Kompendium wiedzy na temat nowej muzyki: shoegaze, post-rock, indie, ambient, trip-hop i inne…

Adorable – Against Perfection (1993)

Rozpoznanie – Glorious. Wstępny domysł – zapowiada się kawał dobrego rocka spełniającego funkcję shoegaze’ową. Dalsze 36 minut potwierdziło hipotezę. Płyta pełna radosnego, dynamicznego rocka, mimo tak spokojnej formy. „Na Jowisza!”, zamyśliłam się, „dlaczego nie mainstream…”. Po chwili zrozumiałam: „Ach! Za dobre na mainstream…”.
Bywają rzeczy tak piękne, ciekawe, fascynujące, że nie trzeba ich dookreślać – wystarczy zaznaczyć ich istnienie. Do tego zbioru należy Against Perfection, a ja wskazuję – bierzcie i słuchajcie. Tak, wiem, krążek pierwszą młodość ma już za sobą, lecz na moje usprawiedliwienie powiem, że w momencie jego wydania miałam 3 lata – a w tym wieku słucha się czegoś innego.
Moje osobiste odczucie: płyta nie jest uzależniająca. Sądzę jednak, że lepiej jest sięgać po coś świadomie i spokojnie, oddając się kontemplacji i uwielbieniu, niż słuchać, bo już się nie wytrzymuje.

Uśmiechnęłam się do Homeboy. A poza tym – ekstaza , do której być może przyczyniło się także uspokajanie mojego gustu muzycznego folkiem i chilloutem. Oraz najpiękniejsze poczucie braku, czyli nostalgia w Still Life.

I’m tripping into the back of my mind.

1. Sunshine Smile [5:03]
2. Glorious [4:19]
3. Favourite Fallen Idol [2:42]
4. A to Fade In [4:53]
5. I Know You Too Well [3:42]
6. Homeboy [4:32]
7. Sistine Chapel Ceiling [3:35]
8. Cut #2 [4:45]
9. Crash Sight [4:04]
10. Still Life [2:38]
11. Breathless [5:18]
12. I’ll Be Your Saint [3:32]


Adorable - Homeboy

PREMIERA THE SPOUDS

Plakat The Spouds & Rachael

Wszystkich warszawiaków zapraszamy już w ten piątek na koncert zespołu The Spouds. Nie będzie to jednak zwykły występ, gdyż na ten właśnie dzień przewidziana jest premiera ich debiutanckiego materiału zatytułowanego “Serenity is only a brainwave”. Jeśli lubicie klimaty noisowe, gaze’owe i posthardcorowe, nie może was tam zabraknąć, tym bardziej, że każdy z uczestników wydarzenia otrzyma w prezencie wspomniany krążek zespołu.
Jako gość specjalny zagrają specjaliści od garażowej psychodelii Rachael, a after do białego rana poprowadzi DJ Gracz Duda.

Warszawa, klub Saturator ul. 11 listopada 22.

Piątek 2 października 2009 godzina 20:30, wstęp 15zł (w cenie płyta The Spouds)

Mew - No More Stories Are Told Today I’m Sorry They Washed Away No More Stories The World Is Grey I’m Tired Let’s Wash Away (2009)

Prosto z mostu, po kolei, bez odwracających uwagę wstępów.

