Kompendium wiedzy na temat nowej muzyki: shoegaze, post-rock, indie, ambient, trip-hop i inne…

Foals - Spanish Sahara

Kent - Hjärta

FOXTAIL SOMERSAULT

Zespół powstały w San Francisco w 2004 roku. W jego skład wchodzą: Becky Uline (śpiew, gitara), Elizabeth Anderson (śpiew, gitara), Seiken Nakama (gitara), James Spadaro (gitara), Brian Anderson (bas), Mark Lotfin (perkusja). Nakama skompletował grupę w sposób dość ciekawy, bo przez ogłoszenia na stronie internetowej Craigslist. James gra na gitarze w Mornign Spy. Ich muzyczne inspiracje to między innymi: The Cure, Cocteau Twins, Slowdive, My Bloody Valentine, Swervedriver, Bad Brains, David Bovie.
Póki co zespół wydał jedną EPkę - Fanthom, rok 2007. Już w 2008 roku Seiken deklarował, że Foxtail Somersault pracuje nad nową płytą, która z założenia ma różnić się kompozycyjnie od Fanthom, natomiast we wrześniu ubiegłego roku na oficjalnej stronie pojawiła się informacja, że kolejne wydawnictwo zatytułowane Release jest prawie gotowe. Czekajmy więc.


Foxtail Somersault - Divingboard

oficjalna strona zespołu
strona Becky oraz jej MySpace. MySpace zespołu, a tu - Jamesa

Nowa EP’ka Animal Collective

Fani AC zawsze z niecierpliwością czekają na nowe nagrania, wtedy to bowiem przychodzi pora sądu: będą lepsi niż do tej pory (wszyscy pragną aby tak było, mimo że osiągnięcie doskonałości w przypadku tej kapeli nie jest czymś odległym) czy może rozczarują. Jak do tej pory każda nowa płyta była pozytywnym zaskoczeniem. Tak jest i tym razem. EP’ka nosi tytuł Fall Be Kind i została oceniona przez Pitchfork na na 8.9 w 10 stopniowej skali…

Z niecierpliwością czekamy więc na świeży krążek.

Yeah Yeah Yeahs - Zero

Everything Is Made In China, Powieki - zamieszanie (1.12.09 Hydrozagadka)

Wkład w ten koncert miałem nie tylko od strony uczestnika ale zostawię to na boku tak jak nie będę również wspominał o Hydrozagadce, o bossie tego klubu i akustyku pracującemu tam. Nie za bardzo chce mi się też pisać o Powiekach, które w ostatniej chwili zagrały support. Byłem na nich już nie raz, nie dwa i nie jestem odpowiednią osobą do ich komentowania. Wiadomo, że ich lubię. Podczas tego występu chłopaki zagrali jeden! nowy numer, którego wcześniej nie słyszałem więc coś się do przodu porusza i to dobra informacja. Co do nagłośnienia to było naprawdę źle. Zwłaszcza podczas koncertu grupy Everything Is Made In China. I mimo, że Rosjanie mieli swojego akustyka to nic się nie da zrobić z takim sprzętem jakim dysponuje to miejsce. Z wokalem było najgorzej. Chciałbym napisać, że to świetny był występ lecz przy całym moim życzliwym nastawieniu do EIMIC nie mogę. Najgorsze jest to, że nie z ich przyczyny taka wtopa nastąpiła tylko tak jak wspominałem problem był w nagłośnieniu i akustyce samego miejsca. Tym bardziej w dalszym ciągu nie mogę sobie wyobrazić jak fatalnie wypadłoby to w Jadłobaraku. Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do upadku całego Dobrego zagłębia. Wracając do EIMIC to oczywiste było, że skupią się na prezentacji i promocji nowej płyty Automatic Movements. I muszę stwierdzić, że lutowy koncert w HRC był bardziej porywający z kilku względów. Na pewno dużą rolę wtedy odgrywało osłuchanie się z materiałem z pierwszego albumu, który dominował. Teraz w większości nowe piosenki usłyszeć można było pierwszy raz a wydaje mi się, że to co się już zna, lepiej “wchodzi” na żywo. Natomiast kiedy słucha się pierwszy raz nowych nagrań przy tak słabym nagłośnieniu to nawet nie można się wyrazić w jakikolwiek sposób o tym nowym materiale. Nie było też aż tak źle, nie chcę demonizować. EIMIC gra fajną, w niektórych momentach naprawdę porywającą muzykę, jednak o płycie Automatic Movements opowiem jak dobrze się z nią osłucham co już mam możliwość czynić dzięki miłemu gestowi jaki sprezentowali mi sami muzycy! Najbardziej irytuje mnie frekwencja w tym 2,5 milionowym mieście, które znów okazało się wioską.


Everything Is Made In China - Sleep-Walking

———-
Lucjan Lucimiński

BOO AND BOO TOO

Zespół ze Stanów Zjednoczonych, w jego skład wchodzą: Barret Emke (wokal, gitara), Luke Namee (gitara), Oscar Allen Guinn (gitara), Drew M. Gibson (gitara, efekty), Derek Solsberg (bas), Gaurav Bashyakarla (perkusja). Oscar udziela się w zespole Rooftop Vigilantes, a Gaurav - w Dactyls. Grają indie rocka z lat 90., łącząc burzliwość Sonic Youth i My Bloody Valentine ze swobodną żywiołowością Pavement. Czerpią z Wire i The Wedding Present, nawiązując przy tym do bardziej nowoczesnych zespołów, jak Liars i Broken Social Scene. Krzyczące gitary, łomoczące pianino, głębokie basy, brzęczące wzmacniacze i przede wszystkim wyjący wokal łączą się w formę hałaśliwego muzycznego krajobrazu, który jest bezładny, lecz schematyczny. W ciągu dwóch lat od powstania przeszli przez różne wcielenia i zmiany składu. Występowali z takimi zespołami, jak Broken Social Scene, Magnolia Electric Co., Death Cab For Cutie, The Black Angels, czy Rahim.
Boo And Boo Too gra namiętny, ponadczasowy rodzaj emo-punka. Tęskny wokal i pełne zadumy gitary rozbudzają w nas nostalgię za tamtymi indie-rockowymi mix-tape’ami, które montowaliśmy w liceum.” (Time Out New York)

