Zacznij Święta alternatywnie
18 grudnia 2009 NEWSY

Już w ten wtorek 22 grudnia warszawska Hydrozagadka zaprasza na wspólne rozpoczęcie przerwy świątecznej. Zanim więc zabijecie karpia, ubierzecie choinkę i upieczecie ciasto, wpadnijcie na koncert 4 alternatywnych kapel, które Was na pewno wprowadzą w rodzinną i ciepłą atmosferę Świąt. A zagrają dla Was: The Spouds, Rachael, Chasing the Sunshine i Parisian Lark. Cena biletu niedroga bo wynosi tyle co cena jednego piwa na miejscu
Start: godzina 20.
Tagi: alternative, indie, Polska, post-punk, shoegaze
SPOUDS, THE - wywiad
8 września 2009 WYWIADY
Wywiad z warszawskim zespołem The Spouds przeprowadzony podczas ich wizyty w Radiu Aktywnym.
Rozmawiają: Monika Przybecka i Michał Kropiński z audycji Sunday at Devil Dirt.

MP: Zebraliśmy się tutaj po to, aby porozmawiać o waszej nadchodzącej epce Serenity Is Only A Brainwave. My już ją słyszeliśmy, ale jeszcze nie było oficjalnej premiery.
Tomek Skórzyński: Nie było. Czekamy, kiedy wydawca wróci do kraju.
MP: A kto jest wydawcą?
Mateusz Romanowski: Tę płytę finansuje nam klub Saturator. To znaczy koszty nagrań musieliśmy pokryć sami, a oni nam pokryją koszty drukowania i tłoczenia tych płyt. Premiera powinna odbyć się w październiku.
MP: Prawie odpowiedziałeś tym samym na moje następne pytanie… Skoro płyty będą tłoczone, to znaczy, że ukażą się w formie materialnej, a nie w mp3?
MR: Przede wszystkim w formie materialnej, na to stawiamy.
Paweł Gniazdowski: Mamy jeszcze w planie wydanie kaset magnetofonowych.
MR: I to nie jest żart!
MP: Poważnie?
TS: Tak, ale w niskim nakładzie, bardziej w formie gadżetu.
MP: Ale to może być problem, bo nie wiem czy jeszcze ktokolwiek ma magnetofon w domu, żeby odtworzyć kasetę…
MR: W piwnicy każdy ma!
TS: Tylko trzeba dobrze poszukać.
MP: Ok, to będą płyty i kasety. A przewidujecie też wydanie winyli?
MR: Nie, raczej nie, skoro już prawie nikt nie ma odtwarzaczy kaset, to chyba tym bardziej gramofonów…
MP: A w jaki sposób będzie można zdobyć waszą płytę?
MR: Na pewno będzie sprzedaż internetowa, na pewno będzie też można kupić na koncertach…
Kuba Walenda: Ale najlepiej kupić na naszej premierze, na którą serdecznie zapraszamy.
MP: Czyli będzie jakaś oficjalna impreza?
TS: Przy okazji wydania płyty planujemy koncert właśnie w Saturatorze.
Michał Kropiński: To skoro już jesteśmy przy formie płyty, to jak zostanie ona wydana?
MR: Będzie to wydanie digipackowe.
MK: A książeczka będzie?
MR: Nie, to jeszcze nie ten budżet. Ale za 10 lat wydamy reedycję z tekstami.
TS: To jest już pewne!
MP: To my już czekamy (śmiech). A co do procesu nagrywania płyty… Nagrywaliście wszystko sami czy może ktoś wam pomógł?
TS: Wszystko sami!
MR: Z wyjątkiem saksofonu…
TS: A no tak! Na saksofonie, niestety, żaden z nas nie gra. Tak się składa, że sąsiad Pawła, który jest Anglikiem…
PG: I przyjacielem mojego taty…
TS: Świetnie gra na saksofonie, mimo że nie jest zawodowym muzykiem, i bardzo uprzejmie nas wspomógł.
MP: I jak wyglądała wasza współpraca?
MR: Przyszedł, spojrzał na mój gryf, stwierdził w jakiej ma grać tonacji…
TS: I po kilku próbach wybraliśmy jakiś najwłaściwszy motyw.
MP: I w ilu kawałkach się udziela?
KW: W dwóch: w Broken Sound i Crisis.
MP: Właśnie, Broken Sound to utwór, który już wcześniej raz nagraliście.
TS: Ale teraz go przearanżowaliśmy.
MR: Zabrakło nam wtedy partii Pawła…
MP: I dlaczego akurat ta piosenka została nagrana jeszcze raz?
TS: Chcieliśmy ją ulepszyć, bo uważaliśmy, że na to szczególnie zasługuje. Pozostałe utwory z dema też może kiedyś przearanżujemy. Na razie gramy je na koncertach.
MK: Dobrze, a gdzie nagrywaliście?
MR: Nagrywał nas pan Piotr Staniszewski z Centralnej Warszawskiej Wytwórni Dźwięku, który również nagrywał znany i kochany zespół Setting The Woods On Fire…
TS: The Black Tapes chyba też nagrywał…
MK: Ale tylko ich pierwszą epkę.
