy Whip It On – szczególnie świetny gitarowo-noisowy początek, który pomału się wycisza.

Gra z konwencją polega tutaj również na tym, że surowość gitar kontrastuje ze słodkim wokalem, a ten z kolei kontrastuje z tekstami naszpikowanymi przekleństwami i opowiadającymi o narkotykach, samobójstwach, przemocy czy rozstaniach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, przecież to główna charakterystyka stylu The Raveonettes (pamiętacie ten tekst: „My girl is a little animal, she always wants to fuck!”?). Jednak z tego wynika też największa wada całego albumu. Niektóre piosenki są tak przesłodzone, że aż się niedobrze robi. Ja wiem, że pod tą warstwą lukru kryje się spora porcja goryczy (np. w The Last Dance, czy Boys Who Rape), jednak troszkę trudno się do niej dokopać. Dlatego na albumie wygrywają te utwory, w których proporcje między słodkim a gorzkim są idealnie zrównoważone.

1. Bang! [2:54]
2. Gone Forever [3:36]
3. Last Dance [3:47]
4. Boys Who Rape (Should All Be Destroyed) [3:04]
5. Hearts Of Stone [3:55]
6. Oh, I Buried You Today [1:22]
7. Suicide [3:13]
8. D.R.U.G.S. [4:30]
9. Breaking Into Cars [3:08]
10. Break Up Girls! [4:00]
11. Wine [3:43]


Raveonettes, The - Last Dance

AMAZING ELECTRONIC TALKING CAVE

Amazing Electronic Talking Cave to jednoosobowy projekt Rosjanina Felixa Bondareffa. Nazwa została zaczerpnięta z tytułu piosenki The Brian Jonestown Massacre zamieszczonej na EP-ce “Just Like Kicking Jesus”. W 2008 roku pod szyldem Amazing Electronic Talking Cave ukazał się wydany własnym sumptem minialbum “Green Maiden”. Wszystkie instrumenty oraz wokal zostały nagrane przez jedną osobę, czyli właśnie Felixa Bondareffa. W tym roku światło dzienne ma ujrzeć jego kolejna płyta zawierająca 11 kawałków. Części z nich, zgromadzonych pod roboczym tytułem “Damaged Equipment”, można już posłuchać na profilu Myspace. Natomiast w przerwie między pracami nad płytą Felix Bondareff udał się do Berlina, gdzie nagrał wokal do nowego utworu The Brian Jonestown Massacre, “Bruttermania“. Efekty tej współpracy możecie obejrzeć na YouTubie, miejmy nadzieję, że nie skończy się na jednej piosence.

OBRAZY KIM GORDON DO KUPIENIA

Wokalistka Sonic Youth, Kim Gordon, postanowiła wystawić na sprzedaż cztery ze swoich dość oryginalnych dzieł. Wszystkie zostały wykonane farbami akrylowymi na płótnach o wymiarach 20 na 16 cali. Ich tytuły są dość widoczne - zajmują prawie całą powierzchnię obrazów i brzmią odpowiednio: Failing Lights, Noise Nomads, Dude War oraz Pussy Galore. Można je obejrzeć TUTAJ.

Editors - In This Light And On This Evening (2009)

Najnowszy album Editors wciąga jak czarna dziura. Przeskakuję z kawałka na kawałek i za każdym razem jestem zaskoczona. Jeszcze nie “nauczyłam się” tej płyty, a już czuję z nią jakąś więź…

