Kompendium wiedzy na temat nowej muzyki: shoegaze, post-rock, indie, ambient, trip-hop i inne…

Place to Bury Strangers, A - In Your Heart

Adorable - Fake (1994)

Jak poprzednio. Kawał dobrego rocka, niespokojny, a jednak spokojny, niebezpieczny, ale ciepły. Bez niespodzianek. Płyta wydana nieco ponad rok po Against Perfection jest jak jej bliźniaczka. Nie znaczy to jednak, że jest nudna, przewidywalna, niepotrzebna (tfu!). Z Fake i Against Perfection jest jak z dwiema równie pięknymi siostrami - ciężko się zdecydować na jedną…
Bardzo dobrze, że powstają takie płyty i bardzo źle, że rozpadają się takie zespoły.

1. Feed Me [3:29]
2. Vendetta [4:10]
3. Man in a Suitcase [4:48]
4. Submarine [4:29]
5. Lettergo [3:59]
6. Kangaroo Court [3:27]
7. Radio Days [3:36]
8. Go Easy on Her [4:33]
9. Road Movie [4:17]
10. Have You Seen the Light [4:49]


Adorable - Kangaroo Court

Dead Sea, The - The Dead Sea (2009)

Nie mogę sobie teraz za bardzo przypomnieć muzyki rodem z Australii (poza Nickiem), do której bym powracał i zachwycał się nią. Tym bardziej byłem ciekaw, co przyniesie ze sobą pochodzący stamtąd materiał zespołu The Dead Sea, który imiennym krążkiem w zeszłym roku zadebiutował. Ponieważ wiedziałem, że to kolejna grająca post-rocka kapela, zastanawiałem się, czy coś wniesie więcej w muzyczny świat sprowadzony do tych dwóch słów. Po odsłuchaniu słychać, że rewolucji tutaj nie ma. Istnieje jednak coś innego na tej płycie, coś niezwykłego, niebywałego - jest to aura ubarwiona schizofreniczną powłoką. Taką muzykę najczęściej porównuje się do zimnego klimatu Skandynawii, dopiero po tym skojarzeniu próbuje się odnaleźć inne, ale o Australii wątpię byśmy wspominali w tych rozrachunkach. Czy to miejsce, skąd pochodzą muzycy, niesie ze sobą tę chorą przenośnię, czy sami spoglądają w taki sposób i rozmawiają o tym dźwiękami? Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się właśnie, że płyta ta skrojona na pewnego rodzaju koncept album, przyciąga wizualnością dźwięków, wystarczy zamknąć oczy. Mimo, iż w większości to krótkie utwory, w których shoegaz’owe gitary mieszają się z post-rock’owym budowaniem kompozycji a całość okraszona jest minimalistycznym spojrzeniem, ich rozbudowany wydźwięk przenosi w jakiś potężny wymiar, gdzie pozostały już tylko myśli i przestrzeń. Obszerność jej jest przygniatająca. Zaczynam bać się kolejnych odsłuchań, milknę wraz z nimi, a czyjeś szepty ciągle podjudzają, odchodzą i zawracają. Zatyka mnie wszechświat wyobrażeń sprowadzany do galaktycznego lotu… i martwe morze wokół.

10 w skali beauforta - to morze tylko z nazwy upodabnia się do trupa

1. Slow Jet [3:06]
2. Okono [1:40]
3. The Devil Bends [4:34]
4. III [2:01]
5. Zabriskie Point [7:49]
6. Nulla Desiderata [2:47]
7. Little Lights [1:45]
8. Departure Gates [5:59]
9. Banquet [2:07]
10. Bandicoots [8:42]

———-
Lucjan Lucimiński

Adorable – Against Perfection (1993)

