Kompendium wiedzy na temat nowej muzyki: shoegaze, post-rock, indie, ambient, trip-hop i inne…

Flyingdeadman - w.e.n. (2010)

fdm
Są z Francji i to słychać. Musiałam tej płyty wysłuchać kilkanaście razy, żeby móc wykrzesać z siebie jakąś opinię. To jakiś szaleńczy mix, który nie pozwala na łatwy odbiór. Zaczyna się od spokojnego, nieco psychodelicznego zawodzenia. Taki “atmosferyczny” rock. Nagle w połowie drugiego numeru Sunday 12 wyskakują mocne gitarowe riffy. Mimo tego, że materiał jest bardzo “poszarpany” to linie wokalu wpadają w ucho a to sprawia, że przy każdym kolejnym odsłuchaniu nabieramy sympatii. Dla mnie problemem są zbyt drastyczne zmiany klimatu. Najpierw nastrojowy ambient, a potem nagle bum i robi się bardzo ciężko i mrocznie. Kawałki wydają się nie mieć końca, bo o ile w przypadku ambientu długość nie ma większego znaczenia… jakkolwiek to brzmi ;) to przy takiej mieszance w pewnym momencie myśli się: wtf?! Dochodzimy do utworu tytułowego - w.e.n. i do tego wszystkiego co było dotychczas, pojawia się elektroniczny bit. Z początku pachnie trochę jak Tricky, ale zaraz potem wracamy do mocnego rocka. Na tym koniec regularnej płyty, bo po 6. utworach pojawiają się remiksy. Najbardziej przypadł mi do gustu Drifting alone, bo jest mocno elektroniczne i zupełnie wybija się na tle pozostałych kawałków. Gdyby postawili na takie rozwiązanie, płyta bardziej by mi się podobała… Na sam koniec growl i metal. Hu hu! czy pojawi się country? Aaaa już nie, bo to koniec płyty.
Podsumowując: + za chwytliwe wokalizy, za ciekawe remiksy. - za brak fajerwerków, za momentami nie dający rady wokal i drastyczne zmiany klimatu. Warto posłuchać, ale do zakochania daleko.
Myspace

6/10

1. Why [7:10]
2. Sunday 12 [4:56]
3. Black sun [7:23]
4. Once again [6:56]
5. Drifting alone [6:05]
6. w.e.n. [8:40]
Remiksy:
7. Sunday 12 (the noein) [5:28]
8. Black sun (3tin) [4:28]
9. Drifting alone (ohbymon) [5:22]

Debiutancka płyta Le Coup du Parapluie do odsłuchania w sieci

fiol
Francuskie trio z Le Coup du Parapluie,wydało właśnie swój debiutancki krążek zatytułowany Philosophie, bien-être & crimes passionnels. Jest on dostępny na stronie zespołu a także pod tym adresem do legalnego odsłuchania w całości…
Zachęcamy do odwiedzenia także myspace’a

V13 - Overlook Hotel (2010)

Płyta przyleciała do mnie z Francji i już sama okładka mnie zaintrygowała. Mężczyzna w gęstej mgle, strzelający ze strzelby w kępę drzew na horyzoncie. Całość bardzo mroczna i nostalgiczna. Panowie z V13 są Francuzami w związku z czym płyta jest francuskojęzyczna. W ich muzyce panuje niezwykle dynamiczny chaos, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mocne gitary, perkusja i dobry, wyrazisty wokal brzmią bardzo harmonijnie pomimo wspomnianego wcześniej bałaganu. Mnóstwo energii, brudnej i agresywnej, takiej która daje Ci kopa i zmusza do podniesienia wysoko czoła. Trochę obawiałam się rock’a po francusku, ale okazuje się, że ten język pięknie dopełnia rzężenie gitar, a wyjątkowo mruczące RRR wokalisty wywołuje ciarki. Płyta jest świetnie zrealizowana dźwiękowo, każdy detal, każdy dźwięk, szept jest wyrazisty. Krążek zaczyna się bardzo dynamicznie, skojarzyło mi się to z szalejącą burzą wspomaganą silnym wiatrem, który smaga wszystko co napotka na swojej drodze. Wyszeptany Mais ils ne renforcent pas le camp ennemi qui comptait déjà des millions d’imbéciles et où l’on est objectivement condamné à être imbécile ma jeden z najdłuższych tytułów jakie spotkałam, ale bardzo ładnie ewoluuje od melancholijnego do rozgniewanego - w końcu opowiada o byciu durniem ;) Bardziej jednak podobają mi się utwory gdy wokalista wykrzykuje tekst jak ma to miejsce w Chute Libre. Całości nie określiłabym mianem klastycznego post-rock’a, a raczej skłaniałabym się ku określeniu hard post-rock. Chłopcy z Cannes nagrali dobrą płytę, bardzo dopracowaną dźwiękowo. Polecam ją miłośnikom cięższego brzmienia i tym którzy czerpią moc z nieco depresyjnego szału… W końcu tytuł płyty nawiązuje do nazwy hotelu, który jest miejscem akcji Lśnienia, Stephen’a King’a…