Zacznijmy od wokalu - moim czysto subiektywnym zdaniem, barwa głosu Thomasa Smith’a przypomina mi nieco Dave’a Gahana. Maniera śpiewu nawiązuje do stylistyki nowofalowej. Idźmy dalej. Tytuł sugeruje, że na płycie scierają się ze sobą skrajności: światło i zmrok - to słychać. Kompozycje przeplatają się; od chwytliwych, wręcz przebojowych melodii pokroju Papillon do nostalgicznych i niepokojących jak np. The Big Exit. Podoba mi się to połączenie - kawałki nie są przewidywalne, nastroje mieszają się jak w kalejdoskopie. W sposobie przekazu wyczuwa się pewną teatralność, rzeźbienie formy; nie jest to “szczere śpiewanie prosto z mostu” - kolejny plus.  Ta płyta nie uspokaja, nie koi. Jest manifestem i donośnym przemówieniem ze zmienną intonacją.. wyobraźmy sobie oratora stojącego przed tłumem, który przez blisko 30 minut nie daje oderwać od siebie oczu i wyłączyć się słuchaczom.

Całość kompozycji jest zdecydowanie w klimacie nowofalowym, jest wariacją na temat klasyki - to wszystko niby już było, a jednak jest w tym pewna świeżość.  Płyta  smakowita, trochę cierpka, ale finezyjna. Momentami nieco popowa, przypominająca lata 80 przez partie syntezatora, mocno elektroniczna.  Często powtarza się, że Editors grają podobnie do Joy Division - faktycznie, coś w tym jest jednak nie umniejsza to kunsztu zespołu.

Szczerze polecam!

1. In This Light And On This Evening [4:20]
2. Bricks And Mortar [6:20]
3. Papillon [5:24]
4. You Don’t Know Love [4:38]
5. The Big Exit [4:44]
6. The Boxer [4:40]
7. Like Treasure [4:51]
8. Eat Raw Meat = Blood Drool [4:53]
9. Walk The Fleet Road [3:47]

Hatifnats - Before It Is Too Late (2009)

Niepokojące smugi na twarzach niewidomych pogrążonych we własnych okazjonalnych uśmiechach. Wybiegające przebłyski kroczące po nagich jezdniach. Goniące odgłosy za plecami, prześcigający się przechodnie. Biegnący podmuch na rozedrganych skroniach. Spadające na głowę odgłosy i odbijające się pogłosy przynoszące niepokoju spokój. Emocji dreszcz, wzruszenie i niemy śmiech dający satysfakcję. Zostań ze mną, zostań we mnie a czas niech stoi w miejscu. Pragnienie pozostania w nim i nie schodzenia z tej drogi obranej w tylko znanej mi przestrzeni…

Mój sceptycyzm po koncertach przerodził się po wysłuchaniu płyty w błogosławieństwo. Brzmi ona dużo lepiej niż występy zespołu na żywo tym bardziej zachęcam do przesłuchania Before It Is Too Late. Na naszym wtórnym rodzimym rynku muzycznym na palcach jednej ręki wyliczymy tak świetne debiuty jak ten…

Ps. Zdjęcie z okładki przedstawiające trzy postaci, których prawie nie widać przypomina mi obraz Caspara Davida Friedricha pod tytułem „Mnich na brzegu morza” mówiący o tym, że człowiek jest niczym przecinek wśród otaczającej go natury i rzeczywistości… tutaj jest podobnie. Poza tym przy skromności jaką prezentują muzycy zespołu, którą widać było na przykład podczas ostatnio odbytego się występu w Trójce, zdjęcie to do nich i płyty świetnie pasuje. Przestrzeń, którą możemy porównać do muzyki jest ważniejsza od nich samych…

7,5/10

1. Towards The Last Sunset [3:12]
2. World 2 [4:44]
3. Horses From Shelville [3:23]
4. Iris [5:32]
5. Soil [3:43]
6. Mathematix [4:48]
7. Walking In The Dark [3:22]
8. The Lost Boys [4:16]
9. Hypoxia [5:24]
10. Before It Is Too Late [5:48]


Hatifnats - Horses From Shellville

———-
Lucjan Lucimiński

Editors - In This Light And On This Evening (2009)