Rozpoznanie – Glorious. Wstępny domysł – zapowiada się kawał dobrego rocka spełniającego funkcję shoegaze’ową. Dalsze 36 minut potwierdziło hipotezę. Płyta pełna radosnego, dynamicznego rocka, mimo tak spokojnej formy. „Na Jowisza!”, zamyśliłam się, „dlaczego nie mainstream…”. Po chwili zrozumiałam: „Ach! Za dobre na mainstream…”.
Bywają rzeczy tak piękne, ciekawe, fascynujące, że nie trzeba ich dookreślać – wystarczy zaznaczyć ich istnienie. Do tego zbioru należy Against Perfection, a ja wskazuję – bierzcie i słuchajcie. Tak, wiem, krążek pierwszą młodość ma już za sobą, lecz na moje usprawiedliwienie powiem, że w momencie jego wydania miałam 3 lata – a w tym wieku słucha się czegoś innego.
Moje osobiste odczucie: płyta nie jest uzależniająca. Sądzę jednak, że lepiej jest sięgać po coś świadomie i spokojnie, oddając się kontemplacji i uwielbieniu, niż słuchać, bo już się nie wytrzymuje.

Uśmiechnęłam się do Homeboy. A poza tym – ekstaza , do której być może przyczyniło się także uspokajanie mojego gustu muzycznego folkiem i chilloutem. Oraz najpiękniejsze poczucie braku, czyli nostalgia w Still Life.

I’m tripping into the back of my mind.

1. Sunshine Smile [5:03]
2. Glorious [4:19]
3. Favourite Fallen Idol [2:42]
4. A to Fade In [4:53]
5. I Know You Too Well [3:42]
6. Homeboy [4:32]
7. Sistine Chapel Ceiling [3:35]
8. Cut #2 [4:45]
9. Crash Sight [4:04]
10. Still Life [2:38]
11. Breathless [5:18]
12. I’ll Be Your Saint [3:32]


Adorable - Homeboy

GLASSACRE

Dawno, dawno temu, w kraju, gdzie ludzie chodzą do góry nogami i ujeżdżają kangury, powstał projekt muzyczny o mrocznej nazwie Glassacre. Jego twórcami są panowie Chris Mason i Cam Merton. Grupa wykonuje muzykę shoegaze, ale uwaga - gdy uwzględnimy położenie geograficzne nasuwa się wniosek, że panowie, spoglądając w swe trzewiki, tak naprawdę patrzą do góry.! Jako wpływy muzyczne podają między innymi klasyków, jak: My Bloody Valentine i Cocteau Twins, zespoły rodzime: Severed Heads oraz grupy z kraju związanego osobą królowej: The Smiths i Boards Of Canada. Chris tworzy pod szyldem Chris Mason Implosion, a także w My Majestic Star, natomiast Cam jest szefem wytwórni Hidden Shoal Records. Grupa może się pochwalić jedynie niewielkimi sukcesami, jak prezentowanie ich utworów w radiu czy przychylne recenzje.
Pierwszą epką Glassacre jest Slow Attack z 2006 r., z niej pochodzi singiel Swimming in Greece (2006). Kolejny singiel, September 16th, wydany pierwotnie w 2007 r. i obwieszczający płytę długogrającą Without Sleep (zapowiadaną od tego samego roku), znalazł się na składance A Million Square Miles: A Sample of Western Australian Music (2009). Utwór Sanctuary, b-side singla September 16th, dostał swe miejsce na kompilacji Limit of Maps (2008), a Asleep in the Lake - na The Least Vestige of Land (2006).

Cam zapytany o to, co jest najfajniejsze w byciu w zespole:
“To może brzmieć trochę jak oczywistość, ale: muzyka, piosenki. Robimy muzykę, której sami chcielibyśmy słuchać. Słuchanie ostatecznej wersji utworu, gubienie się w niej i zapominanie, że maczałeś palce w jej tworzeniu jest magią. Wszystko poza tym jest dodatkiem.”