1. Renegat [3:30]
2. Tu as choisis d’entrer [5:37]
3. Black sheep [1:09]
4. Alexandra [3:09]
5. Gouache5:15]
6. Mais ils ne renforcent pas le camp ennemi qui comptait déjà des millions d’imbéciles et où l’on est objectivement condamné à être imbécile [6:08]
7. Pygmalion [3:34]
8. Chute libre [5:50]
9. Overlook hotel [7:11]
10. Moloko vellocet [4:29]

Alcest - Écailles de Lune (2010)

Piękne.
Bardzo ciekawe połączenie ciszy i hałasu.

To już nie tylko sen - to mocno zaangażowane emocje, zmiany tempa, intensywności - kontrasty.
Znalazło się tu miejsce na spokój i nastrojowość aranżacji, szaleństwo i niepewność wokalu, energię i potęgę gitar.
Muzyka czarująca, uzależniająca, przyjemna. Można się w niej zanurzyć i do niej uśmiechnąć.
Prawie wszystkie kompozycje są bardzo długie, co pozwoliło na zrobienie z każdej dziełka sztuki.
Mimo że mamy tu do czynienia z tzw. “ciężką muzyką”, przy Écailles de Lune naprawdę można zrelaksować się, odpłynąć. Idealna do marzeń.
Poza skalą ocen.

Alcest mógłby uczyć Morfeusza snów.

1. Écailles de Lune - Part 1 [9:52]
2. Écailles de Lune - Part 2 [9:48]
3. Percées de Lumière [6:37]
4. Abysses [1:40]
5. Solar Song [5:24]
6. Sur L’Océan Couleur de Fer [8:18]


Alcest - Abysses

Alcest - Souvenirs D’un Autre Monde (2007)

Czy połączenie shoegaze’u i black metalu może wywołać uśmiech?
Może.

Czy takie brzmienie może być błogie i przyjemne?
Tak.

To ciekawe, jak łatwo można dać się omamić stereotypom. Na przykład mówiącym, że metal to ciężka i okrutna muzyka dla bezmózgów na usługach szatana. A potem, napotkawszy muzykę z kraju kochanków i najnowszych trendów połączoną z tym, co Skandynawia ma najlepszego do zaoferowania, nie chce się wierzyć własnym uszom.
Bo to tak, jakby utkać zbroję z koronek.

Gdybym miała określić tę muzykę metaforycznie, użyłabym słów: strumień dreszczy.
To sny, które zagłuszają rzeczywistość, albo obejmują ją, wyciskają z niej soki zła, a te przemieniają w nektar łączący z innym światem. To muzyka podróży, nie “do”, a “poprzez” - poprzez wszystko, co kryje wyobraźnia. To morze nieznanych impresji, przestrzeń nieodkrytych gwiazd i niebo pełne tęczy. Baśń opowiedziana synestezją.