Tym, którzy śledzą losy i wiedzą co w trawie piszczy na pewno obiło się o uszy, że nowe nagrania zespołu Editors będą wyglądały nieco inaczej. Rzecz ma się podobnie do tego co zrobili na swoim ostatnim albumie pod tytułem Intimacy chłopaki z Bloc Party. Mimo podobieństwa dodania elektronicznych brzmień na swoich trzecich płytach przez obydwa wymienione wyżej zespoły podejście do tej kwestii jest jednak inne. W przypadku Bloc Party dodanie elektroniki można porównać do słów Liwiusza, który stwierdził, że “obfitość budzi przesyt”. Natomiast w przypadku Editorsów wygląda to dużo lepiej. Elektronika, w dużej mierze nastawiona na klawisze, na albumie In This Light And On This Evening potraktowana została jako dodatek a nie motyw przewodni. “Naszym celem było zrobienie czegoś, czego nie robiliśmy nigdy wcześniej” – takie właśnie podejście mieli muzycy podczas nagrywania nowego materiału.
Mnie ogólnie cieszą wszelkie zmiany lecz czy przyniosły one pozytywne skutki akurat w tym przypadku też? Pewnie znajdzie się tyle samo zwolenników co przeciwników. Osobiście jestem za sprawnym eksperymentowaniem niż nagrywaniem ciągle takich samych płyt. Nie ma przecież nic odkrywczego w tym, że dwa pierwsze albumy The Back Room oraz An End Has A Start są do siebie bardzo podobne. Jest też pewien fakt, który irytuje mnie w tych płytach. Mam problem z wysłuchaniem ich do końca chociaż poszczególne piosenki podobają mi się nawet bardzo. Od zawsze wolałem krótsze formy i może należałoby powyrzucać po jednym numerze z tych płyt, a wtedy słuchałoby się ich dużo przyjemniej? Wolę mieć niedosyt niż być rozdrażnionym po odsłuchu bądź co gorsze wyłączyć płytę, zanim dobiegnie do końca.
W przypadku nowej muzyki dostrzegam pewną przewrotność. Wydaje mi się, że całości słucha się lepiej, pomimo słabszych jednostek. Należałoby stwierdzić, że zasługą w tej kwestii jest właśnie ta nienarzucająca się elektronika. Jest inaczej, to pewne, chociaż rewolucji większej w stylistyce muzyki zespołu Editors nie odnajdziemy. Jeżeli chodzi o poszczególne piosenki, tak jak już wspominałem, jest nawet słabiej, mniej tutaj “przebojów”. Jednak wiem, że wolę taki album niż trzeci, prawie identyczny.
Możemy sobie czekać na kolejny OK Computer i to dobra cecha, ponieważ “temu, kto nie wie do jakiego portu zmierza, nie sprzyja żaden wiatr”. Mam jednak wrażenie, że już nigdy się tej chwili nie doczekamy. Żyjemy w trochę innym świecie, jesteśmy innymi słuchaczami i podejście do muzyki też się zmieniło. Nie zmieniło się natomiast to, że ciągle się oszukujemy i pomimo wszystko czekamy dalej…

5/10
dopisek z dnia 26, 11, ‘09 - tuż przed koncertem zespołu stwierdziłem, że się znacznie pomyliłem co do oceny tego albumu i zmieniam notę: 8/10
i jeszcze tylko dodam, że moimi ulubionymi piosenkami z tej płyty zostały The Boxer, Bricks And Mortar, tytułowy In This Light And On This Evening (…) wszystkie nagrania trzymają dobry poziom… to na pewno moja ulubiona płyta tego zespołu.