MySpace zespołu

Glassacre - Take Away the Smiles

Manescape - Ex-Internal (2009)


Płyta nagrana w studio im. Tom’a Waits’a zobowiązuje…
Ad rem: bardzo gitarowe, dynamiczne i osnute mgłą brzmienia.  Ex-Internal to taka biel i czerń, która nieustannie się miesza. Zaczyna się to już na okładce - notabene bardzo udanej. Od pierwszego utworu pojawia się pewna płynność, która sprawia, że nie potrafię się “wyłączyć” ze słuchania. Kolejne przeciwieństwo wiąże się z nastrojem całej płyty: mamy tu wspomnianą wcześniej dynamikę, regularność sekwencji, powtarzalność, ale równocześnie wszystko zatopione jest w raczej mrocznej mgle. Najwyraźniej widać to w kawałku Hell Will Burn In Heaven, który zaczyna się od eterycznego zawodzenia i stopniowo przechodzi w transowe akordy. Przypomina to trochę rozpędzającą się lokomotywę. Z kolei w Ordinary Indywidual jest bardziej chwytliwe, wpadające w ucho. Każdy utwór na tej płycie jest “jakiś”, zawiera pewne smaczki - momenty, ciekawe przejścia, ładne rozwiązania melodii - według mnie mogłoby być ich więcej. Należy docenić pewną kwestię, która w muzyce popularnej byłaby zarzutem: subtelny, ginący wokal. Uważam, że dużą sztuką dla wokalisty jest nagrać utwór w którym pozostanie on jakby w tle, równocześnie nie ginąc.  Na pierwszym miejscu są tu gitary. To duża sztuka, a w przypadku takiego rodzaju muzyki jest to zaletą. Najbardziej mięsisty kawałek to Way Out- aż chce się pomachać głową na koncercie. Ponieważ wychodzę z założenia, że w muzyce rockowej nie jest możliwy brak inspiracji, odniesień, pozwolę sobie na porównanie, które na początku trudno mi było wyartykułować. Zespół Tool. To duży plus, mieć choć iskierkę podobieństwa z taką kapelą. Kropką nad i jest Black The White, który smakowicie zamyka płytę, podsumowując walkę przeciwieństw.
Podsumowując: Gratuluję spójności tematycznej: okładka, teksty, muzyka - wszystko trzyma się w całości i to smakuje. Czy są jakieś minusy? to kwestia indywidualnych potrzeb, dla mnie zabrakło nieco optymistycznej energii, bo płyta jest raczej refleksyjna, momentami wręcz mroczna, bardzo męska. Ex-Internal nie jest rewolucyjna, ale jest bardzo, bardzo dobra. Wreszcie do Polski dotarł powiew zachodu, w pełnym tego słowa znaczeniu. Warto promować taką twórczość - szczerze polecam.

1. Smell My Spot Recognition [3:51]
2. Switched Off [3:37]
3. Failure Machines Never Salute [4:10]
4. In Progress [5:25]
5. Hell Will Burn In Heaven [7:25]
6. Ordinary Indywidual [3:45]
7. Absence Of Silence [8:46]
8. Way Out [4:38]
9. Black The White [4:40]

FOXTAIL SOMERSAULT

Zespół powstały w San Francisco w 2004 roku. W jego skład wchodzą: Becky Uline (śpiew, gitara), Elizabeth Anderson (śpiew, gitara), Seiken Nakama (gitara), James Spadaro (gitara), Brian Anderson (bas), Mark Lotfin (perkusja). Nakama skompletował grupę w sposób dość ciekawy, bo przez ogłoszenia na stronie internetowej Craigslist. James gra na gitarze w Mornign Spy. Ich muzyczne inspiracje to między innymi: The Cure, Cocteau Twins, Slowdive, My Bloody Valentine, Swervedriver, Bad Brains, David Bovie.
Póki co zespół wydał jedną EPkę - Fanthom, rok 2007. Już w 2008 roku Seiken deklarował, że Foxtail Somersault pracuje nad nową płytą, która z założenia ma różnić się kompozycyjnie od Fanthom, natomiast we wrześniu ubiegłego roku na oficjalnej stronie pojawiła się informacja, że kolejne wydawnictwo zatytułowane Release jest prawie gotowe. Czekajmy więc.