1. Printemps Émeraude [7:19]
2. Souvenirs d’un autre monde [6:08]
3. Les Iris [7:41]
4. Ciel Errant [7:12]
5. Sur l’autre rive je t’attendrai [6:50]
6. Tir Nan Og [6:10]


Alcest - Souvenirs D’un Autre Monde

My Own Private Alaska - Die For Me

All Angels Gone - Quietly (2005)

Nie umiem mówić
Nie potrafię nic wycisnąć z klawiszy
Nie spotykają się słowa

Są fale,
inni w lustrze
… i pusty samochód na drodze

I jest zadumy czas
w myślach bez języka…

10/10

1. Unrelated [6:58]
2. Wave [5:52]
3. Empty Cars On The Road [5:11]
4. Others As A Mirror [14:14]
5. (Stephen H.) [5:04]

oficjalna strona zespołu
zobacz - Others As A Mirror
myspace
———-
Lucjan Lucimiński

Amesoeurs - Amesoeurs (10.03.2009)

Połączenie black metalu i shoegazingu tylko na wstępie może wydawać się pomysłem karkołomnym. Alcest w pewnym sensie przetarł już szlak, jednak dopiero ten album może przekonać wszystkich niedowiarków. Szaleńcze tempa napędzane podwójną stopą, wrzucone w oniryczny świat liryki Dead Can Dance, to połączenie, wobec którego nie da się przejść obojętnie.
Z jednej strony jest to muzyka absolutnie świeża i ciekawa, z drugiej zaś, w każdej jej nucie spotyka się starych znajomych. Widoczna jest fascynacja nową falą, post-punkiem, dream popem. Jedna osoba usłyszy weń Joy Division, ktoś inny – Burzum z czasów „Hvis Lyset Tar Oss”. Wszystkie te inspiracje nie są jednak natrętne, raczej właśnie potęgują wrażenie znajomości albumu już po pierwszym przesłuchaniu. Być może właśnie to sprawia, iż każda dźwięk wydaje się być dokładnie na swoim miejscu, a każda zmiana tempa, czy początek interludy, brzmią całkowicie naturalnie.
Trudno skupić się na jednym elemencie i poświęcić mu więcej uwagi, kiedy tak naprawdę wszyscy członkowie zespołu i większość użytych przez nich rozwiązań, godna jest pochwały. Niewątpliwym plusem dodającym muzyce Amesoeurs smaczku, są francuskojęzyczne teksty. Oczywiście, w angielskojęzycznie nastawionym świecie, utrudnia to odbiór warstwy tekstowej, ale za to buduje baśniowy wręcz klimat. Specyficzny rodzaj melodeklamacji stosowany przez Audrey Sylvain przywodzi na myśl intrygujące zaśpiewy Lisy Gerard, czy Suzanne Perry z Love Spirals Downwards. Blackowy ryk po francusku w wydaniu Neige’a także brzmi niczego sobie. Styl gitary prowadzącej zmienia się z utworu na utwór, momentami wygrywa ciągnącą się, niejako autonomiczną względem reszty instrumentów, melancholijną melodię, kojarzącą się z ostatnimi dokonaniami Agallocha („Recueillement”), czasem wkracza w rejony klasyki shoegazingu („Faux Semblants”), by nagle uderzyć słuchacza jakby obuchem w ciemię, za pomocą utworu „I XIII V XIX XV V XXI XVIII XIX – IX XIX – IV V I IV”, który z powodzeniem mógłby znaleźć się na składance Misantrophy Records. Jest to zresztą jeden z nielicznych zarzutów, jakie mam wobec wydawnictwa Amesoeurs. Albumowi, pomimo huśtawek klimatu, nie sposób odmówić spójności, jest to jednak – można by rzec – spójność na granicy. Być może postawienie pomysłowej, ale jednak czysto blackowej sieczki, jaką jest wspomniany powyżej utwór, przy pięknym i minimalistycznym „Trouble (Éveils Infâmes)”, miało swój artystyczny cel, jednak dla kogoś oceniającego album „na sucho” zabieg ten może nosić znamiona przypadkowości. Po stronie minusów należy też zapisać słabszą – poza ostatnim utworem - końcówkę albumu. Jej poziom ciągle należy oceniać wysoko, jednak w porównaniu z pierwszą połową płyty, jest to już tylko muzyka bardzo dobra, nie zaś zanakomita.
Nie jestem zwolennikiem wystawiania albumom ocen, nie partycypuję też w toczących się na tym tle kłótniach. Uważam, że podstawowym zadaniem recenzenta jest nie wystawienie cenzurki opisywanej muzyce, a zwrócenie na nią uwagi wtedy, kiedy naprawdę na to zasługuje. Tak jest z całą pewnością tym wypadku. Debiut, a jednocześnie ostatni krążek Amesoeurs, to bez wątpienia jedno z największych odkryć i najważniejszych tegorocznych wydarzeń dla ogólnie pojętej sceny shoegazingowej. To muzyka pełna pasji, szczera i intrygująca, zarówno w sferze muzycznej, jak i tekstowej. Tak więc słowniki francusko-polskie w dłoń i do sklepu! Gorąco polecam.