TS: Tak jest.
MK: I ile wam to zajęło czasowo?
KW: Tydzień.
MR: Nie, to nie był nawet tydzień.
KW: No, sześć dni…
TS: No, pięć…
MP: Zdania są podzielone…
MK: Poprzednio chyba nagrywaliście na setkę, a teraz pościeżkowo, tak?
TS: Wbrew pozorom, demo tez nagraliśmy pościeżkowo, tylko bez metronomu i o 4 w nocy…
MR: To była taka konspirka…
TS: Tak, mieliśmy podbić świat, ale nam nie wyszło…
MP: A czemu nagrywaliście o 4 w nocy?
MR: Bo nagrywaliśmy na sali prób Setting The Woods On Fire, The Car Is On Fire i Kolorofonu i dopiero o tej porze w budynku robiło się względnie cicho, kapele przestawały grać i mogliśmy w spokoju nagrać kawałki.
TS: Z tym że przychodziliśmy tam o 12, a wychodziliśmy o 6.
MR: Raz się nawet zdarzyło, że wyszliśmy o 7.
MK: A potem do szkoły na 8…
TS: Tak, szybki prysznic, pakowanie plecaka…
MP: I na WF! (śmiech)
MK: Ale tym razem chyba nie nagrywaliście w nocy tylko w dzień?
MR: Tak, nagrywaliśmy w godzinach wczesno-popołudniowych, teoretycznie od 11…
PG: Ale Piotr zawsze się spóźniał godzinę, więc koczowaliśmy pod drzwiami studia.

MK: Wracając do wydania płyty…
MP: Właśnie, chcieliśmy zapytać również o okładkę, której autorem jest Tomek, zgadza się?
TS: Tak.
MP: Czy w takim razie zdradzisz nam kogo lub co ona przedstawia?
TS: To znaczy chyba widać, co przedstawia…
MP: No dobrze, ale czyj to portret?
TS: Nie jest to niczyj portret. Mieliśmy parę projektów, drogą głosowania przeszedł mój. Na okładce znajduje się pani, nie jest to żadna istniejąca kobieta…
MP: Przepraszam, ja myślałam, że to pan, tylko z długimi włosami…
TS: Tak? Jak kupicie płytę, to zobaczycie tył i tam będzie pan. W podobnej stylistyce. W każdym razie, chodziło nam o to, żeby przekazać jakąś subtelność, piękno, które z założenia ma symbolizować kobieta, w kontraście z siniakami i śladami krwi pod nosem. Można to nazwać taką alegorią połączenia czegoś brudnego z pięknem, ale też nie chciałem popaść w banał w stylu aniołka z różkami.
MR: Ten obraz jest jak Tomek, z jednej strony frywolny, a z drugiej… oldskulowy…
TS: (śmiech) Tak, frywolny oldskul…
MK: Czy zamierzacie potem uderzyć z epką do jakichś większych wytwórni?
MR: Nie, chyba nie, nie chcemy się sprzedać…
TS: To znaczy jeśli kiedyś nam ktoś powie: „Róbcie, co chcecie, a my was tylko wydamy”, to czemu nie…
PG: Będziemy mieli wtedy lepszy sprzęt przynajmniej!
MP: Podobno jesteście popularni w Bułgarii…
MR: Tak, lubią nas tamtejsi sprzedawcy dywanów. Ktoś tam nawet zremiksował nasze demo z Greatest Hits Andrei Boccelliego, ale nie mogliśmy mu nawet dać popalić drogą sądową, bo nie zarejestrowaliśmy utworów w ZAIKS-ie.
MP: No to trzeba to zrobić, zanim ktoś zacznie handlować waszą muzyką i na tym zarabiać…
MK: A nie wydaje wam się, że może odbiór waszej muzyki byłby lepszy zagranicą niż w kraju?
TS: Możliwe, że tak. Ktoś kiedyś napisał o nas na forum Sonic Youth…
MR: Zarzucono nam wtedy beznadziejną produkcję, ale podobno brzmimy jak połączenie Modest Mouse, Polvo i Sonic Youth. Chociaż wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jak świetną kapelą jest Polvo…
TS: A co do popularności w Polsce, to nie wiem, czy polski słuchacz jest gotowy na teksty po angielsku. W radiu też raczej tego nie puszczą.
MR: Dokładnie, bo np. w Szwecji jest masa kapel, które śpiewają po angielsku, tworzą muzykę alternatywną, i nawet jeśli niejednoznacznie przystępną, to na pewno akceptowaną przez dużą część tamtego społeczeństwa. I te kapele, dzięki sukcesowi na ziemi ojczystej, mogą pójść z tym dalej.
TS: A u nas musiałoby to pójść w odwrotną stronę, najpierw trzeba by było zacząć od zagranicy, a potem wrócić do kraju.
MK: Jak Behemoth.