Dyskografia:
EP:
Oh (2005)
Boo & Boo Too (2007)
Casste piss set (2009)
LP:
No tempo (2008)


Boo And Boo Too - Bottom of the lake (sesja Have you heard)

oficjalna strona, MySpace

Editors - przez przypadek (23.11.09 Stodoła)

Zacznę od tego, że wcale miało mnie tam nie być. Decyzję wybrania się na ten koncert podjąłem ok. godziny 20.50 jadąc zupełnie w inne miejsce. Nagle stwierdziłem słuchając po raz pierwszy ostatniego albumu przez słuchawki, że nastąpiła lekka wtopa kiedy oceniłem ją raczej chłodno. Czasem tak jest, że w końcu za którymś razem słuchacza coś przekonuje. Mnie przekonało aż tak, że spoglądając na zegarek zrozumiałem jak mało czasu zostało mi na dotarcie do Stodoły. Oczywiście zdążyłem niczym struś pędziwiatr, wypiłem piwo i wraz z wyjściem zespołu na scenę przekroczyłem próg sali. Spotkałem jeszcze po drodze pana Stelmacha a po chwili już stałem niedaleko sceny. Takie spontaniczne akcje są najfajniejsze.
Mimo, iż na początku były lekkie problemy techniczne, zwłaszcza wokal przy pianinie był źle ustawiony przez akustyka, panowie z zespołu Editors ponownie wywarli na mnie duże wrażenie na żywo. Zaczęli tak jak zaczyna się nowy album od piosenki tytułowej In This Light And On This Evening. Jakby nie patrzeć to przecież był koncert promujący tą płytę i wszystkie utwory z niej zostały zagrane. Publiczność najlepiej reagowała i tak przy starszych nagraniach ale to z jakim zapałem został zagrany na bis Papillon to naprawdę trzeba oddać szacunek Editorsom a muszę przyznać, że nie przepadam za promującymi albumy singlami, ponieważ są zazwyczaj najbardziej przystępne dla słuchacza a co za tym idzie najbardziej upopowione. W ogóle cały album na żywo wypadł bardzo dobrze zwłaszcza do gustu przypadły mi wykonania The Boxer i Bricks And Mortar zamykający główną część występu. Umiejętnie poprzeplatali nowe rzeczy ze starszymi, z których to, wybrali już same szlagiery takie jak Munich, All Sparks, Bullets, Bones czy Smokers Outside the Hospital Doors…. Fajnie też, że zagrali You Are Fading nie ograniczając występu tylko do piosenek z płyt długogrających. Wokalista Tom potrafi przyciągnąć wzrok publiczności. Nie może gość wysiedzieć ani wystać w miejscu, ciągle się porusza, tańczy ze statywem, prawdziwy wulkan energii, którą przekazywał wraz z kompanami z zespołu zgromadzonym. Dobrze, że nadchodziły takie momenty jak wymienione wcześniej The Boxer czy Walk The Fleet Road zagrane jako pierwszy numer na bis bo byśmy wszyscy tam się przekręcili z narzuconego tempa.
To mój kolejny koncert Korektorów. Dwa lata temu też zdecydowałem się jakoś dopiero na dwa dni przed samym występem, natomiast na Heinekenie duża scena niestety nie spełnia żadnych oczekiwań. Dwa lata temu w Stodole było świetnie lecz inaczej. Pamiętny koncert pasował do tamtego czasu w jakim był zespół i ja jako słuchacz. Poniedziałkowe wydarzenie było również znakomite i przedstawiało to w jakim kierunku ci muzycy się rozwijają. Na ten czas ten koncert wydaje mi się ciekawszy ale nie można ich porównywać poprzez widoczną zmianę w podejściu do muzyki i Editorsów i moją. Nie jest to mój ulubiony zespół, żadna z ich płyt nie rzuca mnie na kolana a jednak nagła decyzja by ich zobaczyć była świetna i nie żałuje jej wcale. Gorąco i owacyjnie wspominam to wydarzenie. Najgorsze jest jednak to, że kiedy przypominam sobie takie chwile dochodzi do mnie jak szybko mijają… dobrze, że zachwyt i energia pozostaje.

Zdjęcia z koncertu mozna zobaczyć tutaj.


Editors - Eat Raw Meat = Blood Drool (live at studio Brussels)

———-
Lucjan Lucimiński

ANIMAL COLLECTIVE

Animal Collective to zespół pochodzący z Baltimore, Maryland, aktualnie działający w Nowym Yorku. Został założony w 2000 roku. Tworzą go Avey Tare (David Portner), Panda Bear (Noah Lennox), Deakin lub też Deacon zwany Strawberry Jam oraz Geologist (Brian Weitz). Nagrania zrealizowane pod nazwą Animal Collective są połączeniem elementów pochodzących zarazem od wszystkich członków kapeli jak i każdego z osobna. Ich działalność nie jest niczym ograniczona. Członkowie zespołu poznali się w szkole i zaczęli nagrywać wspólnie w różnych stylach, współpracowali od młodości. Chociaż grupa często jest określana mianem freak folku lub hałaśliwego popu, to trudno jest zaszufladkować AC, ponieważ ich twórczość jest eksperymentem łączącym różne style i idee na poszczególnych płytach.
Zespół założył własną wytwórnię PAW TRACKS w której realizuje własne projekty, a także wspiera innych artystów.

Wydali osiem albumów studyjnych:
Spirit They’re Gone, Spirit They’ve Vanished (2000) - Animal
Danse Manatee (2001) - Catsup Plate
Campfire Songs (2003) - Catsup Plate
Here Comes the Indian (2003) - Paw Tracks
Sung Tongs (2004) - FatCat Records
Feels (2005) - FatCat Records
Strawberry Jam (2007) - Domino Records
Merriweather Post Pavilion (2009) - Domino Records

oraz 2 albumy koncertowe:
Hollinndagain (2002) - St. Ives, Paw Tracks
Animal Crack Box (2009) - Catsup Plate

Wszyscy członkowie Animal Collective mają swoje własne projekty muzyczne, które są niezależne względem macierzystego zespołu.