Foxtail Somersault - Divingboard

oficjalna strona zespołu
strona Becky oraz jej MySpace. MySpace zespołu, a tu - Jamesa

Old Time Radio (feat. Julia Marcell) - Christmas With You

Felix potrzebuje waszej pomocy

Felix Bondareff znany głównie ze swojego jednoosobowego projektu Amazing Electronic Talking Cave opublikował ostatnio na swoim profilu myspace apel o pomoc. Jako avatar ustawił następujący napis: “I’m deaf on my right ear. I need help. Send me a message for details”. Jak się okazało, artysta złapał ciężkie przeziębienie, które spowodowało, że chwilowo utracił słuch w prawym uchu. Niestety, nie stać go na leczenie (zapomnijcie o państwowym leczeniu w Rosji) i stąd wołanie o pomoc do swoich znajomych i fanów. Dlatego jeśli chcecie pomóc, wyślijcie mu wiadomość z prośbą o szczegóły. Każdy gest ma znaczenie!

Zacznij Święta alternatywnie

Już w ten wtorek 22 grudnia warszawska Hydrozagadka zaprasza na wspólne rozpoczęcie przerwy świątecznej. Zanim więc zabijecie karpia, ubierzecie choinkę i upieczecie ciasto, wpadnijcie na koncert 4 alternatywnych kapel, które Was na pewno wprowadzą w rodzinną i ciepłą atmosferę Świąt. A zagrają dla Was: The Spouds, Rachael, Chasing the Sunshine i Parisian Lark. Cena biletu niedroga bo wynosi tyle co cena jednego piwa na miejscu :)

Start: godzina 20.

Spiritualized - Stop Your Crying

French Teen Idol - (Un)Told Prejudices

French Teen Idol - El Siete Es La Luz (2009)

O Andrea Di Carlo znanym pod muzycznym pseudonimem French Teen Idol usłyszałem pierwszy raz za sprawą utworu (un)told Prejudices znajdującego się na jego płytowym debiucie. Zwróciłem na niego szczególną uwagę dlatego, że skojarzyłem znajdujący się na nim jeden z moich ulubionych cytatów z książki pod tytułem 25th Hour w wersji filmowej wypowiedzianej głosem Edwarda Nortona, który zagrał w tej adaptacji główną postać. Ścieżka z tym właśnie tekstem z filmu Spike’a Lee podłożona przez FTI do partii pianina tak bardzo oddziałuje, że nie było wyjścia, musiałem przyjrzeć się całości. I zostałem wciągnięty w tę muzykę bardzo mocno. Elektroniczno ambientalny post-rock z od czasu do czasu trip-hopowym rytmem wraz z podkładami ścieżek filmowych i dziwnym, rzadko się pojawiającym, „przesterowanym” wokalem zauroczył mnie. Najbliżej FTI jest do M83 i Port-Royal ale to nieco spokojniejsza muzyka niż u wymienionych twórców. Najnowszy, trzeci, album Włocha zatytułowany El Siete Es La Luz (7 jest światłem) jest równocześnie jego najlepszym dziełem. To fascynująca podróż bez przełomowych zwrotów ale za to z czarującą konsekwencją pełni. Widać, że nie ma tutaj dźwięków z przypadku i ta integralność jest dla mnie najistotniejsza w tej płycie. Jest również ta wspaniała przestrzeń, do której zawsze przywiązuję uwagę i którą powiększa jeszcze bardziej, snujący się, damski głos. Wszystkie elementy pięknie się uzupełniają w strefie, której nie da się sprowadzić ot tak do słów, których używamy. To jest muzyka, którą trzeba przeżywać a nie opisywać. Jednym wyrażeniem – mistrzostwo wrażeń. Przy Dying In Time już wspomnianego Port-Royal to najlepsza płyta roku.