1. In This Light And On This Evening [4:20]
2. Bricks And Mortar [6:20]
3. Papillon [5:24]
4. You Don’t Know Love [4:38]
5. The Big Exit [4:44]
6. The Boxer [4:40]
7. Like Treasure [4:51]
8. Eat Raw Meat = Blood Drool [4:53]
9. Walk The Fleet Road [3:47]


Editors - Papillon

głupkowaty teledysk promujący album

———-
Lucjan Lucimiński

Morte Macabre - Symphonic Holocaust (1998)

Upiorny
Krzycząco niemy
Uzbrojony w pokłady energii
Wybujały
Okryty w strach
Opowiadający
Trzymający w napięciu…

Rewelacyjne wersje znanych utworów muzyki filmowej (horrory) + niezwykły czar

Z wielką przyjemnością obejrzałbym niemy film z muzyką znajdującą się pod postacią ostatniego znacznie rozbudowanego napisanego specjalnie na tę płytę imiennego utworu Symphonic Holocaust. To byłby dopiero obraz!

Morte Macabre to projekt, w którym grają muzycy zespołów Anekdoten i Landberk. Wyśmienita wycieczka wśród unoszącej się grozy. Już dziesięć lat tej mrożącej krew w żyłach historii a ja ciągle w niej. Nigdy nie znudzi mi się ten album!

Ps. Podobno ma powstać kolejna część tej historii.

10/10

1. Apoteosi Del Mistero [4:16]
2. Threats Of Stark Reality [2:59]
3. Sequenza Ritmica E Tema [7:02]
4. Lullaby [8:02]
5. Quiet Drops [6:43]
6. Opening Theme [2:50]
7. The Photosession [7:10]
8. Symphonic Holocaust [17:51]


Morte Macabre - Lullaby

———-
Lucjan Lucimiński

OREN LAVIE

Oren Lavie urodził się i spędził swoją młodości w Izraelu. W 1997 jego sztuce zatytułowanej “Sticks and Wheels” przyznano nagrodę główną w konkursie “Acco Festival of Alternative Israeli Theatre”. Sztukę tę wystawiano później w teatrach Tel Awiwu przez 1998 rok. W tymże roku rozpoczął on studia na prestiżowej London Academy of Music and Dramatic Art (LAMDA). Po ukończeniu studiów, jego dwie sztuki były wystawiane na deskach teatrów w Londynie.
W 2001 roku przeniósł się do Nowego Jorku gdzie skoncentrował się na pisaniu piosenek.  Ze zgromadzonym materiałem udał się w 2003 do Berlina, gdzie rozpoczął nagrania, pracując jako swój własny producent. Jego pierwszy album zatytułowany “The Opposite Side of the Sea” został ukończony w 2006 i wydany w Europie na początku 2007 roku. W jego kompozycjach zawsze pojawia się dźwięk pianina lub gitary i jego własny wokal, wzbogacony często o partie smyczkowe (wiolonczelę solo, kwartet, orkiestrę kameralną) i inne, głównie nie-elektroniczne instrumenty, co nadaje jego piosenkom niepowtarzalny klimat i klasyczne brzmienie połączone z nowoczesnymi kompozycjami.

Dyskografia:
2007 - “The Opposite Side of the Sea”
2008 - “Opowieści z Narnii: Książę Kaspian (soundtrack)”, Piosenka “A Dance ‘Round the Memory Tree”

Strona artysty na myspace

Przedstawiony teledysk uważam za jeden z najlepszych obejrzanych w moim życiu :)

The Postal Service - Such great heights (teledysk na dziś)