Sylwetka perkusisty AC - PANDA BEAR:
Instynktowny, wędrowiec i ciekawski muzycznie Panda Bear (Noah) zawsze poszukiwał miejsc, które byłyby dla niego inspiracją i nadawałyby sens jego twórczości. Jako nastolatek w swoim rodzinnym mieście Baltimore, Panda Bear stworzył swoje pierwsze, solowe nagranie, pierwszy ( i ostatni) album wydany przez Deakin’s (Joshmin) Soccer Star Records. Później Panda postanowił pójść na Uniwersytet w Bostonie. Jednak problemy i zwariowane rzeczy sprowadziły go do Nowego Yorku, gdzie pod koniec milenium doszło do utworzenia wraz z niedawno poznanymi “braćmi” Animal (Avey Tare, Geologist i Deakin’em) Animal Collective narodził się. Gdy prace z Animal Collective są wstrzymane, Panda Bear tworzy mnóstwo własnej muzyki a także współpracuje ze Scotty’m Mou (DJ Casio - Queens ). Organizuje także jam’y z innymi “animal bros”. Z Rusty’m Santos’em tworzy muzykę do pokazów mody. Nigdy nie “skleja” swojej twórczości z określonych dźwięków. Zakres w jakim porusza się Panda zaczyna się od melodii niskich, ściśniętych w stylu Young Prayer a kończy na electro-popie w typie Perso Pitch. Aktualnie przebywa w Lizbonie.


Animal Collective - My Girls

AUTUMNS, THE

Jupijupijeej! Zima odeszła. Mogę nosić moje jesienne buty, które zamówiłam jeszcze przed atakiem śniegu, a otrzymałam, gdy już stopniał. Nie muszę ubierać kurtki zimowej, w której wyglądam jak borsuk. Mogę szurać stopami w liściach! Znaczna ich część wciąż jest zielona, więc gdyby nie chłód, ciągle mogłoby być lato. Aby utrzymać ten stan pogodowy, zabawię się w szamana - zaprezentuję wam grupę The Autumns.

The Autumns to zespół indie rockowy wyrosły z Los Angeles. Tworzą go: Matthew Kelly (wokal, gitara), Frankie Koroshec (gitara), Madison Megna (gitara), Dustin Morgan (bas) i Steve Elkins (perkusja). Matthew i Frankie - przyjaciele szkolni - założyli grupę w 1997 r. W swych początkach poświęcali mnóstwo czasu na rozgryzanie sieci dźwiękowego geniuszu ich idola - Johnny’ego Marra, często z miernym skutkiem. Jednak nie poszło to na marne, a pomogło ukształtować ich muzykalność. Dzięki częstym lokalnym koncertom zyskali zainteresowanie wielu wytwórni, wybrali natomiast Independent Risk. Pierwsza długogrająca płyta - The angel pool - pozytywnie przyjęta przez krytyków, przyciągnęła do nich uwagę Simona Raymonde z Cocteau Twins. Ich kolejny krążek, In the russet gold of this vain hour przyniósł wielkie zainteresowanie ze strony mediów. Niezrażeni upadkiem wytwórni Risk Records, która wydała ich drugą LP, wzięli się do pracy nad kolejną płytą, którą ochrzcili po prostu The Autumns. Ciepło przyjęta przez krytyków, została zignorowana przez publiczność. W międzyczasie Matthew podjął współpracę z The Sound Of Animals Fighting. Natomiast w sprawie najświeższego krążka, Fake noise from a box of toys z 2007 r., oddajmy głos zespołowi: “Fake noise jest odejściem od ospałego stylu poprzedniego materiału zespołu. Przedstawia ona ostrzejsze, bardziej bezpośrednie brzmienie. Rozkłada na części pierwsze z szaleńczą precyzją ich uderzające tempo zakłócone lekko przez subtelne osiągnięcia poprzednich albumów”.

Mówi się o nich następująco:
“W swojej działalności nie napotykają szczytów i dolin, lecz szczyty i równiny.” (Stylus Magazine)
“Muzyka The Autumns jest oznaczona przez humorzastą ciemność, która jest podobna do wydłużających się cieni i przelotnego ciepła ich sezonowej imienniczki.” (Amplifier Magazine)
“The Autumns mają muzyczną wszechstronność, co oznacza, że zespół może zwrócić się do niemal każdego stylu.” (MusicOMH)

Wśród swoich wpływów wymieniają między innymi Björk, Davida Bowiego, Cocteau Twins, The Cure, The Smiths. Z uwagi na zaszczyt posiadania gitarzystów wśród fanów, zespół postanowił ułatwić rozpracowywanie ich riffów i naucza przez internet, jak grać na gitarze. Grupa zostanie przedstawiona w filmie dokumentalnym Beautiful noise, obok takich zespołów jak My Bloody Valentine, Slowdive, Cocteau Twins i The Cure.

Dyskografia
LP:
The angel pool (1997)
In the russet gold of this vain hour (2000)
The Autumns (2004)
Fake noise from a box of toys (2007)
EP:
Suicide at strell park (1997)
Winter in a silver box (1998)
Le carillon (2001)
Covers (2001)
Gift (2003)

oficjalna strona zespołu


The Autumns - Boys

Gossip - Heavy cross (teledysk na dziś)

AN APRIL MARCH


Trzyosobowy zespół z Toronto: Danella Hocevar - wokal, gitara i bas, Christopher Perry - gitara, Michael Klüg - perkusja. Powstał w 1989 roku, rozpadł się dziesięć lat później. Za życia był donorem skrzypiącej, lecz lekkiej muzyki, okraszonej wirującym, zawstydzającym anioły wokalem. Porównywani do Cocteau Twins, poczytują to za komplement, chociaż nie widzą wielu podobieństw.
Nie są jedynymi artystami o marcowo-kwietniowej nazwie. Swego czasu otrzymali od rosyjskiego April March płytę tychże, jednak bez wzmianki o celu przesyłki. Natomiast amerykańska wokalistka April March na okładce płyty “Chick habit” pozowała z gitarą Fender Electric XII, czyli taką, na jakiej gra Danella. Perry uznał to za podporę do budowania kariery Amerykanki, życząc jej w mailu powodzenia.