MR: Albo jak Poise Rite. Chociaż oni są głównie znani w Polsce z tego, że są znani w Anglii.
TS: Tak, gdyby nie zagrali na Glastonbury, to pewnie u nas nie byłoby w ogóle o nich słychać. Ale na Zachodzie jest też mnóstwo stacji radiowych, które puszczają taką muzykę i mają rzeszę słuchaczy.
MR: A u nas też są, tylko nikt ich nie słucha.
MK: A nie boicie się, że u nas jeszcze nie ma kultury słuchania i małolaci, zamiast słuchać Modest Mouse, czy właśnie Sonic Youth, wolą np. The Kooks?
MR: To znaczy, ja się tego nie boję, bo gram głównie dla fetyszystów. Ja odbieram słuchanie muzyki alternatywnej w Polsce jako swego rodzaju fetysz. Wierzę, że jest trochę dziwnych ludzi takich jak ja, którym spodoba się nasza muzyka. I nie czuję jakiegoś strasznego ciśnienia, żeby nagle tłumy waliły na nasze koncerty. Jasne, że byłoby fajnie, ale nie jest mi to potrzebne do szczęścia.
MP: Zresztą, chyba nie chodzi tylko o ilość słuchaczy, ale też o jakość…
MR: No właśnie. Ja lubię grać dla snobów.
Myspace zespołu: www.myspace.com/thespouds
Myspace audycji, gdzie można usłyszeć niepublikowany fragment wywiadu: www.myspace.com/sundayatdevildirt
Tagi: indie rock, Polska, post-punk, post-shoegaze
THE CHAMELEONS
13 sierpnia 2009 ZESPOŁY
O początkach The Chameleons można mówić około 1981 roku, w momencie ponownego spotkania przyjaciół z ogólniaka, które wyniknęło z rozpadu dwóch kapel z Middleton (okolice Manchesteru, Wielka Brytania). W jednej z nich, The Clichés, udzielał się późniejszy basista i wokalista, Mark Burgess, natomiast w The Years grali obydwaj gitarzyści, Reg Smithies i Greg Fielding. Skład dopełnił perkusista John Lever z The Politicians, zastępując pierwszego bębniarza - Briana Schofielda. Zanim jeszcze w składzie zagościł perkusista, ambitni muzycy wysłali taśmę demo z czterema utworami nagranymi na próbie (”The Fan And The Bellows”, “Things I Wish I’d Said”, “Looking Inwardly” i “Here Today”) do Johna Peela. Legenda głosi, że dotarcie do muzyków zajęło mu kilka miesięcy, ostatecznie jednak poszukiwania zakończyły się sukcesem, i zespół dostał szansę na ponowne zarejestrowanie i zaprezentowanie swoich dokonań szerokiemu gronu słuchaczy w audycji legendarnego prezentera Radio One. Zespół zachęcony szybko rosnącą popularnością nagrań skontaktował się z Epic, będącym wówczas sub-labelem CBS. Zespół dostał do swojej dyspozycji studio, obiecującego producenta, Steve’a Lillywhite’a (współpracował przy nagrywaniu dema Ultravox, a później w latach 80-tych m.in. U2, Morriseya, Talking Heads czy The Pogues), jak również kontrakt na osiem(!) albumów, co świadczyć może o niebywałym entuzjazmie labela dla zespołu… który to entuzjazm szybko wygasł, gdy w 1982 roku, po wydaniu pierwszego singla - „In Shreds” - The Chameleons okazali się całkowicie niewrażliwi na naciski wytwórni w kwestii „lekkiej zmiany stylu”. Skończyło się to zerwaniem kontraktu przez Epic, zaś zespół pozostawiony został samemu sobie z częściowo zarejestrowanym materiałem na płytę długogrającą, co w finale opóźniło jej wydanie prawie o dwa lata. Mark Burgess:„Ostatni raz mieliśmy do czynienia z Epic, gdy kazali nam spotkać się z Nigelem Burnhamem; następne utwory nagrywać mieliśmy pod jego okiem. Już na początku zaczął gadać o zmianie aranży i skróceniu kawałków do trzech, trzech i pół minuty. Powiedzieliśmy „nie”. Dzień po tym poinformowano nas że wytwórnia zakończyła z nami współpracę”
Singiel zawierał dwa utwory – o ile tytułowy, niespokojny, o nerwowym pulsie, jest świadectwem jeszcze silnych postpunkowych fascynacji kolektywu, to drugi - „Nostalgia” - można uznać już za zapowiedź kiełkowania własnego stylu zespołu. Warto zaznaczyć również, że okładkę zaprojektował gitarzysta, Reg Smithies – będzie on później autorem większości okładek The Chameleons. Tuż po wydaniu singla John Lever stwierdził że jest zmęczony atmosferą wokół zespołu i odszedł na prawie roczny „urlop”; Na ten czas zastąpił go Martin Jackson. Mimo wyżej wymienionych trudności, dzięki niezłym wynikom sprzedaży singla (dotarł do 42 pozycji w audycji Festive Fifty Johna Peela, będącej swoistym muzycznym podsumowaniem roku), naszymi bohaterami zainteresował się mały label Statik. Zagwarantował on im pomoc producenta Tony’ego Skinkissa, środki (choć bardzo skromne) na następny singiel „As High As You Can Go”, (zawierający utwory które później znajdą się na debiutanckiej płycie, jakkolwiek w dużo mniej surowych wersjach) jak i też na pierwszą płytę zespołu - „Script Of The Bridge” wydaną w 1983 roku. Płytę nagrano w Cargo Studios w Rochdale przy pomocy Colina Richardsona (będzie im pomagał przy nagrywaniu singli i następnej płyty, później znany ze współpracy z takimi zespołami jak… Carcass, Napalm Death czy Sepultura), na pół etatu jako klawiszowiec do zespołu dołączył Alistair Lewthwaite.