SCARLET YOUTH

Scarlet Youth to zespół wywodzący się z Finlandii, gdzie powstał ze współpracy członków grup takich jak: Iconcrash, ShamRain, Kemopetrol & Sidewaytown. Pierwsze kroki zespół postawił wiosną 2004 roku; był to powrót pasji do tworzenia shoegazu na bazie twórczości legend gatunku: Slowdive, My Bloody Valentine, Chapterhouse etc. Zaowocowało to powstaniem pierwszych kompozycji. Na początku procesu twórczego - jeszcze nie nazwanego bandu - zaczątki utworów istniały jedynie na twardym dysku komputera Kalle’a Pyyhtinen’a, który nie planował wydania ich, czy znalezienia towarzyszy do wspólnego tworzenia. Jesienią 2007 roku pojawiła się nowa iskra i Kalle stworzył nowe utwory, a część starych została zmodyfikowana. W tym okresie do Kalle’a dołaczył Markus Baltes - wokalista, dzięki któremu ten shoegazowy projekt zaczął nabierać rumieńców. Na początku 2008 roku Kalle i Marcus pracowali nad nagraniami demo a latem do zespołu doszedł perkusista Jaani Peuhu oraz basista Riku H. Mattila. Przygotowania do wydania EP’ki “Breaking the Patterns“, rozpoczęły się pod koniec sierpnia i trwały do listopada, kiedy to materiał został zremasterowany. W tym okresie kapela powiększyła się o gitarzystę Marko Soukka. Scarlet Youth zyskało zainteresowanie fanów na całym świecie wywołując bardzo pozytywne reakcje. Część materiału została wydana przez Homesick Music, 4 marca 2009 roku. Zespół pracuje nad swoim debiutanckim albumem.

Scarlet Youth na myspace

Skład: Markus Baltes - wokal
Kalle Pyyhtinen -gitara&klawisze
Marko Soukka - gitary
Riku H. Mattila - bas
Jaani Peuhu - perkusja&bębny

Nieoficjalny klip Scarlet Youth:

Bloc Party - Intimacy (2008)

Dwie całujące się dziewczyny na okładce i zabawa w nowe Bloc Party. Nowe nie tylko ponieważ z ostatniej płyty ale również dlatego, że zmieniło się w pewnym sensie oblicze muzyki tego zespołu. Wkradło się w nią dużo elektroniki, magiel pomysłów wielki lecz trochę przekombinowany. Nie uważam za to, że to upadek ponieważ pomimo w niektórych momentach irytująco ckliwego głosu wokalisty słucha się tego nieźle. Poza tym po co nam kolejna „taka sama” czyt. gitarowa płyta. Już na A Weekend In The City widać było, że jakoś nudniej się zrobiło. Na Intimacy akurat nudno nie jest aczkolwiek pewien przerost formy nad treścią się pojawił. Chłopaki z Bloc Party, którzy nagrali świetny debiut jak na razie nie są w stanie jeszcze zwalić z nóg. Może przy kolejnej pozycji uda się elektronikę potraktować na równi z gitarami a nie skupiać się zwłaszcza na przepuszczaniu całości przez komputer – bo tak to brzmi. Może wtedy będzie lepiej. Jak na razie jest fajnie, w niektórych momentach ciekawie ale teraz już czekamy na dzieło przez duże d a nie na inne zaczynające się na tą literę słowo mogące również opisywać muzykę.

Ps. Długo zastanawiałem się czy zamieszczać tutaj ten tekst ale już się stało…

5/10

ukazało się kilka wersji tej płyty, przedstawiam spis piosenek z tej najbardziej popularnej

1. Ares [3:30]
2. Mercury [3:53]
3. Halo [3:36]
4. Biko [5:01]
5. Trojan Horse [3:32]
6. Signs [4:40]
7. One Month Off [3:39]
8. Zephyrus [4:35]
9. Talons [4:43]
10. Better Than Heaven [4:22]
11. Ion Square [6:36]


Bloc Party - Mercury (Live at Later)

———-
Lucjan Lucimiński

The Gathering - The West Pole (2009)