10/10

1. Rome Shrugged [4:16]
2. I Want George Soros [6:21]
3. War Is Kind [5:01]
4. Fragile Chords [4:24]
5. The Constant [7:15]
6. Last Train To Santiago [5:46]
7. El Siete Es La Luz [5:04]
8. Prendre Son Temps [12:25]


French Teen Idol - I Want George Soros (unofficial video)

———
Lucjan Lucimiński

School Of Seven Bells - Alpinisms (2008)

Jeden z debiutów roku 2008! I nie ma w tym żadnej przesady. Już po wcześniejszych nagraniach, sprzed długogrającego krążka, można się było tego spodziewać. Zespół pochodzący z Brooklynu, w którego skład wchodzą bliźniaczki Alexandra i Claudia Deheza oraz Benjamin Curtis (wcześniej Secret Machines), grają jak sami twierdzą Cathedral Cubs Cru-Gaze i szczerze przyznam, że w tej nazwie jest to coś co przedstawiają muzycznie. Jednak będąc ostrożnym należałoby włożyć ich do szafek podpisanych shoegaze, dream-pop, electronic, experimental, psychodelic ale znaleźć też można wstawki typowo orientalne czy folkowe. Idąc dalej należy stwierdzić, że muzyka zawarta na Alpinisms, jest bardzo melodyjna i harmonijna, przy czym, rytm i tępo nabierają mnóstwo znaczenia. Nie mogę się uwolnić od tych dźwięków. Siostry przyciągają głosem i wplatają w dziwny trans ciągłym powtarzaniem fraz (zwłaszcza na Iamundernodisguise). Muszę też zdradzić, że elektronika tutaj użyta, która dodaje tła i rytmu jest naprawdę smakowitą przyprawą. Kiedy już dochodzi do podsumowania, nasuwa mi się jeszcze takie spostrzeżenie, że całość jest cudownie delikatna, zwiewna i pewnie dlatego wnosi w słuchacza świeży podmuch, oczarowanie i przynosi pewnego rodzaju ulgę. Ach to rozmarzenie… Nawet coś z dźwiękowej skali Port-Royal można odnaleźć pod koniec bardzo długiego Sempiterna Amaranth. Wciągająca płyta, kolejna, która pokazuje jak dobrze ma się nowojorska scena.

9/10

1. Iamundernodisguise [3:47]
2. Face To Face On High Places [4:40]
3. Half Asleep [4:20]
4. Wired For Light [4:57]
5. For Kalaja Mari [4:17]
6. White Elephant Coat [4:17]
7. Connjur [4:40]
8. Sempiternal/Amaranth [11:26]
9. Chain [4:22]
10. Prince Of Peace [3:05]
11. My Cabal [5:09]


School Of Seven Bells - Half Asleep (Live on KEXP)