New Terrain otwierająca album zapowiada, że będzie on wielce obiecujący. Ciekawie skomponowana, przyjemna i zastanawiająca, pobudza apetyt. Jest harmonijna, mimo że chce wymknąć się spod kontroli. Szkoda, że dalej jest słabiej. Introducing Palace Players wydaje się być jakby stworzona przez inny zespół dla innych celów. Odstaje i przypomina Gorączkę sobotniej nocy. Różnice są dobre, ale nie wtedy, gdy wszystko jest zupełnie inne i żyje własnym życiem. Nie mówiąc hop, przechodzę do Beach, która nieco poprawia mi humor. Spokojna, z subtelnie nakreślonym wokalem i muzyką migotającą jak gwiazdy na wieczornym niebie, tworzy dream popowy klimat, któremu nie sposób się oprzeć. Gniewnie przechodzi w krótką, ale post rockowo dosadną Repeaterbeater. Intermezzo 1 jest dwudziestosiedmiosekundową przerwą na złapanie oddechu, a jednocześnie stanowi granicę. Silas The Magic Car z cudownym falsetem jest jak kołysanka – ta subtelna perkusja i elektronika kojarząca się z pozytywkami… I mimo to sprawnie unika tandety. Wprowadza w senny świat. Pierwszym snem jest Cartoons And Macramé Wounds, beztroska i spokojna. Atmosferę szczęścia tworzą chórki i podporządkowanie muzyki słodkiemu, ale nie cukierkowemu wokalowi. W końcowej części następuje eksplozja wyciszająca się samoczynnie, by ustąpić miejsca spokojowi Hawaii Dream. Jawi się on jak podróż po niebie na chmurze, cel – Hawaii. A tam beztroska zabawa gdzieś w dziczy, z akompaniamentem ptaków i tajemniczym echem. Kończy się drapieżnie, co jest barierą pomiędzy nią a Vaccine, która klimatem koresponduje z Beach. Tricks Of The Trade przechodzi bez echa. A to, co następuje po Intermezzo 2, to zupełnie inna bajka…

Takiej muzyki potrzeba znerwicowanemu światu

1. New Terrain [3:14]
2. Introducing Palace Players [4:46]
3. Beach [2:46]
4. Repeaterbeater [2:34]
5. Intermezzo 1 [0:29]
6. Silas The Magic Car [4:06]
7. Cartoons And Macramé Wounds [7:21]
8. Hawaii Dream [1:47]
9. Hawaii [5:01]
10. Vaccine [5:08]
11. Tricks Of The Trade [4:28]
12. Intermezzo 2 [1:04]
13. Sometimes Life Isn’t Easy [5:21]
14. Reprise [5:32]

Brakes - Touchdown (20.04.2009)

Najbardziej zdyscyplinowane trzydzieści sześć minut w moim życiu.

Naprawdę, ta płyta jest taka, że automatycznie masz wrażenie, iż natychmiast powinieneś się podporządkować.

Folk przechadza się tu i ówdzie, od czasu do czasu zostawia swój radosny, kolorowy kwiatuszek. Jego subtelność tworzy klimat tej płyty. Grzeczny, sympatyczny… Jednak przynajmniej nie jest nudno. Każda piosenka jest jakimś od-do, ma swój wyznaczony teren i wygląd, poza który nie wykracza. Poszczególne utwory, są sobą i wydają się nawzajem nie korespondować. Zupełnie jakby ktoś stał nad każdym i krzyczał do niego: „Ściaśniaj, ściaśniaj! Nigdzie się stąd nie ruszaj!”. Toteż żadny się nie wyróżnia na tyle, by nazwać go najsłabszym lub najmocniejszym punktem. Czyżby właśnie tą jednolitością objawiała się punkowość płyty? Otóż nie. Takim akcentem jest „Hey hey”, gdzie względnie zaczyna się coś dziać.
Krążek nie porusza emocjonalnie. Nie jest rzewny, nie krzyczy do słuchacza, nie pobudza go, nie pociesza ani nie napełnia energią. Weźmy na przykład utwór zamykający album – „Leaving England”. Niby słychać nostalgię, że „wyjeżdżam, nie wiem, czy wrócę”, ale jest to nostalgia sterowana, która nie może wymknąć się spod kontroli. Bo płyta jest skrojona na miarę.

Ale to już było, chciałoby się zanucić. Na „Touchdown” można odnaleźć wiele patentów sprawdzonych przez inne zespoły. Mam co do tego mieszane uczucia, ale niech im będzie. Lepiej wypuścić na rynek muzyczny coś poprawnego i przewidywalnego, niż kolejne, według-wykonawcy-genialnie-odkrywcze barachło.
Krótko i treściwie. Żadnego szoku nie ma. Ale może o to chodziło.