AMESOEURS

Amesoeurs to francuski zespół wykonujący muzykę będącą połączeniem shoegazingu i black metalu. Powstał latem 2004 roku w Awinion, jego założycielami byli Neige (gitara/wokal), znany głównie ze swojego solowego projektu Alcest, Audrey Sylvain (gitara basowa/wokal) i Fursy Teyssie (gitara). Szybko powstały pierwsze utwory, zespól wystąpił też, po raz pierwszy i jedyny zarazem, na żywo. Wkrótce Fursy Teyssie postanowił opuścić zespół i skupić na swojej edukacji.
W kwietniu 2005 roku zespół nagrał swój pierwszy, składający się z trzech utworów, minialbum. „Ruines Humaines” zawdzięcza swój ponury klimat Neige’owi, który odchodząc z black metalowej Mortifery, użył dwóch skomponowanych dla niej piosenek. Krążek wydała niemiecka Northern Silence Productions w 2006 roku.
Rok później Fursy powrócił do zespołu, dołączył też Winterhalter (perkusja), współpracujący wcześniej z Peste Noire. W tym składzie, zimą 2008 roku, zespół rozpoczął prace w Klangschmiede Studio E, pod czujnym okiem Markusa Stocka z Empyrium. Owocem był pierwszy long play.
Zatytułowany po prostu „Amesoeurs”, wydany został w marcu 2009 roku przez włoską wytwórnię Code 666 Records. Sam zespół określił go jako „kalejdoskopowy soundtrack czasów współczesnych”.
Krótko po wydaniu debiutu, Amesoeurs zakończyli swoją działalność. Spowodowane było to zarówno konfliktami osobistymi, jak i wątpliwościami na tle przyszłości zespołu.

ALCEST

Alcest to projekt Neige (działającego także w formacjach Peste Noire, Mortifera, Phest, Amesoeurs, Forgotten Woods, Valfunde). Zespół powstał we Francji (Avignon, Vaucluse) w 2000 roku. Na początku swojej działalności projekt grał typowy black metal. Jednak z czasem (dokładniej po wydaniu swojego pierwszego demo Tristesse Hivernale) muzyka tworzona przez Neige, stała się bardziej melancholijna. Coraz częściej znajdujemy tutaj elementy ambientu czy nawet shoegaze’u. Zespół w początkach swojej działalności pisał o zimie, jednak po demie Tristesse Hivernale przekaz tekstów zmienił się na nastroje melancholii oraz nostalgii. Sama muzyka wytwarza przyjemną wczesnowiosenną aurę, pełną piękna, radości i światła, ale również wypełnioną właśnie nostalgią i tęsknotą. Zespół ten bywa opisywany jako grający black atmospheric metal, jednak dla dla znawców ciężkich brzmień nie jest to zbyt trafne określenie.

Skład zespołu:
Neige - bas, wokal, perkusja, gitara
Gościnnie:
Audrey Sylvain (Amesoeurs) - wokal na Souvenirs d’un Autre Monde
Byli członkowie:
Aegnor - gitara (Famine, Peste Noire, Valfunde)
Argoth - bas (Peste Noire)

Dyskografia:
Souvenirs d’un Autre Monde (2007)
Écailles de Lune (2010)


Alcest - Ciel Errant