Debiut The Chameleons już na samym początku zyskał sobie duże grono oddanych słuchaczy i pozytywnych recenzji, zespół porównywano często z Echo And The Bunnymen i The Sound. Sporą popularność zyskali na wyspach i w Europie, potwierdzoną dodatkowo przez serię koncertów które grali w 1983 i 1984 roku, supportując między innymi Simple Minds w Niemczech (gdzie The Chameleons cieszyli się stosunkowo dużą popularnością). Aby iść za ciosem, z albumu wykrojono kolejne single - „Up The Down Escalator” (początkowo przeznaczony na rynek niemiecki) i „Don’t Fall” (wydany we Francji). W międzyczasie światło dzienne ujrzały jeszcze dwie sesje nagrań dla Johna Peela, a dodatkowo The Chameleons pierwszy raz pojawili się w telewizji (klub Honky Dory w Detmold, Niemcy). Niedługo potem, ze względu na rosnącą popularność zespołu, Statik nabył prawa do pierwszego singla, i wydał go ponownie wraz z dodatkowym kawałkiem z pierwszej płyty, „Less Than Human”. Wszystko szło po myśli zespołu, aż do momentu premiery ich debiutu w Stanach. Okazało się, że Statik bez konsultacji z zespołem zezwolił MCA na wypuszczenie debiutanckiej płyty okrojonej o cztery utwory. Doprowadziło to do serii kłótni zespołu i wytwórni, ostatecznie zakończonej pozasądową ugodą, na mocy której zespół miał nagrać dla Statik jeszcze jedną płytę (obowiązywał ich znacznie dłuższy kontrakt i groziła im utrata praw do nowych nagrań); nie mając innego wyjścia, na początku 1985 roku The Chameleons zabrali się za nowego materiału. Płytę nagrywano w Highland Studios, ponownie przy pomocy Colina Richardsona.
Album sam w sobie jest zdecydowanie mniej melancholijny i mroczny niż debiut, dużo w nim mocniejszych i szybszych utworów; „What Does Antything Mean? Basically” wywołał entuzjastyczne reakcje prasy muzycznej, zdecydowana większość recenzji była bardzo pochlebna. Zespół wkrótce wkrótce wyruszył w długą trasę, wpierw po Europie, a później po Stanach, gdzie spotykali się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem; dodatkowo, z racji że The Chameleons po wydaniu singla z płyty („Singing Rule Britannia (While The Walls Close In)”) przestał obowiązywać kontrakt z Statik Records, zespół wydał singla ”One Flesh” pod skrzydłami Polydor, (korzystając z kontaktów które wyrobił sobie podczas dwóch tras w Stanach) by w końcu podpisać umowę z Geffenem (Geffen Records), będącym wtedy jednym z większych niezależnych labeli. Kolejną, bardzo ważą dla zespołu zmianą, która wynikała ze zmiany wydawcy, był nowy manager, Tony Fletcher (nie mylić z Tonym Fletcherem – dziennikarzem; napisał m.in. biografie Echo And The Bunnymen i R.E.M.); miał się stać osobą która była nieoficjalnym, „piątym członkiem” zespołu, wspierając go w trudnych momentach i mediując w coraz bardziej narastających konfliktach między muzykami.