Dorobek:
Impatiens (1993)
Instruments of lust and fury (1995)
Lessons in vengeance (1995)
Adagio (1996)
It goes without saying (1997)
…something once true, is always true… (1999)

MySpace zespołu
MySpace Danelli

Bloc Party - Intimacy (2008)

Dwie całujące się dziewczyny na okładce i zabawa w nowe Bloc Party. Nowe nie tylko ponieważ z ostatniej płyty ale również dlatego, że zmieniło się w pewnym sensie oblicze muzyki tego zespołu. Wkradło się w nią dużo elektroniki, magiel pomysłów wielki lecz trochę przekombinowany. Nie uważam za to, że to upadek ponieważ pomimo w niektórych momentach irytująco ckliwego głosu wokalisty słucha się tego nieźle. Poza tym po co nam kolejna „taka sama” czyt. gitarowa płyta. Już na A Weekend In The City widać było, że jakoś nudniej się zrobiło. Na Intimacy akurat nudno nie jest aczkolwiek pewien przerost formy nad treścią się pojawił. Chłopaki z Bloc Party, którzy nagrali świetny debiut jak na razie nie są w stanie jeszcze zwalić z nóg. Może przy kolejnej pozycji uda się elektronikę potraktować na równi z gitarami a nie skupiać się zwłaszcza na przepuszczaniu całości przez komputer – bo tak to brzmi. Może wtedy będzie lepiej. Jak na razie jest fajnie, w niektórych momentach ciekawie ale teraz już czekamy na dzieło przez duże d a nie na inne zaczynające się na tą literę słowo mogące również opisywać muzykę.

Ps. Długo zastanawiałem się czy zamieszczać tutaj ten tekst ale już się stało…

5/10

ukazało się kilka wersji tej płyty, przedstawiam spis piosenek z tej najbardziej popularnej

1. Ares [3:30]
2. Mercury [3:53]
3. Halo [3:36]
4. Biko [5:01]
5. Trojan Horse [3:32]
6. Signs [4:40]
7. One Month Off [3:39]
8. Zephyrus [4:35]
9. Talons [4:43]
10. Better Than Heaven [4:22]
11. Ion Square [6:36]


Bloc Party - Mercury (Live at Later)

———-
Lucjan Lucimiński

Mew - No More Stories Are Told Today I’m Sorry They Washed Away No More Stories The World Is Grey I’m Tired Let’s Wash Away (2009)

Prosto z mostu, po kolei, bez odwracających uwagę wstępów.

New Terrain otwierająca album zapowiada, że będzie on wielce obiecujący. Ciekawie skomponowana, przyjemna i zastanawiająca, pobudza apetyt. Jest harmonijna, mimo że chce wymknąć się spod kontroli. Szkoda, że dalej jest słabiej. Introducing Palace Players wydaje się być jakby stworzona przez inny zespół dla innych celów. Odstaje i przypomina Gorączkę sobotniej nocy. Różnice są dobre, ale nie wtedy, gdy wszystko jest zupełnie inne i żyje własnym życiem. Nie mówiąc hop, przechodzę do Beach, która nieco poprawia mi humor. Spokojna, z subtelnie nakreślonym wokalem i muzyką migotającą jak gwiazdy na wieczornym niebie, tworzy dream popowy klimat, któremu nie sposób się oprzeć. Gniewnie przechodzi w krótką, ale post rockowo dosadną Repeaterbeater. Intermezzo 1 jest dwudziestosiedmiosekundową przerwą na złapanie oddechu, a jednocześnie stanowi granicę. Silas The Magic Car z cudownym falsetem jest jak kołysanka – ta subtelna perkusja i elektronika kojarząca się z pozytywkami… I mimo to sprawnie unika tandety. Wprowadza w senny świat. Pierwszym snem jest Cartoons And Macramé Wounds, beztroska i spokojna. Atmosferę szczęścia tworzą chórki i podporządkowanie muzyki słodkiemu, ale nie cukierkowemu wokalowi. W końcowej części następuje eksplozja wyciszająca się samoczynnie, by ustąpić miejsca spokojowi Hawaii Dream. Jawi się on jak podróż po niebie na chmurze, cel – Hawaii. A tam beztroska zabawa gdzieś w dziczy, z akompaniamentem ptaków i tajemniczym echem. Kończy się drapieżnie, co jest barierą pomiędzy nią a Vaccine, która klimatem koresponduje z Beach. Tricks Of The Trade przechodzi bez echa. A to, co następuje po Intermezzo 2, to zupełnie inna bajka…

Takiej muzyki potrzeba znerwicowanemu światu

1. New Terrain [3:14]
2. Introducing Palace Players [4:46]
3. Beach [2:46]
4. Repeaterbeater [2:34]
5. Intermezzo 1 [0:29]
6. Silas The Magic Car [4:06]
7. Cartoons And Macramé Wounds [7:21]
8. Hawaii Dream [1:47]
9. Hawaii [5:01]
10. Vaccine [5:08]
11. Tricks Of The Trade [4:28]
12. Intermezzo 2 [1:04]
13. Sometimes Life Isn’t Easy [5:21]
14. Reprise [5:32]

SPOUDS, THE - wywiad

Wywiad z warszawskim zespołem The Spouds przeprowadzony podczas ich wizyty w Radiu Aktywnym.
Rozmawiają: Monika Przybecka i Michał Kropiński z audycji Sunday at Devil Dirt.

