Nudge - As Good As Gone (2009)
15 października 2009 RECENZJE

Szukając przymiotnika mogącego określić As Good As Gone na myśl przyszło mi: atmosferyczny. Ta trwajaca ok 40. min płyta, jest leniwą kontemplacją świadomości. Elektroniczna i ezoteryczna. To nie jest muzyka, która wprawi Cie w dobry nastrój, ukoi nerwy po męczącym dniu. Sprzyja raczej nastrojom depresyjnym. Jest spokojna i momentami wręcz ambientowa. Damski wokal sączy się przez głośniki wywołując wrażenie spowolnienia czasu. Mam mieszane uczucia: z jednej strony płyta poprawna pod względem formy, konsekwentna ale irytujący jest nastrój jaki wywołuje w słuchaczu. Ilekroć próbuję się z nią zmierzyć, coś jest nie tak. Piękna okładka, ładne dźwięki, ale…
Najlepiej chyba spróbować samemu, ale trzeba przyznać, że nie porywa…
1. Harmo [4:49]
2. Two Hands [5:19]
3. Verdantique [0:46]
4. Aurolac [6:42]
5. Tito [7:41]
6. Burns Blue [5:35]
7. Dawn Comes Light [8:43]
Tagi: electronica, experimental, idm, indie electronic, post-rock, Stany Zjednoczone
Bloc Party - Intimacy (2008)
20 września 2009 RECENZJE

Dwie całujące się dziewczyny na okładce i zabawa w nowe Bloc Party. Nowe nie tylko ponieważ z ostatniej płyty ale również dlatego, że zmieniło się w pewnym sensie oblicze muzyki tego zespołu. Wkradło się w nią dużo elektroniki, magiel pomysłów wielki lecz trochę przekombinowany. Nie uważam za to, że to upadek ponieważ pomimo w niektórych momentach irytująco ckliwego głosu wokalisty słucha się tego nieźle. Poza tym po co nam kolejna „taka sama” czyt. gitarowa płyta. Już na A Weekend In The City widać było, że jakoś nudniej się zrobiło. Na Intimacy akurat nudno nie jest aczkolwiek pewien przerost formy nad treścią się pojawił. Chłopaki z Bloc Party, którzy nagrali świetny debiut jak na razie nie są w stanie jeszcze zwalić z nóg. Może przy kolejnej pozycji uda się elektronikę potraktować na równi z gitarami a nie skupiać się zwłaszcza na przepuszczaniu całości przez komputer – bo tak to brzmi. Może wtedy będzie lepiej. Jak na razie jest fajnie, w niektórych momentach ciekawie ale teraz już czekamy na dzieło przez duże d a nie na inne zaczynające się na tą literę słowo mogące również opisywać muzykę.
Ps. Długo zastanawiałem się czy zamieszczać tutaj ten tekst ale już się stało…
5/10
ukazało się kilka wersji tej płyty, przedstawiam spis piosenek z tej najbardziej popularnej
1. Ares [3:30]
2. Mercury [3:53]
3. Halo [3:36]
4. Biko [5:01]
5. Trojan Horse [3:32]
6. Signs [4:40]
7. One Month Off [3:39]
8. Zephyrus [4:35]
9. Talons [4:43]
10. Better Than Heaven [4:22]
11. Ion Square [6:36]
———-
Lucjan Lucimiński
Tagi: alternative, indie electronic, indie rock
Bibio - Ambivalence Avenue (2009)
13 września 2009 RECENZJE

Wielki mix. Na tej płycie style mieszają się w dość zaskakujący sposób. Po kilku przesłuchaniach łatwiej jest zdefiniować poszczególne utwóry. Momentami lekko hip-hopowe i bardzo przyjemne brzmienia. Idealne w chwili gdy potrzebujemy relaksu, gdy chcemy zamknąć oczy i odpłynąć. Bibio miesza style. Początek płyty to mój faworyt: Ambivalence Avenue i Jealous Of Ross- według mnie najlepszy kawałek; trochę funkowy, ale bardzo chwytliwy, napisany w myśl zasady: do przodu, wciąż do przodu – rozwija się kłębek wełny i wprawia ciało w przyjemne wibracje.