Na początku 1986 roku doszło do kolejnego starcia zespołu z dawną wytwórnią, Statik – tym razem o prawa autorskie do starych utworów, nagranych w większości jeszcze na sesjach z 1981 roku. Tym razem zespołowi udało się wygrać tę batalię, w związku z czym Statik musiał wstrzymać wydanie „The Fan And The Bellows”, na którą miał zawierać się miały utwory z wczesnych sesji The Chameleons. Finalnie materiał wydała niewielka wytwórnia Hybrid, później zaś prawa od niej odkupiła Caroline Records, będąca wtedy częścią Virgin. W tym samym czasie The Chameleons zabrali się za pisanie materiału na trzecią płytę. Kontrakt z Geffenem umożliwił im zapewnienie sobie współpracy Dave’a Allena (był producentem The Cure i Sisters Of Mercy), jak i również komfortowe warunki w Jacob’s Studio w Londynie. Pierwszym owocem pracy w studio był wydany w różnych wersjach (7”, 12” I 2x 7”) singiel, “Tears” będący zapowiedzią następnego albumu. Końcowym rezultatem trwającej kilka miesięcy sesji była ostatnia studyjna płyta zespołu w latach 80-tych - “Strange Times”; okładkę ponownie zaprojektował Reg Smithies. Album spotkał się ze zróżnicowanymi recenzjami w ówczesnej prasie muzycznej, od pochlebnych (zwłaszcza w Stanach) aż do przyczepiających zespołowi etykietkę “stadionowego rocka” - głównie w Wielkiej Brytanii; zespół, co chwila pojawiały się komentarze porównujące zespół do U2. Płycie towarzyszył singiel “Swamp Thing”, na którym znalazł się również cover Davida Bowie (“John, I’m Only Dancing”). Komentarz Marka Burgessa na temat porównywania dotychczasowych dokonań zespołu z innymi wykonawcami:
“Dla mnie jest to swojego rodzaju obraza i potwarz. Zrozumiałe jest, że na samym początku jest się porównywanym do bardziej znanych zespołów, bo dziennikarze muszą mieć jakiś punkt odniesienia. Ale jeśli nagrywasz płyty od pięciu lat, to ciągłe słuchanie że brzmisz jak ktoś inny jest naprawdę wkurzające”
Trasie promującej “Strange Times” towarzyszyły narastające konflikty między członkami zespołu, głównie na tle dążeń Burgessa do “przeprowadzki” zespołu do USA; niedługo po zakończeniu trasy w Stanach, Tony Fletcher (menedżer) zmarł na zawał serca, a zespół, pozbawiony swojego “dobrego ducha” na dobre pogrążył się w kłótniach. Udało im się jeszcze nagrać EP-kę “Tony Fletcher Walked On Water”, jednak praktycznie nie została ona wydana ze względu na narastające tarcia w kapeli. Ponieważ The Chameleons byli przede wszystkim bliskimi przyjaciółmi, nieuniknionym było, że powolny rozpad był bardzo bolesny i w konsekwencji zaowocował zerwaniem jakichkolwiek kontaktów między dwoma obozami które się wytworzyły w zespole. Wypowiedź Marka Burgessa z 1988 roku:
“To wszystko były osobiste problemy między nami, więc nie lubimy o tym rozmawiać, właśnie dlatego że to takie cholernie osobiste. Po trasie w Ameryce wróciliśmy do Anglii i mieliśmy nagrywać materiał na nową płytę; około dwóch tygodni po naszym powrocie nasz menedżer, Tony Fletcher, zmarł i wszystko zaczął szlag trafiać. Mieliśmy już zabukowane studio, więc nagraliśmy cztery utwory, ale potem cały zespół zaczął się rozlatywać, co skończyło się na odejściu mnie i Johna z The Chameleons. Nie mogę na ten temat nic więcej powiedzieć – to naprawdę nie jest przyjemne, a rozwody właśnie takie są…”
W 1987 roku Mark Burgess, John Lever, Andy Clegg i znajomy z jego poprzedniej kapeli (Music For Aborigines), Andy Whitaker, założyli The Sun And The Moon. Ze względu na zobowiązania kontraktowe jeszcze z czasów poprzedniego zespołu, pierwsze single (“The Speed Of Life” w Wielkiej Brytanii i “Peace In Our Time” w USA) jak też debiutancki album nowego projektu Burgessa wyszły pod szyldem Geffena. Zespół, określanego w prasie jako “łatwiejsza wersja The Chameleons”, nie odniósł większego sukcesu (zwłaszcza w Ameryce, na co bardzo liczył wokalista), jakkolwiek dawni fani często pojawiali się na koncertach formacji.
W tym samym czasie dwaj byli gitarzyści The Chameleons, Dave Fielding i Reg Smithies nie próżnowali. Wszystko zaczęło się od prośby przyjaciela brata Dave’a, aby nagrali jeden numer na płytę z kowerami The Kinks (“Shangri La – A Tribute To The Kinks”) dla nowo powstałego niezależnego labela Imaginary Records. Utwór nowego zespołu gitarzystów, The Reegs, jest bardzo ciekawym coverem, utrzymującym nastrój i klimat oryginału, aczkolwiek przy użyciu bardziej nowoczesnych środków, charakterystyczna jest ściana dźwięku wytworzona przez dwóch muzyków, jak też intrygująca partia wokali Smithiesa. Zachęcani przez label, muzycy postanowili nagrać więcej materiału. Ze względu na niechęć Rega do bycia wokalistą, do zespołu dołączył Gary Lavery z Partisan Grey, którzy supportowali The Chameleons w początkach ich kariery. Niedługo potem, w 1989 roku zespół wydał album “Return Of The Sea Monkeys”, któremy poprzedziły dwa single, “See My Friends” I “Chorus Of The Lost”. Album jest dość eklektyczny, choć od razu zauważalne stają się partie obydwóch gitarzystów, momentami kojarzące się z późniejszymi albumami The Jesus And Mary Chain. Interesującą ciekawostką jest ostatni utwór, “All Tomorrow’s Parties”, będący instrumentalnym coverem The Velvet Underground, który zresztą pojawił się na “Heaven And Hell Volume Two – A Tribute To The Velvet Underground”, wydanym w 1991 roku.