NOWY SINGIEL THOMA YORKE’A

Frontman Radiohead zapowiedział wydanie solowego singla na winylu. Będzie można go nabyć za pośrednictwem strony zespołu od 21 września, a w październiku ma ruszyć również sprzedaż cyfrowa. Na singlu znajdą się dwie piosenki: “FeelingPulledApartbyHorses”, napisana przez Radiohead i wykonywana przez Thoma wraz z gitarzystą Jonnym Greenwoodem, oraz “Hollow Earth”, powstała podczas prac Thoma nad albumem “The Eraser”. Obie zostały wyprodukowane przez Nigela Godricha, który niejednokrotnie współpracował z Radiohead.

PREMIERA ALBUMU BLACK RYDER CORAZ BLIŻEJ

Znamy już datę premiery debiutanckiego albumu duetu The Black Ryder. Krążek zatytułowany “Buy the Ticket, Take the Ride” ma ukazać się 3o października bieżącego roku nakładem The Anti-Machine Machine. Jest to label założony przez członków zespołu, Aimée Nash i Scotta Von Rypera. Oni sami też są odpowiedzialni za mastering albumu. Jak pisaliśmy wcześniej, w nagrywaniu 11 kawałków wzięli udział liczni goście, m.in.: Ricky Maymi (z The Brian Jonestown Massacre), Peter Hayes (z Black Rebel Motorcycle Club), czy Tim Powels (z The Church). Na profilu myspace zespołu można już teraz posłuchać dwóch przearanżowanych utworów, znanych wcześniej z wersji demo, “Burn and Fade” oraz “Let it Go”.

As Tall As Lions - You can’t take it with you (18.08.2009)

Przyznam szczerze – zainteresowałam się tą płytą, gdy przeczytałam, że brzmi podobnie do Coldplay. I to racja, zwłaszcza wokal – wypisz wymaluj Chris Martin. Podobnie w tym przypadku nie znaczy tak samo dobrze.

Krótko i rzeczowo. Tym razem nie będę się rozpisywać.
Gdybym chciała być wredna, określiłabym ten krążek jako nudny, jeśli entuzjastyczna – jako transowy. Natomiast jako obiektywna recenzentka (brak stronniczości to cecha, którą nabywam na potrzeby owego zajęcia) stwierdzam, że grają spokojnie, nawet w momentach mocniejszych uderzeń w bębny i intensywniejszych szarpnięć strun. Spokój i senność. Kołyszące rytmy. Z tego schematu delikatnie wyłamuje się „Is this tommorow?”, pobrzmiewający w klimacie indie electronic. Przyjemna odmiana w tym zagęszczeniu spokoju. „Sleepyhead” z respiratorem w tle już samym wokalem przywołuje klimaty szpitalne – Dan Nigro szepce kojąco jak osoba odwiedzająca pacjenta. Aż (tak!) dwie piosenki są dualistyczne - w obrębie każdej znajduje się jeszcze jeden krótszy utwór. Ciekawy zabieg, ale w nadmiarze staje się pretensjonalny. Zwracam uwagę na „Home is where you’re happy” (niestety, z deluxe edition (; )– to mój faworyt. Co prawda tekst banalny, ale gitara i prosta budowa piosenki tworzą całość bliską moim upodobaniom. Szkoda, że to taki krótki utwór.

Bez kawy się nie obeszło. Przypuszczam, że osoby energetyczne i cholerycy nie znajdą tu nic dla siebie; wszak świat nie składa się tylko z tych. Przy „You can’t take it with you” można odpocząć, a nawet spokojnie pospać.
Płyta jest dobra, ale tylko miłośnicy znajdą w niej coś wciągającego. Jest dużo synonimicznie grających zespołów, a nawet parę lepszych. Żeby tworzyć muzykę balansującą na granicy jawy i snu, trzeba umieć nadać jej oryginalność, wynieść ją ponad inne podobne, inaczej ginie się w tłumie. To nie jest muzyka popowa, która – zgodnie z definicją – sprzedaje się wszędzie i w każdym wydaniu. I za to należy się Lionsom szacunek.