MP: Zebraliśmy się tutaj po to, aby porozmawiać o waszej nadchodzącej epce Serenity Is Only A Brainwave. My już ją słyszeliśmy, ale jeszcze nie było oficjalnej premiery.
Tomek Skórzyński: Nie było. Czekamy, kiedy wydawca wróci do kraju.

MP: A kto jest wydawcą?
Mateusz Romanowski: Tę płytę finansuje nam klub Saturator. To znaczy koszty nagrań musieliśmy pokryć sami, a oni nam pokryją koszty drukowania i tłoczenia tych płyt. Premiera powinna odbyć się w październiku.

MP: Prawie odpowiedziałeś tym samym na moje następne pytanie… Skoro płyty będą tłoczone, to znaczy, że ukażą się w formie materialnej, a nie w mp3?
MR: Przede wszystkim w formie materialnej, na to stawiamy.
Paweł Gniazdowski: Mamy jeszcze w planie wydanie kaset magnetofonowych.
MR: I to nie jest żart!

MP: Poważnie?
TS: Tak, ale w niskim nakładzie, bardziej w formie gadżetu.

MP: Ale to może być problem, bo nie wiem czy jeszcze ktokolwiek ma magnetofon w domu, żeby odtworzyć kasetę…
MR: W piwnicy każdy ma!
TS: Tylko trzeba dobrze poszukać.

MP: Ok, to będą płyty i kasety. A przewidujecie też wydanie winyli?
MR: Nie, raczej nie, skoro już prawie nikt nie ma odtwarzaczy kaset, to chyba tym bardziej gramofonów…

MP: A w jaki sposób będzie można zdobyć waszą płytę?
MR: Na pewno będzie sprzedaż internetowa, na pewno będzie też można kupić na koncertach…
Kuba Walenda: Ale najlepiej kupić na naszej premierze, na którą serdecznie zapraszamy.

MP: Czyli będzie jakaś oficjalna impreza?
TS: Przy okazji wydania płyty planujemy koncert właśnie w Saturatorze.

Michał Kropiński: To skoro już jesteśmy przy formie płyty, to jak zostanie ona wydana?
MR: Będzie to wydanie digipackowe.
MK: A książeczka będzie?
MR: Nie, to jeszcze nie ten budżet. Ale za 10 lat wydamy reedycję z tekstami.
TS: To jest już pewne!

MP: To my już czekamy (śmiech). A co do procesu nagrywania płyty… Nagrywaliście wszystko sami czy może ktoś wam pomógł?
TS: Wszystko sami!
MR: Z wyjątkiem saksofonu…
TS: A no tak! Na saksofonie, niestety, żaden z nas nie gra. Tak się składa, że sąsiad Pawła, który jest Anglikiem…
PG: I przyjacielem mojego taty…
TS: Świetnie gra na saksofonie, mimo że nie jest zawodowym muzykiem, i bardzo uprzejmie nas wspomógł.

MP: I jak wyglądała wasza współpraca?
MR: Przyszedł, spojrzał na mój gryf, stwierdził w jakiej ma grać tonacji…
TS: I po kilku próbach wybraliśmy jakiś najwłaściwszy motyw.

MP: I w ilu kawałkach się udziela?
KW: W dwóch: w Broken Sound i Crisis.

MP: Właśnie, Broken Sound to utwór, który już wcześniej raz nagraliście.
TS: Ale teraz go przearanżowaliśmy.
MR: Zabrakło nam wtedy partii Pawła…

MP: I dlaczego akurat ta piosenka została nagrana jeszcze raz?
TS: Chcieliśmy ją ulepszyć, bo uważaliśmy, że na to szczególnie zasługuje. Pozostałe utwory z dema też może kiedyś przearanżujemy. Na razie gramy je na koncertach.

MK: Dobrze, a gdzie nagrywaliście?
MR: Nagrywał nas pan Piotr Staniszewski z Centralnej Warszawskiej Wytwórni Dźwięku, który również nagrywał znany i kochany zespół Setting The Woods On Fire…
TS: The Black Tapes chyba też nagrywał…

MK: Ale tylko ich pierwszą epkę.
TS: Tak jest.

MK: I ile wam to zajęło czasowo?
KW: Tydzień.
MR: Nie, to nie był nawet tydzień.
KW: No, sześć dni…
TS: No, pięć…
MP: Zdania są podzielone…

MK: Poprzednio chyba nagrywaliście na setkę, a teraz pościeżkowo, tak?
TS: Wbrew pozorom, demo tez nagraliśmy pościeżkowo, tylko bez metronomu i o 4 w nocy…
MR: To była taka konspirka…
TS: Tak, mieliśmy podbić świat, ale nam nie wyszło…

MP: A czemu nagrywaliście o 4 w nocy?
MR: Bo nagrywaliśmy na sali prób Setting The Woods On Fire, The Car Is On Fire i Kolorofonu i dopiero o tej porze w budynku robiło się względnie cicho, kapele przestawały grać i mogliśmy w spokoju nagrać kawałki.
TS: Z tym że przychodziliśmy tam o 12, a wychodziliśmy o 6.
MR: Raz się nawet zdarzyło, że wyszliśmy o 7.

MK: A potem do szkoły na 8…
TS: Tak, szybki prysznic, pakowanie plecaka…
MP: I na WF! (śmiech)

MK: Ale tym razem chyba nie nagrywaliście w nocy tylko w dzień?
MR: Tak, nagrywaliśmy w godzinach wczesno-popołudniowych, teoretycznie od 11…
PG: Ale Piotr zawsze się spóźniał godzinę, więc koczowaliśmy pod drzwiami studia.


MK: Wracając do wydania płyty…
MP: Właśnie, chcieliśmy zapytać również o okładkę, której autorem jest Tomek, zgadza się?
TS: Tak.