Około 1990 roku między byłymi członkami The Chameleons ponownie wybuchł konflikt, spowodowany próbami wydania przez Marka Burgessa ostatniej EP-ki zespołu, “Tony Fletcher Walked On Water” nakładem Glass Pyramid, co zakończyło się pozwem sądowym i wstrzymaniem dystrybucji wydawnictwa. Tego typu sytuacje będą się zresztą powtarzać przez lata 90-te, głównie z powodów praw autorskich do koncertowych wydawnictw The Chameleons. Po rozejściu się dróg muzyków The Sun And The Moon, Mark Burgess przez większość lat 90-tych będzie brał udział w kilku innych quasi-solowych przedsięwzięciach, lecz żadne z nich nie powtórzy sukcesu jego macierzystego zespołu. Z kolei byli gitarzyści The Chameleons nagrają w 1993 drugi album pod szyldem The Reegs (“Rock The Magic Rock”), będącym udaną kontynuacją tego co stworzyli na debiucie, z zauważalnymi wpływami bardzo popularnego wówczas na wyspach shoegaze’u. Pod koniec ubiegłego stulecia, muzycy zdecydowali się zakopać topór wojenny i zostawić przeszłe niesnaski za sobą – często wspominaną w wywiadach przyczyną była samobójcza śmierć Adriana Borlanda z The Sound, z którym Burgess miał grać koncerty w Niemczech:
“Grałem wtedy z Adrianem Borlandem w Bremie w jego solowym projekcie White Rose Transmission; prosił mnie żebym zaśpiewał i zagrał na basie w jednym z jego utworów; końcowy efekt tak mu się spodobał, że chciał żebym dołączył na stałe do zespołu, mieliśmy grać koncerty i tak dalej… I wtedy on się zabił, całą trasę oczywiście odwołano, a ja wróciłem do Anglii. Spotkałem się z Dave’em i powiedziałem mu, że jeśli mamy kiedykolwiek znów wszyscy zejść jako The Chameleons, to właśnie teraz nadszedł ten czas.”
Pogodzeni ze sobą członkowie zespołu, spotkawszy się z entuzjastycznym przyjęciem widowni, po zagraniu serii koncertów w Manchesterze i okolicach, zabrali się za nagrywanie nowej płyty. W międzyczasie wydali własnym sumptem płytkę “Strip” z akustycznymi wersjami starych utworów. Pierwszy album z nowym studyjnym materiałem po szesnastu latach przerwy, “Why Call It Anything”, nagrany ponownie z udziałem Dave’a Allena i wydany w 2001 roku, stanowi kolejny krok w rozwoju zespołu, bez patrzenia się wstecz; dominują w nim bardzo delikatne i stonowane brzmienia, z mocno wyeksponowanym akustykiem (Mark Burgess wspominał w kilku wywiadach o dużym wpływie, jaki na niego wywarł Jeff Buckley). Wyróżniające się utwory to rozpoczynający płytę “Shades”, zmienny “Truth Isn’t Truth Anymore” i momentami reggae’owy “Miracles And Wonders” z udziałem przyjaciela zespołu, Kwasi Asante. The Chameleons ponownie wyruszają w trasę po Europie by po jej zakończeniu ponownie zaszyć się w studiu, i nagrać “This Never Ending Now” (wydany w grudniu 2002 roku), będący kontynuacją akustycznych sesji z “Strip”. Po amerykańskiej trasie promującej “Why Call It Anything”, zespół zawiesił aktywność na kilka miesięcy, by ostatecznie ponownie rozpaść w Święta Wielkanocne 2003 roku. Ostatnim oficjalnym wydawnictwem zespołu został dwupłytowy zapis koncertu w Academy (Manchester) z 2001 roku zatytułowany po prostu “Live At The Academy”.
The Chameleons pozostawali w latach 80-tych jednym z najbardziej niedocenianych zespołów, nigdy nie osiągając takiej popularności jak Echo And The Bunnymen czy U2, z którymi najczęściej bywali porównywani. Na to wszystko nakładała się zła passa zespołu, który ciągle musiał walczyć ze swoimi własnymi wydawcami o wolność artystyczną, co dodatkowo pogarszało samopoczucie muzyków; prawie w każdym wywiadzie z tamtych lat powraca sprawa konfliktów z labelami na tym tle. Lata 90-te przyniosły wzrost zainteresowania muzyką kwartetu z Middleton, głównie za sprawą zdobywającego ogromną popularność nurtu shoegaze (za którego głównych protoplastów, oprócz The Jesus And Mary Chain uznawani są właśnie The Chameleons). Wiele zespołów grających w tym stylu (z bardziej znanych Ride, Slowdive czy Kitchens Of Distinction) otwarcie deklarowało The Chameleons jako jedną ze swoich największych muzycznych inspiracji. Do dziś dzień płyty zespołu nie straciły nic ze swojego uroku, i cały czas uwodzą słuchacza niepowtarzalnym melancholijno – romantycznym klimatem; naprawdę warto zapoznać się z dokonaniami tego nieco zapomnianego, acz bardzo zasłużonego dla muzyki rockowej zespołu.