Mały rozrachunek przy nagraniu ostatniej płyty The West Pole oraz zmianie wokalistki należy się Holendrom z The Gathering. Pierwszy raz usłyszałem muzykę tego zespołu ponad 10 lat temu za sprawą albumu Mandylion a utwór Strange Machines na długo wkradł się we mnie. Płyta ta nagrana w 1995 była dla mnie wielkim odkryciem i nieco cięższą przygodą niż dotychczas a tytułowy utwór jak wisienka na torcie dodawała jej niezwykłości. Później The Gathering ustąpił innym pola na mej drodze muzycznej edukacji. Powrócił za sprawą maxi płyty pod tytułem Black Light District, na której tytułowy (ponownie), bardzo rozbudowany utwór wgniótł mnie i zmienił trochę tok myślenia i obraz samego zespołu. Jest to spokojniejsza muzyka, zmierzająca już w tym momencie nieco w stronę trip-rockowej myśli lecz zachowująca ciągle klimat starszych dokonań. Wydawało mi się wtedy, że zespół znalazł to do czego dążył, że uspokojenie przyszło wraz z czasem i doświadczeniem. Okazało się, że mój tok myślenia był całkiem trafny patrząc na to co przedstawili już rok później przy okazji wydania przepięknego albumu Souvenirs. Pamiątki były jeszcze bardziej trip ale tym razem już hopowe a ja wsiąkłem doszczętnie, wręcz przepadłem słuchając tej płyty na zmianę z koncertem zespołu Portishead nagranym w Nowym Yorku. Porównać można muzykę wymienionych zespołów również w kwestii emocji mimo tego, że to mimo wszystko jednak inna muzyka przecież jest. Wtedy nastąpiło dla mnie apogeum jeżeli chodzi o The Gathering. Słuchałem wszystkiego, pożerałem lecz już przed Mandylion czyli do płyt Almost A Dance oraz Always nie pamiętam bym kiedykolwiek dotarł. Poza tym to nagrania bez wokalistki Anneke van Giersbergen, która była jak się okazało wraz z dołączeniem do zespołu strzałem w dziesiątkę i jakby nie było motywem przewodnim i rozpoznawalnym w muzyce The Gathering. Jak się okazało już How To Measure A Planet wkroczyło w łagodniejsze klimaty, nieco rozmarzone i wymagające większego skupienia. Na tej płycie ostrość współgra ze spokojem tak, że ogół wypada świetnie a rozmazany i piękny The Big Sleep umieszczony przed rytmicznym Marooned rewelacyjnie wpisuje się w ten schemat. Trzeba jeszcze dodać, że znajduje się tutaj wspaniały Travel ale i zajmujący prawie pół godzinny tytułowy! How To Measure A Planet, w którym cała piątka pokazuje już to o czym myślałem przy Black Light District. Następnie zespół wydał na krążku pół akustyczny koncert Sleepy Buildings, na którym nie znalazł się żaden utwór z Souvenirs. Nieco zmienione wersje zabrzmiały cudownie i nie mogłem się oderwać od nich. Później został wydany na dvd zapis koncertu promującego Pamiątki. Zespół przedstawił podczas tego występu właśnie swoje spokojniejsze oblicze dodając do tego fantastyczne wizualizacje. Na kolejnej studyjnej płycie Home wcześniej wyznaczony kierunek został kontynuowany dalej, co bardzo mi odpowiadało. To chyba najspokojniejsza „rzecz” The Gathering. Na początku Home wydawało mi się za długie, trochę zbyt rozwlekłe. Można by było kilka utworów wyrzucić trzynaście to za dużo. Tylko które? Problem jest lada wyzwaniem. Ja skróciłbym album o A Noise Severe, The Quiet One oraz rozwlekłe i męczące Home. Może kiedy całość byłaby krótsza miałaby silniejszy przekaz i wymiar? Najjaśniejszymi punktami wydają się być Walking Hour, Your Troubles Are Over i następny w kolejności cudownie przestrzenny Box i to one nadają wyrazu tej płycie.
Kolejnymi dochodzącymi do nas informacjami było odejście Anneke z zespołu i zajęcie się przez nią swoim solowym projektem Aqua the Annique. Jej płyta Air wydana pod tym pseudonimem ujrzała światło dzienne już w 2007 roku. Natomiast po trzech latach od ukazania się Home pojawiła się wyczekiwana z obawą po odejściu Anneke kolejna płyta The Gathering nagrana z nową wokalistką. Na The West Pole zaśpiewała Silje Wergeland występująca wcześniej w zespole Octavia Sperati. Obawy były słuszne lecz nie koniecznie co do nowego głosu a co do tego w jaką stronę będzie zmierzała nowa muzyka z nową wokalistką. Słuchając, wiadomo, że dźwięki te grają muzycy zespołu, który dobrze już znałem. Jednak trochę zmieniła się stylistyka. Niektóre kompozycje są najradośniejszymi w całej karierze grupy. Słychać dużo więcej przesterowanych gitar niż dotychczas oraz dream-popowe zagrywki czym mnie jednak zaskoczyli. Silje śpiewa w podobny sposób do Anneke jednak przy całości trochę irytuje i mam wrażenie, że ciekawiej wypadła zaproszona do swojej interpretacji utworu Capital Of Nowhere Anne van den Hoogen. Mimo tego, że brakuje mi Gatheringowego trip-hopu stylistyka płyty nie przeszkadza. Uważam natomiast, że całość jest lekko drażniąca i ciężko przez nią przebrnąć a niektóre momenty są wręcz nudne. Takie piosenki jak When Trust Becomes Sound, No Bird Call, najlepszy kąsek na płycie No One Smoke czy zamykający ją A Constant Run są tu rodzynkami ale nie są w stanie udźwignąć całości. Jest lekki zawód albowiem przy wcześniejszych dokonaniach grupy The West Pole wypada słabiej. Poprzewracało się tutaj coś i nie chodzi mi tu o odwrócone zdjęcie na okładce, która bardzo mi się podoba. Spodziewałem się po The Gathering silniejszych przeżyć i boję się, że Souvenirs jest arcydziełem, którego zespół ten już nigdy nawet nie doścignie. W tym momencie jest daleki ku temu.