———-
Lucjan Lucimiński

School Of Seven Bells - Iamundernodisguise

BOWERY ELECTRIC

Nowojorski zespół założony w 1993 roku przez byłego protegowanego La Monte Young - Lawrence’a Chandlera (wokal, gitara) i Marthę Schwendener (wokal, bas). Do kompletu dobrali perkusistę - Michaela Johngrena i zaczęli grać pierwsze koncerty. Wytwórnia Kranky Records, urzeczona Drop, skontaktowała się z zespołem. Tak doszło do powstania pierwszej płyty długogrającej, pozytywnie przyjętej przez krytyków. Bowery Electric łączy elektryczne brzęczenie gitar, analogowe basy i zawodzący wokal z downtempowym hip-hopowymi beatem. Przy nagrywaniu drugiej, do duetu dołączył perkusista Wayne Magruder. Beat jest wynikiem ich zwiększonych inspiracji hip-hopem i elektroniką. Zmodyfikowali swoje podejście do komponowania i nagrywania, opuszczając tradycyjne rockowe techniki na rzecz tworzenia piosenek z sampli i sekwencjonowania, wciąż jednak używali instrumentów analogowych - i sterty podniszczonych winyli - jako źródeł dźwięku, manipulując nimi poprzez połączenie analogowych i cyfrowych technologii i przetwarzania sygnału. Od nagrania Lushfile zespół nie wydał już żadnego krążka. Lawrence występował z Experimental Audio Research i produkował remiksy dla zespołów takich jak: Calla, Mercova i Tristeza, Martha natomiast wydała album Sola. Bowery Electric to jedna z pierwszych amerykańskich grup występujących z laptopem, mikserem estradowym i samplerem razem z gitarą, basem i perkusją. Ich utwory pojawiły się między innymi na: The new atlantis, Deepwater black - Inclonation vol. one, Chillout basscapes 2 czy Dark city nights vol. 1.
“Wirujące, hipnotyczne beaty wraz z oszałamiającym szeregiem sampli, sekwencji i najpiękniejszego gitarowego noise’u odkąd Kevin Shields ostatni raz włączył swego Fendera Jazzmastera.” (uk.real.com)

Dyskografia:
EP:
Drop (1994)
LP:
Bowery Electric (1995)
Beat (1996)
Vertigo (1997)
Lushlife (2000)

MySpace zespołu

Bowery Electric - Fear of flying

Port-Royal - ekscytacja w przestrzeni nieograniczonej (29.11.09 CBA)


Port-Royal - Putin vs Valery (29.11.09, CBA, Warszawa)

Nie ma sensu się rozpisywać i komentować poszczególnych utworów. Nagłośnienie było świetne, przestrzeń basenu odpowiednia. Zespół Port-Royal znalazł w swojej muzyce taką skalę dźwięku, którą porównać można do ciągłej ekscytacji. Porażająca jej siła sprawiła, że koncert ten był moim najsilniejszym erotycznym doznaniem muzycznym jakie dane było mi przeżyć. Każdy utwór miał to coś w sobie a ostatni rozrzucił w najdalsze sfery wyobrażeń, po czym długo musiałem do siebie dochodzić. Podprogowa wręcz historia. Należy też przyznać, że na żywo Port-Royal wypada jeszcze lepiej niż na płytach. Ach i była też Natalia… Przestrzeń i energia w tym muzycznym wirze do cna wsysającym… Zjawiskowe

trudna do opisania
erotyczna podróż
w świat wrażeń niezwykłych
pełnych emocji i doświadczeń

Ps. W CBA pojawiło się tylko około 30 miłośników tych cudownych dźwięków. Kto nie był ten trąba…


Port-Royal - Deca-Dance (29.11.09, CBA, Warszawa)

———
Lucjan Lucimiński

Port-Royal - German Bigflies

The Pains Of Being Pure At Heart - Everything With You

Serena-Maneesh - Drain Cosmetics

KLIMT - wywiad dla shoegaze.pl

Klimt to Antoni Budzinski grający na co dzień na gitarze w sopockim zespole Saluminesia. Zadebiutował na składance Sleep Well III z utworem Ennui w maju 2007. W marcu 2008 ukazała się jego debiutancka płyta zatytułowana Jesienne odcienie melancholii.

Rozmawia Gabriela Szymaszkiewicz:

Shoegaze.pl: Co sprawia, że gitarzysta postanawia stworzyć solowy projekt? Czy ktoś pomagał Ci w nagraniu materiału na Jesienne odcienie melancholii? Jeśli tak to kto?

Klimt: Tzn. ja tworzyłem i nagrywałem muzykę zanim jeszcze powstał zespół Saluminesia. Oprócz twórczości zespołu miałem zawsze mnóstwo własnego materiału, który zupełnie różńił się od tego co działo się w zespole. Zawsze miałem w “zapasie” setki różnych kompozycji i utworów. Sama propozycja wydania płyty pojawiła się z zewnątrz. Mianowicie zainteresowała się moją twórczością wytwórnia z Warszawy. Na początku był to jeden utwór na składance Sleep Well III, a później był to już cały longplay. W tamtym okresie nie myślałem wogóle o wydaniu solowej płyty.
A odpowiadając na druga część pytania to jest to w pełni moje samodzielne dzieło. Tylko ja przy tym majstrowałem:).