Skład:
Mark Burgess: bas i wokal 1981-1987, 2000 - 2003
Dave Fielding: gitara 1981 – 1987, 2000 – 2003
Reg Smithies: gitara 1981 – 1987, 2000 – 2003
John Lever: perkusja 1981 – 1982, 1983 – 1987, 2001 – 2003
Alistair Lewthwaite: klawisze (sesyjnie) 1983 – 1985
Andy Clegg: klawisze (sesyjnie) 1985 – 1987
Martin Jackson: perkusja 1982 – 1983
Brian Shofield: perkusja 1981
Podstawowa dyskografia:
In Shreds [7” singiel, Epic EPC A 2210, 1982]
As High As You Can Go [7” singiel, Statik STAT 30-12, 1983]
As High As You Can Go [12” singiel, Statik TAK 6, 1983]
Script Of The Bridge [longplay, Statik STAT LP 17, 1983]
A Person Isn’t Safe Anywhere These Days [7” singiel, Statik TAK 6, 1983]
A Person Isn’t Safe Anywhere These Days [12” singiel, Statik TAK 06-12, 1983]
Up The Down Escalator [12” singiel, Statik TAK 11, 1983]
Up The Down Escalator [7” singiel, Statik TAK 11-12, 1983]
Don’t Fall [7” singiel, Statik TAK 13, 1983]
What Does Anything Mean? Basically [longplay i CD, Statik LP 22/CDST 22, 1985]
Singing Rule Britannia (While The Walls Close In) [7” singiel, Statik TAK 35, 1985]
One Flesh [7” singiel, Polydor 883-220-7, 1985]
Tears [7” singiel, Geffen 928 666-7, 1986]
Tears [12” singiel, Geffen 920 486-0, 1986]
Tears [2x 7” singiel, Geffen GEF 4F, 1986]
Strange Times [longplay i CD, Geffen 9 24119-1/GEFD-24609, 1986]
Swamp Thing [7” singiel, Geffen GEF 10, 1986]
The Fan And The Bellows [longplay, Hybrid CHAM LP 1, 1986]
Tony Fletcher Walked On Water [singiel 12” i CD, Glass Pyramid EMC 1/EMC 1CD]
Strip [longplay i CD, Paradiso PARADISCOLP01/PARADISOCD0, 2000]
Why Call It Anything [CD, Artful Records ARTFULCD39, 2001]
This Never Ending Now [CD, Paradiso PARADISOCD02, 2002]
Live At The Academy [2xCD, Paradiso PARADISOCD03, 2002]
Autor: yronisdead
Tagi: 80s, alternative, dream pop, new wave, post-punk, Wielka Brytania
Polysics - We ate the machine (23.04.2008)
9 sierpnia 2009 Bez kategorii, RECENZJE

Zaczyna się ciekawie. Ale tylko zaczyna. Gdyby nie to, że lubię wszelkie obce dźwięki typu brzdęki i piski w piosenkach, spisałabym tę płytę na straty. No i wokalista, Hiroyuki Hayashi, ma taki fajniusi, cukierkowy głos. Przywodzi mi to na myśl japońskie kreskówki, jakie oglądałam. Nie było ich wiele, ale to miłe wspomnienie dzieciństwa. Oczyma wyobraźni widzę dziewczynki harajuku z lizaczkami w rączkach skaczące w rytm muzyki. Z tym, że w „Rocket” ten rytm jest męcząco zmienny, więc zdezorientowane panienki grupują się w chórki. „機械食べちゃいました (I ate the machine)” przynosi swoistą masakrę brzmieniową, zawiera siepanie w instrumenty i zagadkowe dyszenie.
Im głębiej w las, tym więcej dzikości ujawnia płyta. Staje się wroga, syntezatory i przesterowane gitary wysuwają pazurki i błyskają złowrogo oczkami. W to wplecione są bezpardonowo piskliwe jakby-dziecięce głosiki, ale odnoszę wrażenie, że te biedne dzieci zostały zahipnotyzowane. Nie brakuje także nieokiełznanych solówek, patrz: „ポニーとライオン (Pony and lion)”, oraz szaleńczo punkowych bębnów. Świergoty wędrują od prawego do lewego głośnika z zawrotną prędkością. Rozpraszające, ale nie robi sieczki z mózgu.
Otwierająca album piosenka „Moog is love” jest apoteozą syntezatora marki Moog. Rzeczywiście, imponujące urządzenie. Zatem utwór ten zapewne jest wyznaniem bezgranicznej wdzięczności dla możliwości tego sprzętu, specyficznym hymnem zespołu. Bez Mooga nie istnieliby. A i sam Moog ich kocha. „Rocket” i „Blue noise” trącą podkładem do gier typu Mario Bros – absolutnie nie hamują ciała migdałowatego, ale za to działają retrospektywnie: któż z nas nie cieszył się tą wspaniałą rozrywką.!