5/10

1. When Trust Becomes Sound [3:53]
2. Treasure [4:06]
3. All You Are [4:34]
4. The West Pole [6:35]
5. No Bird Call [5:38]
6. Capital Of Nowhere [6:35]
7. You Promised Me A Symphony [2:54]
8. Pale Traces [7:46]
9. No One Spoke [4:32]
10. A Constant Run [7:44]


The Gathering - All You Are

———-
Lucjan Lucimiński

CO NOWEGO U BLACK REBEL MOTORCYCLE CLUB?

brmc

10 listopada ukaże się długo oczekiwane przez fanów dvd koncertowe Black Rebel Motorcycle Club. Znajdzie się na nim ponad dwugodzinny materiał z koncertów w Berlinie, Dublinie i Glasgow, które odbyły się w 2007 roku podczas trasy promującej album “Baby 81″. Na dodatkowej, bonusowej płycie dvd będzie można zobaczyć również jak przebiegały prace nad albumem “Howl” oraz jak powstał teledysk do utworu “Weapon of Choice”. W zestawie znajdzie się również płyta audio zawierająca 14 kawałków w wersjach live. Do tego dołączona zostanie 48-stronicowa (!) książeczka z niepublikowanymi wcześniej zdjęciami zespołu. Pełna tracklista oraz okładka wydawnictwa ma się pojawić w ciągu najbliższych tygodni.
Tymczasem zespół kończy właśnie prace nas piątym studyjnym albumem. Jest to pierwsza płyta, przy której Robert Levon Been i Peter Hayes współpracują z perkusistką Leah Shapiro. Do tej pory Leah wspierała ich tylko na koncertach po tym jak odszedł od zespołu poprzedni perkusista, Nick Jago. Premiera piątego albumu przewidziana jest na razie na wiosnę przyszłego roku.

Przypomnijmy jeszcze, że Black Rebel Motorcycle Club wystąpili w tym roku w Polsce. Oto fragment koncertu w Gdańsku (11.07.09):