Dalej trafiamy zdecydowanie w styl elektro – hip – hopowy: Fire Ant, nasycone skreczami - na szczęście bez rapowania - zamiast niego pojawiają się miły dla ucha damski wokal z „domieszkami”. Nieco shoegazowy Haikuesque (When She Laughs) rozbudza z klimatu pierwszych utworów, jest bardzo pogodny i delikatny jak pędzące po niebie lekkie chmury… Sugarette to elektroniczna zabawa z dźwiękiem, mimo pozornego na pierwszy rzut haosu, to bardzo fajnie rozkręcający się kawałek, który ewoluuje po to, aby nagle się urwać…
Kolejny skok. Tym razem do gitary akustycznej i klasycznej konstrukcji utworu ze stabilnym, delikatnym, męskim wokalem. Bardzo pozytywny numer. Nostalgiczny i shoegazowy Abrasion przenosi w melancholijny nastrój – według mnie idealna piosenka na zakończenie dnia, kołysze do snu rytmem i chórkami. Nie brakuje także lekkiego ambientu – S’Vive. Cry! Baby! – leniwe, miękkie i chill out’owe, 3:57 bez słów. Płytę zamyka Dwrcan, bardzo ambientowy utwór, jakby oderwany od całej reszty. Mieszanina styli najprawdopodobniej ratuje cały krążek – gdyby Stephen Wilkinson znany jakoBibio zdecydował się na jeden nurt, płyta mogłaby nudzić…
Rozczarowuje tylko długość utworów: najdłuższy trwa 5:55. Szkoda, bo pozostaje niedosyt. Ta płyta nie wymaga skupienia, nie zmusza do większych refleksji, ale jest idealna w chwili gdy chcemy się wyciszyć, uspokoić i odpocząć. Najbardziej pasujący do niej przymiotnik? Przyjemna… Gorąco polecam!
Tagi: ambient, electro-acoustic, experimental, indie electronic, Wielka Brytania
jj - jj n° 2 (01.07.2009)
27 sierpnia 2009 RECENZJE

Ciężkie czasy. Przyszło mi recenzować płytę o lakonicznym tytule zespołu o lakonicznej nazwie. Nie mogę się przyczepić do żadnego faktu w biografii, bo jej nie znam, nie mogę szukać głębi w nazwie krążka. Wszelako są nowi, pozwólmy im się zaaklimatyzować i w miarę upływu czasu zdradzić co nieco.
Zacznę od podsumowania. Tak lekkiej i chilloutowej płyty jeszcze nie słuchałam. Ona jest jak lot na grzbiecie orła czy pegaza (zależnie od preferencji) – pewny, spokojny no i ten wiatr na twarzy, we włosach… Nic, tylko zamknąć oczy, rozłożyć ręce na boki i zaufać środkowi lokomocji w kwestii miejsca przeznaczenia*. Może to Vallda, a może Málaga?…
Motywem przewodnim jest radość, wolność, spokój. Szwedom udało się przywołać klimat Karaibów, niewykluczone, że z tęsknoty za słońcem, którego w rodzimym kraju jak na lekarstwo. Więc kwiaty za ucho, spódniczka z trawy na biodra i tańczymy! A przynajmniej letnie popołudnie (o tej porze roku o to nietrudno), napój chłodzący, ciemne okulary, żyć nie umierać. Podejrzewam jednak, że nawet zimową porą, gdy pędzący z nieba śnieg przesłania widok na okna sąsiada albo zgoła latem podczas bębniącej o szyby ulewy (tu zalecam wyciszane słuchawki) „jj n° 2” sprawdzi się znakomicie – ćwierkająca „Are you still in valida?” to strzał w dziesiątkę; pieści spragnioną swobody duszę i przywołuje ciepłe dni. Warto w tym momencie wspomnieć o tekstach, które swoją ascetycznością nie zaburzają lekkości płyty, nie ma w nich opowieści o nieszczęśliwej miłości, śmierci czy też innych problemach, nie ma spowiadania się z własnych załamujących przeżyć, jest tak, jak powinno być, by się oderwać.