MP: Czy w takim razie zdradzisz nam kogo lub co ona przedstawia?
TS: To znaczy chyba widać, co przedstawia…

MP: No dobrze, ale czyj to portret?
TS: Nie jest to niczyj portret. Mieliśmy parę projektów, drogą głosowania przeszedł mój. Na okładce znajduje się pani, nie jest to żadna istniejąca kobieta…

MP: Przepraszam, ja myślałam, że to pan, tylko z długimi włosami…
TS: Tak? Jak kupicie płytę, to zobaczycie tył i tam będzie pan. W podobnej stylistyce. W każdym razie, chodziło nam o to, żeby przekazać jakąś subtelność, piękno, które z założenia ma symbolizować kobieta, w kontraście z siniakami i śladami krwi pod nosem. Można to nazwać taką alegorią połączenia czegoś brudnego z pięknem, ale też nie chciałem popaść w banał w stylu aniołka z różkami.
MR: Ten obraz jest jak Tomek, z jednej strony frywolny, a z drugiej… oldskulowy…
TS: (śmiech) Tak, frywolny oldskul…

MK: Czy zamierzacie potem uderzyć z epką do jakichś większych wytwórni?
MR: Nie, chyba nie, nie chcemy się sprzedać…
TS: To znaczy jeśli kiedyś nam ktoś powie: „Róbcie, co chcecie, a my was tylko wydamy”, to czemu nie…
PG: Będziemy mieli wtedy lepszy sprzęt przynajmniej!

MP: Podobno jesteście popularni w Bułgarii…
MR: Tak, lubią nas tamtejsi sprzedawcy dywanów. Ktoś tam nawet zremiksował nasze demo z Greatest Hits Andrei Boccelliego, ale nie mogliśmy mu nawet dać popalić drogą sądową, bo nie zarejestrowaliśmy utworów w ZAIKS-ie.
MP: No to trzeba to zrobić, zanim ktoś zacznie handlować waszą muzyką i na tym zarabiać…

MK: A nie wydaje wam się, że może odbiór waszej muzyki byłby lepszy zagranicą niż w kraju?
TS: Możliwe, że tak. Ktoś kiedyś napisał o nas na forum Sonic Youth
MR: Zarzucono nam wtedy beznadziejną produkcję, ale podobno brzmimy jak połączenie Modest Mouse, Polvo i Sonic Youth. Chociaż wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jak świetną kapelą jest Polvo
TS: A co do popularności w Polsce, to nie wiem, czy polski słuchacz jest gotowy na teksty po angielsku. W radiu też raczej tego nie puszczą.
MR: Dokładnie, bo np. w Szwecji jest masa kapel, które śpiewają po angielsku, tworzą muzykę alternatywną, i nawet jeśli niejednoznacznie przystępną, to na pewno akceptowaną przez dużą część tamtego społeczeństwa. I te kapele, dzięki sukcesowi na ziemi ojczystej, mogą pójść z tym dalej.
TS: A u nas musiałoby to pójść w odwrotną stronę, najpierw trzeba by było zacząć od zagranicy, a potem wrócić do kraju.

MK: Jak Behemoth.
MR: Albo jak Poise Rite. Chociaż oni są głównie znani w Polsce z tego, że są znani w Anglii.
TS: Tak, gdyby nie zagrali na Glastonbury, to pewnie u nas nie byłoby w ogóle o nich słychać. Ale na Zachodzie jest też mnóstwo stacji radiowych, które puszczają taką muzykę i mają rzeszę słuchaczy.
MR: A u nas też są, tylko nikt ich nie słucha.

MK: A nie boicie się, że u nas jeszcze nie ma kultury słuchania i małolaci, zamiast słuchać Modest Mouse, czy właśnie Sonic Youth, wolą np. The Kooks?
MR: To znaczy, ja się tego nie boję, bo gram głównie dla fetyszystów. Ja odbieram słuchanie muzyki alternatywnej w Polsce jako swego rodzaju fetysz. Wierzę, że jest trochę dziwnych ludzi takich jak ja, którym spodoba się nasza muzyka. I nie czuję jakiegoś strasznego ciśnienia, żeby nagle tłumy waliły na nasze koncerty. Jasne, że byłoby fajnie, ale nie jest mi to potrzebne do szczęścia.

MP: Zresztą, chyba nie chodzi tylko o ilość słuchaczy, ale też o jakość…
MR: No właśnie. Ja lubię grać dla snobów.

Myspace zespołu: www.myspace.com/thespouds
Myspace audycji, gdzie można usłyszeć niepublikowany fragment wywiadu: www.myspace.com/sundayatdevildirt

As Tall As Lions - You can’t take it with you (18.08.2009)

Przyznam szczerze – zainteresowałam się tą płytą, gdy przeczytałam, że brzmi podobnie do Coldplay. I to racja, zwłaszcza wokal – wypisz wymaluj Chris Martin. Podobnie w tym przypadku nie znaczy tak samo dobrze.

Krótko i rzeczowo. Tym razem nie będę się rozpisywać.
Gdybym chciała być wredna, określiłabym ten krążek jako nudny, jeśli entuzjastyczna – jako transowy. Natomiast jako obiektywna recenzentka (brak stronniczości to cecha, którą nabywam na potrzeby owego zajęcia) stwierdzam, że grają spokojnie, nawet w momentach mocniejszych uderzeń w bębny i intensywniejszych szarpnięć strun. Spokój i senność. Kołyszące rytmy. Z tego schematu delikatnie wyłamuje się „Is this tommorow?”, pobrzmiewający w klimacie indie electronic. Przyjemna odmiana w tym zagęszczeniu spokoju. „Sleepyhead” z respiratorem w tle już samym wokalem przywołuje klimaty szpitalne – Dan Nigro szepce kojąco jak osoba odwiedzająca pacjenta. Aż (tak!) dwie piosenki są dualistyczne - w obrębie każdej znajduje się jeszcze jeden krótszy utwór. Ciekawy zabieg, ale w nadmiarze staje się pretensjonalny. Zwracam uwagę na „Home is where you’re happy” (niestety, z deluxe edition (; )– to mój faworyt. Co prawda tekst banalny, ale gitara i prosta budowa piosenki tworzą całość bliską moim upodobaniom. Szkoda, że to taki krótki utwór.