Shoegaze.pl: Jako swoje inspiracje wymieniasz między innymi zespoły takie jak Slowdive, Mew czy Mogwai. Czy Twoja twórczość jest bezpośrednią odpowiedzią na fascynację tymi kapelami “są świetni, chciałbym robić coś podobnego” czy może wtórną, będąca następstwem funkcjonowania w takiej stylistyce?

Klimt: Te zespoły raczej poznałem później na swojej drodze. Zespołem, który chyba najbardziej ukształtował mnie jako muzyka to Smashing pumpkins. To jest dla mnie ta podstawa. Staram się raczej wypracować moją własną ścieżkę. I myślę, że osoby którym spodobała się moja pierwsza płyta widzą tą ścieżkę. Oczywiście podświadomie człowiek w pewnym stopniu naśladuje to czego słucha i nie da się od tego uciec, ale staram się raczej iść własną drogą.

okladka

Okładka płyty "Jesienne odcienie melancholii"

Shoegaze.pl: Pierwsze skojarzenie jakie pojawiło się w mojej głowie podczas słuchania Twojej płyty brzmiało: Jacaszek. Czy spotkałeś się już z tego rodzaju porównaniem i czy się z nim zgadzasz?

Klimt: No proszę, to  porównanie słyszę pierwszy raz. Na pewno znajdujemy się na polskim rynku w tej samej szufladzie. Aczkolwiek dla mnie są to raczej odmienne światy, ale skojarzenie jak najbardziej właściwe.

Shoegaze.pl: Momentami jesteś bardzo shoegaze’owy a momentami zdecydowanie ambientowy, a może określiłbyś swój styl jako coś zupełnie nowego?

Klimt: No na pewno jest to jakaś mieszanka, gdzie tam jeszcze po drodze dochodzi post-rock. Dla mnie jednak najważniejsze jest “wnętrze” muzyki. Styl dla mnie jest na drugim miejscu, ale na pewno duże przestrzenie muzyczne mam naturalnie zaprogramowane w sobie.

Shoegaze.pl: Twoja płyta jest bardzo hipnotyzująca, czy kolejna będzie kontynuacją czy może będziesz eksperymentował z brzmieniem?

Klimt: Większość materiału na drugi krążek jest już właściwie skończona. Druga płyta będzie dosyć mocno różnić się od pierwszej. Brzmienie będzie zdecydowanie bardziej ostrzejsze, bardziej dynamiczne i będzie raczej mniej ambientowych klimatów. Muzyka będzie całościowo bardziej optymistyczna i “jaśniejsza” od Jesiennych. Tak z założenia nie zamierzam nigdy wydawać płyt, które będą kontynuacją poprzedniej. Dla mnie to jest taki naturalny proces zmiany. Człowiek po drodze się trochę zmienia. Muzyka zmienia się razem z nim.

Shoegaze.pl: Czy koledzy z Saluminesii pomagają Ci w twoich projektach?

Klimt: Janek - perkusista wspomaga mnie w graniu Klimta na żywo.

Shoegaze.pl: Gdzie można Cie usłyszeć na żywo?

Klimt: Narazie tylko w salce prób:), ale już niedługo powinny się pojawić koncerty.