Chciałoby się powiedzieć: nic nie jest bez wad, pora wytknąć coś krążkowi. Mogłabym w tym miejscu stwierdzić, że jest za krótki – trwa prawie 27 minut. Jednak powiedziano mi kiedyś, że aby odpocząć, trzeba leżeć właśnie przez 27 minut; zatem „jj n° 2” będzie świetnym partnerem do łóżka.
Zwróćmy uszy ku Szwecji w poszukiwaniu dobrej muzyki.
* Co do miejsca przeznaczenia – owe dwadzieścia siedem minut można mnożyć w nieskończoność… (;
On my way to the sky, bye bye.
Tagi: balearic beat, indie electronic, indie pop, muzyka elektroniczna, Szwecja, szwedzki pop, szwedzki rock
As Tall As Lions - You can’t take it with you (18.08.2009)
22 sierpnia 2009 RECENZJE
Przyznam szczerze – zainteresowałam się tą płytą, gdy przeczytałam, że brzmi podobnie do Coldplay. I to racja, zwłaszcza wokal – wypisz wymaluj Chris Martin. Podobnie w tym przypadku nie znaczy tak samo dobrze.
Krótko i rzeczowo. Tym razem nie będę się rozpisywać.
Gdybym chciała być wredna, określiłabym ten krążek jako nudny, jeśli entuzjastyczna – jako transowy. Natomiast jako obiektywna recenzentka (brak stronniczości to cecha, którą nabywam na potrzeby owego zajęcia) stwierdzam, że grają spokojnie, nawet w momentach mocniejszych uderzeń w bębny i intensywniejszych szarpnięć strun. Spokój i senność. Kołyszące rytmy. Z tego schematu delikatnie wyłamuje się „Is this tommorow?”, pobrzmiewający w klimacie indie electronic. Przyjemna odmiana w tym zagęszczeniu spokoju. „Sleepyhead” z respiratorem w tle już samym wokalem przywołuje klimaty szpitalne – Dan Nigro szepce kojąco jak osoba odwiedzająca pacjenta. Aż (tak!) dwie piosenki są dualistyczne - w obrębie każdej znajduje się jeszcze jeden krótszy utwór. Ciekawy zabieg, ale w nadmiarze staje się pretensjonalny. Zwracam uwagę na „Home is where you’re happy” (niestety, z deluxe edition (; )– to mój faworyt. Co prawda tekst banalny, ale gitara i prosta budowa piosenki tworzą całość bliską moim upodobaniom. Szkoda, że to taki krótki utwór.
Bez kawy się nie obeszło. Przypuszczam, że osoby energetyczne i cholerycy nie znajdą tu nic dla siebie; wszak świat nie składa się tylko z tych. Przy „You can’t take it with you” można odpocząć, a nawet spokojnie pospać.
Płyta jest dobra, ale tylko miłośnicy znajdą w niej coś wciągającego. Jest dużo synonimicznie grających zespołów, a nawet parę lepszych. Żeby tworzyć muzykę balansującą na granicy jawy i snu, trzeba umieć nadać jej oryginalność, wynieść ją ponad inne podobne, inaczej ginie się w tłumie. To nie jest muzyka popowa, która – zgodnie z definicją – sprzedaje się wszędzie i w każdym wydaniu. I za to należy się Lionsom szacunek.
Tagi: dream pop, indie electronic, indie rock, rock alternatywny, Stany Zjednoczone