Bez kawy się nie obeszło. Przypuszczam, że osoby energetyczne i cholerycy nie znajdą tu nic dla siebie; wszak świat nie składa się tylko z tych. Przy „You can’t take it with you” można odpocząć, a nawet spokojnie pospać.
Płyta jest dobra, ale tylko miłośnicy znajdą w niej coś wciągającego. Jest dużo synonimicznie grających zespołów, a nawet parę lepszych. Żeby tworzyć muzykę balansującą na granicy jawy i snu, trzeba umieć nadać jej oryginalność, wynieść ją ponad inne podobne, inaczej ginie się w tłumie. To nie jest muzyka popowa, która – zgodnie z definicją – sprzedaje się wszędzie i w każdym wydaniu. I za to należy się Lionsom szacunek.

CATHERINE WHEEL

Catherine Wheel to angielski zespół utworzony w 1990 roku w Great Yarmouth. Grupa składała się z wokalisty/gitarzysty Roba Dickinsona (kuzyna Bruce’a Dickinsona - frontmana Iron Maiden), gitarzysty Briana Futtera, basisty Dave’a Hawesa oraz perkusisty Neila Simsa. Hawes grał wcześniej w silnie zainspirowanym Joy Division zespole Eternal. Nazwa zespołu pochodzi od nazwy sztucznych ognii, którą natomiast wzięto od nazwy średniowiecznego narzędzia tortur. Zespół był zaliczany często przez krytyków do sceny shoegaze.

Zespół (wtedy jeszcze bez kontraktu płytowego) wystąpił w programie Johna Peela na początku 1991 roku; dwie 12-calowe EP-ki zostały wydane przez wytwórnie Norwich. W końcu podpisali kontrakt z dużą wytwórnią Fontana Records. Debiutancki album grupy - Ferment z 1992 roku zrobił duże wrażenie na prasie muzycznej i zawierał chyba największy hit zespołu ,,Black Metallic”.
W 1993 roku wydano drugi album ,,Chrome” wyprodukowany przez Gila Nortona. Na tej płycie zespoł zaczął oddalać się od wcześniejszej stylistyki shoegaze.
Płyta ,,Happy Days” z 1995 roku kontynuowała inspiracje hardrockowe, odnosząc większy sukces w Stanach Zjednoczonych niż zasłuchanej wtedy w britpopie Wielkiej Brytanii.
Kolekcja piosenek ze stron B singli oraz odrzuconych z sesji pt. ,,Like Cats and Dogs”, wydano następnego roku. W 1997 roku wydano płytę ,,Adam and Eve”, na której słychać bardziej eksperymentujące oblicze zespołu.
W 2000 roku zespół ze zmienioną nazwą (The Catherine Wheel) wydał w nowej wytwórni płytę ,,Wishville”. Po mieszanych opiniach recenzentów, kłopotach wytwórni i średnich wynikach sprzedaży, zespół rozpadł się.

SILVERSUN PICKUPS

Silversun Pickups (w skrócie SSPU) jest amerykańskim zespołem grającym indie rock/shoegaze.
Zespół składa się z Briana Auberta (wokal/gitara), Nikki Monninger (wokal/bass), Christopher Guanlao’a (perkusja), oraz Joe Lestera (keyboard). Członkowie zespołu są przyjaciółmi, którzy od dawna ze sobą grali. Zespół grał w rożnych ważnych klubach w Los Angeles i po wydaniu swojego EP „Pikul” zaczął przybierać na popularności. Zespół gra porównywalnie do The Smashing Pumpkins.

The Autumns - In the russet gold of this vain hour (15.02.2000)

Trzecia recenzja, a ja już chciałabym trafić na słabą płytę. Żeby móc ją zjechać. Opluć. Zmieszać z błotem. Zmiażdżyć obcasem, a potem uśmiechnąć się i odejść, poprawiając szminkę na ustach. Ech, jak się okazuje, nie można notorycznie przebywać w idealnym świecie. Do następnej recenzji postaram się wyszukać coś beznadziejnego.

Na pierwszy ogień rzucam teksty. Osobiście jestem wobec tych wymagająca; puste i bezsensowne są w stanie skreślić piosenkę na wieki. „This is the end you’re searching for, this is it, this is all, this is the dream where you hit the floor” oraz „Hung in drapes of palest lace, from the stakes of brittle grace. It’s away, my love” z otwierającej album „Boy with the aluminium stilts” i już wiem, że mam czego szukać dalej. Piosenki mówią o miłości i krwi, ale to wszystko zaklęte jest w czarujące porównania i metafory: „Once in the slumber and frost we’re clinging” z „June in her frost and fur” i sam tytuł kolejnej piosenki „Mistral chimes at nightfall” są przykładami intensywnych, ale nie przesłodzonych fraz. Przykładem magii niech będzie „Soft spoken spells as their voice often quells thus alluring her near” z „The wreathe and the chain”. „Witch hazel” rozwiała moje obawy dotyczące braku „lirycznego uderzenia”. Oczywiście nie był to brutalny cios, a mocniejszy akcent, nie odstający od całości.

„Będą nudy” – pomyślałam, włączywszy pierwszy utwór. Jednak po zaznajomieniu się z całą płytą stwierdziłam, że piosenka nie ma nic wspólnego z przewidywalnością. Monotonna, ale delikatna, urzekająca. Ten piękny falset, subtelna perkusja i niebezpieczne przestery stanowią lekkie wprowadzenie do całej głębokiej dźwiękowo reszty.
Nastoletnim zachwytem pozwolę sobie stwierdzić: jaki ten facet ma piękny głos. Harmonizuje on z linią melodyczną lub tworzy wysublimowany „utwór w utworze”. Jest jak pokryta rosą pajęczyna gdzieś w załamaniach chropowatej – dobrze wyczuwalnej – kory. Wokalista Matthew Kelly ma moc w delikatności – potrafi zaczerpnąć uczuć słuchacza, nie siląc się na wrzaski lub łkania.
Odnoszę wrażenie, jakoby instrumenty były dla wokalu: tworzą idealny podkład, ale nigdy nie wysuwają się na pierwszy plan. Stanowią perfekcyjne dopełnienie i razem z nim opowiadają historię, lecz nigdy nie są krzykliwe. Więcej – one są tworzone przez muzykę, która niejako powołuje je do życia, wzywa do kreowania tej eterycznej siły spokoju. Całość jest jak poranna mgła, unosząca się sennie nad gruntem, nim rozpłynie się w namnażających się promieniach słońca lub wzleci niepostrzeżenie do nieba. Muzyka, która wprowadza niepokój wymagający rozważań.