Oni naprawdę brzmią, jakby zjedli maszynę… Zastosowano tu paletę osobliwości brzmieniowych, jak choćby szczekaczka, koniki polne, zgrzytanie styropianem po szkle i mnóstwo innych, do nazwania których mój aparat pojęciowy jest zbyt ubogi. Mogą one być męczące dla co wrażliwszych uszu. Jednak ma to ten plus, że „We ate the machine” nadaje się na imprezę zarówno w rytmach disco, jak i przy gandzi – transowe brzmienia podkreślą stan uczestników melanżu.
Słów nie będę się czepiać, bo po japońsku nie rozumiem, a co do angielskich – nie ma o czym mówić.
Intrygujące, że płyta jest spójna, ale nie nudna oraz szalona, ale nie irytująca. Odważna, bardzo. Tj. na tyle, na ile odważna być może, nie wkraczając na obce tereny, np. brzmień ekstremalnych.
Poprawne, ciekawe, dzikie, ale nie wnosi nic nowego w pojęcie muzyki. Ekscentrycy zawsze byli i nigdy ich nie zabraknie; Polysics mają dużą szanse na bycie zapomnianym. To prawda, że ich płyty – czasem nawet mimo słabych wyników sprzedaży – zyskują entuzjastyczne recenzje, jednak zachwycić się można wszystkim, zwłaszcza żyjąc w kulturze odrzucającej odszczepieńców jako ubytek. Czy krążek spodoba się, czy nie – to jest sprawa indywidualna jak rzadko kiedy. Jeszcze nigdy nie byłam w sytuacji, gdy nie mogę jednoznacznie stwierdzić, czy dana muzyka jest godna polecenia. Na to składa się wiele czynników: gust, nastrój, stan zdrowia, styl zabawy, a nawet wrażliwość sąsiadów.
Widać, że w tworzenie włożono mnóstwo – jak na purytańską Japonię – zaangażowania i radości. A być może nawet podczas nagrywania trzymano się za rączki, tuptano w miejscu i kiwano główkami na boki. Zaiste, uroczy jest śpiew Hiroyuki.
Szaleństwo, należy dawkować.
バイバイ!
(papa!)
Tagi: experimental, Japonia, new wave, noise rock, post-punk, rock japoński
THE JESUS AND MARY CHAIN
13 lipca 2009 ZESPOŁY

Glasgow, Wielka Brytania (1984 – 1999, 2007 – obecny)
The Jesus and Mary Chain – szkocki zespół indierockowy i noise popowy powstały w Glasgow. Pierwsze lata aktywności datuje się na 1984 – 1999. W 2007 roku zespół wznowił działalność i jest aktywny do dnia dzisiejszego. Jego muzyka charakteryzuje się nietypowym połączeniem hałaśliwej, gitarowej ściany dźwięku (inspirowanej przede wszystkim twórczością The Velvet Underground) i popowych melodii w stylu The Beach Boys. Grupa jest uznawana za protoplastę nurtu shoegaze.
Dyskografia:
Psychocandy (1985)
Darklands (1987)
Automatic (1989)
Honey’s Dead (1992)
Stoned & Dethroned (1994)
Munki (1998)
Tagi: alternative, indie, post-punk, rock, shoegaze, Wielka Brytania
COCTEAU TWINS
7 lipca 2009 ZESPOŁY

Cocteau Twins to szkocka grupa dream popowa. Zespół działał w latach 1981 - 1998. Powstał w Grangemouth w Szkocji. Nazwa zespołu pochodzi od tytułu utworu wykonywanego przez grupę Simple Minds. W początkowym składzie znajdowali się tylko Robin Guthrie (gitara) i Will Heggie (gitara basowa), później do zespołu dołączyła Elizabeth Fraser (wokal). Ostateczny skład zespołu ustalił się w 1983 roku - z zespółu odszedł Heggie, a na jego miejsce przyszedł Simon Raymonde (gitara basowa). Muzyka zespołu określana jest jako dream pop z elementami shoegaze. Popularność grupie przyniosły oryginalne kompozycje (często o brzmieniu folklorystycznym). Muzyka charakteryzowała się oszczędnym brzmieniem gitarowym, który nadawał tajemniczy i misterialny nastrój. Wszystko uzupełniał delikatny wokal Fraser - śpiewany przeważnie w zmyślonym lub przeinaczonym języku.
Dyskografia:
Garlands (1982)
Head Over Hils (1993)
Treasue (1984)
Victorialand (1986)
The Moon And The Malodies (1986)
Blue Bell Knoll (1988)
Heaven or Las Vegas (1990)
Four-Calendar Cafe (1993)
Four-Calendar Cafe (1996)
Tagi: alternative, dream pop, ethereal, post-punk, shoegaze, Wielka Brytania