The Autumns - In the russet gold of this vain hour (15.02.2000)

Trzecia recenzja, a ja już chciałabym trafić na słabą płytę. Żeby móc ją zjechać. Opluć. Zmieszać z błotem. Zmiażdżyć obcasem, a potem uśmiechnąć się i odejść, poprawiając szminkę na ustach. Ech, jak się okazuje, nie można notorycznie przebywać w idealnym świecie. Do następnej recenzji postaram się wyszukać coś beznadziejnego.

Na pierwszy ogień rzucam teksty. Osobiście jestem wobec tych wymagająca; puste i bezsensowne są w stanie skreślić piosenkę na wieki. „This is the end you’re searching for, this is it, this is all, this is the dream where you hit the floor” oraz „Hung in drapes of palest lace, from the stakes of brittle grace. It’s away, my love” z otwierającej album „Boy with the aluminium stilts” i już wiem, że mam czego szukać dalej. Piosenki mówią o miłości i krwi, ale to wszystko zaklęte jest w czarujące porównania i metafory: „Once in the slumber and frost we’re clinging” z „June in her frost and fur” i sam tytuł kolejnej piosenki „Mistral chimes at nightfall” są przykładami intensywnych, ale nie przesłodzonych fraz. Przykładem magii niech będzie „Soft spoken spells as their voice often quells thus alluring her near” z „The wreathe and the chain”. „Witch hazel” rozwiała moje obawy dotyczące braku „lirycznego uderzenia”. Oczywiście nie był to brutalny cios, a mocniejszy akcent, nie odstający od całości.

„Będą nudy” – pomyślałam, włączywszy pierwszy utwór. Jednak po zaznajomieniu się z całą płytą stwierdziłam, że piosenka nie ma nic wspólnego z przewidywalnością. Monotonna, ale delikatna, urzekająca. Ten piękny falset, subtelna perkusja i niebezpieczne przestery stanowią lekkie wprowadzenie do całej głębokiej dźwiękowo reszty.
Nastoletnim zachwytem pozwolę sobie stwierdzić: jaki ten facet ma piękny głos. Harmonizuje on z linią melodyczną lub tworzy wysublimowany „utwór w utworze”. Jest jak pokryta rosą pajęczyna gdzieś w załamaniach chropowatej – dobrze wyczuwalnej – kory. Wokalista Matthew Kelly ma moc w delikatności – potrafi zaczerpnąć uczuć słuchacza, nie siląc się na wrzaski lub łkania.
Odnoszę wrażenie, jakoby instrumenty były dla wokalu: tworzą idealny podkład, ale nigdy nie wysuwają się na pierwszy plan. Stanowią perfekcyjne dopełnienie i razem z nim opowiadają historię, lecz nigdy nie są krzykliwe. Więcej – one są tworzone przez muzykę, która niejako powołuje je do życia, wzywa do kreowania tej eterycznej siły spokoju. Całość jest jak poranna mgła, unosząca się sennie nad gruntem, nim rozpłynie się w namnażających się promieniach słońca lub wzleci niepostrzeżenie do nieba. Muzyka, która wprowadza niepokój wymagający rozważań.

Płyta bardzo przyjemna dla ucha, a jednocześnie bezpretensjonalna. Jednolita, ale nie nudna. Stonowana, ale poruszająca. Odmierza czas, dawkuje deszcz i wiatr. Pozwala zwolnić tempo i przepuścić pędzący świat obok, uspokoić nerwy i wyruszyć na poszukiwanie zagubionego „ja”. Wszelako intryguje niespodzianką ostatnich pięciu minut: końcówka „Witch hazel” i początek utworu dziesiątego – „ In the russet gold of this vain hour” są jakby linią graniczną; ostatnia piosenka jest… inna. Nie wyłamuje się z konwencji i stylu, ale jest poniekąd bardziej zmysłowa, zmysłowością niepewną. Intymna, jak bliskość w tańcu, lżejsza. Bardziej senna.
Czyli nie generalizujmy.