Płyta bardzo przyjemna dla ucha, a jednocześnie bezpretensjonalna. Jednolita, ale nie nudna. Stonowana, ale poruszająca. Odmierza czas, dawkuje deszcz i wiatr. Pozwala zwolnić tempo i przepuścić pędzący świat obok, uspokoić nerwy i wyruszyć na poszukiwanie zagubionego „ja”. Wszelako intryguje niespodzianką ostatnich pięciu minut: końcówka „Witch hazel” i początek utworu dziesiątego – „ In the russet gold of this vain hour” są jakby linią graniczną; ostatnia piosenka jest… inna. Nie wyłamuje się z konwencji i stylu, ale jest poniekąd bardziej zmysłowa, zmysłowością niepewną. Intymna, jak bliskość w tańcu, lżejsza. Bardziej senna.
Czyli nie generalizujmy.

BLUR NIE NAGRAJĄ NOWEGO ALBUMU

Wygląda na to, że  reaktywowany niedawno Blur nie zamierza wrócić do studia. Jak mówi basista, Alex James,  członkowie zespołu umówili się tylko na zagranie małej trasy koncertowej, nie rozważali natomiast możliwości nagrania nowej płyty. I mimo tego, że koncerty w Wielkiej Brytanii okazały się wielkim sukcesem, chyba nie zmienią zdania. Być może dlatego, że wszyscy mają inne plany. Graham Coxon jest na razie zajęty promowaniem swojego solowego albumu “The Spinning Top”, natomiast sam Alex James postanowił poświęcić się swojej farmersko-spożywczej pasji i ma zająć się produkcją sera (sic!).

Przypomnijmy również, że plotki o tym, że Brytyjczycy mieliby wystąpić jesienią w Łodzi, zostały na razie zdementowane.

THE NATIONAL na OFF FESTIVAL

nationalThe National - zespół założony w Cincinnati, Ohio obecnie przebywający w nowojorskim Brooklynie.
Grupa dowodzona przez wokalistę Matta Berningera oraz braci Scotta i Bryana Devendorfów. Kwintet w szerszej świadomości indierockowych fanów zaistniał przed dwoma laty, wraz z ukazaniem się przełomowego w jego karierze albumu „Alligator”. „Boxer” doskonali dalej to, co już i tak w przypadku wcześniejszej płyty mogło się wydawać doskonałe. A mianowicie - bogate brzmieniowo i kolorystycznie aranżacje na smyczki i sekcję dętą, pod którymi tu podpisał się klasycznie wykształcony Padma Newsome z nowojorskiego, awangardowego ensemble’u The Clogs, a które dodatkowo wzboagaca gra na fortepianie Sufjana Stevensa. W to orkiestrowe tło wspaniale wpisują się poetyckie teksty utworów oraz głos Matta, który któryś z recenzentów trafnie porównał do smaku czarnej, gorzkiej czekolady. The National jednak stawiają na utrzymaną w ciemnej kolorystyce balladową kameralistykę, której wzorcowymi przykładami mogą być utwory w rodzaju „Fake Empire”, „Brainy”, „Squalor Victoria”, „Start A War”, „Green Gloves” czy „Racing Like A Pro”. I w tym są potęgą.

The National zagra na tegorocznym Off Festival 6.08.2009 Jest to niewątpliwie świetna okazja dla tych co znają The National i dla tych, którzy z ich muzyka jeszcze się nie zetknęli.  Jedno jest pewne - warto.

AMUSEMENT PARKS ON FIRE

amusement parks on fire
amusement parks on fire

Amusement Parks on Fire - Brytyjski zespół pochodzący z Nottingham, grający muzykę określaną jako shoegaze. Ich twórczość ze względu na swój charakter, często porównuje się z muzyką zespołów takich jak Sigur Rós bądź Portishead.

Założycielem grupy jest Michael Feerick, który w 2004 roku sam napisał i nagrał wszystkie utwory do debiutanckiego albumu Amusement Parks on Fire. Krążek został wydany w Wielkiej Brytanii nakładem wytwórni Invada. Następnie zespół podpisał kontrakt z V2 Records i już w pięcioosobowym składzie wydał drugi albym zatytułowany Out Of The Angeles.

Obecny skład zespołu to:

Michael Feerick — gitara, wokal
Daniel Knowles — gitara, produkcja
Peter Dale — perkusja
Gavin Poole — bas
Joe Hardy — klawisze

Dyskografia:
Amusement Parks of Fire (2005)
Out Of The Angels (2006)

Amusement Parks On Fire - Venus In Cancer

MY BLOODY VALENTINE

My Bloody Valentine - irlandzko-brytyjska grupa indie rockowa / indie popowa, poruszająca się w stylistyce shoegaze. Zespół został założony w 1984 roku w Dublinie i był aktywny do 1997 roku. W roku 2007 grupa reaktywowała się już w nowym składzie i pozostaje aktywna do dnia dzisiejszego.

Dyskografia:
LP:
• Isn’t Anything (listopad 1988)
• Loveless (listopad 1991) UK #24

Ep:
• This Is Your Bloody Valentine (styczeń 1985) (minialbum z 7 piosenkami)
• Geek (grudzień 1985)
• The New Record by My Bloody Valentine (wrzesień 1986)
• Sunny Sundae Smile (luty 1987)
• Strawberry Wine (sierpień 1987)
• Ecstacy (listopad 1987) (minialbum z 7 piosenkami)
• You Made Me Realise (sierpień 1988)
• Feed Me With Your Kiss (listopad 1988)
• Glider (kwiecień 1990)


My Bloody Valentine - Only Shallow