Shoegaze.pl: Twoje muzyczne numer 1: utwór, płyta a może cała twórczość artysty lub zespołu, coś do czego zawsze wracasz…

Klimt: Jak już wcześniej powiedziałem kapelą nr 1 będzie zawsze dla mnie Smashing Pumpkins. Plyty Mellon Collie… , Adore i Machina to dla mnie taka podstawa, do której zawsze lubię wrócić. Jeśli chodzi o ulubiony utwór czy album to nie byłbym w stanie wskazać.
Chociaż znalazloby się na pewno parę ważniejszych płyt, które z rożnych powodów są mi szczególnie bliskie, m.in. NIN - The Downward Spiral, wspomniane wczesniej Mellon Collie zespołu Smashing Pumpkins, The Cure - Kiss Me,Kiss Me,Kiss Me , Ulrich Schnauss - A Strangely Isolated Places, South - From Here on In, Sigur Ros - Agaetis Byrjun. No i oczywiscie Klimt - Jesienne odcienie melancholii :).

Shoegaze.pl: Czy myślisz o wydaniu płyty za granicą - tam rynek jest zdecydowanie bardziej chłonny na tego rodzaju alternatywę..

Klimt: Wydaje mi się, że najpierw  trzeba opanować swój rodzimy kraj, a później dopiero atakować na zachód. Najpierw tutaj muszę stać się niebezpieczny:). Aczkolwiek zauważyłem, że jeśli chodzi o cyberprzestrzeń to poza granicami kraju płyta wzbudziła sporo zainteresowania.

Dziękuję za wywiad i życzę szybkiego wzrostu owego “niebezpieczeństwa” na polskim i zagranicznym rynku :)

Myspace Klimta:  www.myspace.com/theklimt

Kolejny song Everything Is Made In China

Dostaliśmy już kolejne nagranie od chłopaków z rosyjskiego Everything Is Made In China. Nosi nazwę Sleep-walking. Oczywiście to kolejna świetna piosenka tego tercetu i ciekawy pomysł na teledysk, który współgra z promocyjnym zdjęciem znajdującym się na ich myspace, a może tak będzie wygladała okładka nowego albumu, który już niebawem?…


Everything Is Made In China - Sleep-walking

Spouds, The - Serenity Is Only A Brainwave (2009)

Lubię The Spouds. Stwierdziłam to już po zapoznaniu się z ich demem: trochę nierównym, bardzo garażowym, dość surowym, ale jakże oryginalnym jak na nasze polskie realia. Jeszcze bardziej ich lubię po dokładnym przesłuchaniu ich pierwszego oficjalnego wydawnictwa, czyli EP-ki zatytułowanej Serenity Is Only A Brainwave.
Wrażenia ogólne: dostajemy 7 kawałków (stąd dyskusje, czy to na pewno EP-ka, czy może jednak minialbum? – dla mnie bez różnicy), całość trwa 28 minut 16 sekund. Dużo gitar, noise’u i muzycznego brudu. Dość zauważalna (a właściwie słyszalna) perkusja. Wokale na przemian powściągliwe lub, wręcz przeciwnie, wykrzyczane i pełne emocji. Wydźwięk raczej pesymistyczny, ale The Spouds nie tworzą w końcu muzyki dla słitaśnych małolat.
Wrażenia szczególne: za pierwszym przesłuchaniem zaskakuje saksofon, który pojawia się zupełnie znienacka w Broken Sound. Tym bardziej „znienacka”, że poprzednia wersja tego utworu nie zawierała żadnych instrumentów dętych. Na początku wraz ze zdziwieniem, czułam lekkie zniesmaczenie (bo saksofon kojarzył mi się głównie z latami 90. i przebojem Lily Was Here), ale wystarczyło doczekać ostatniego kawałka Crisis, żebym się już uspokoiła. Zresztą, wszelkie moje wątpliwości rozwiał w pełni październikowy koncert The Spouds, więc w momencie, w którym piszę te słowa, wiem już, że ten saksofon jest na właściwym miejscu i nie może być inaczej! Zresztą, nie wiem czy to zasługa saksofonu, czy akurat przypadek, ale właśnie Broken Sound i Crisis są moimi faworytami z całej siódemki. Crisis ze względu na to co się dzieje na samym końcu, a Broken Sound ze względu na wspomnianą już powściągliwość wokalną w zwrotkach, która tak pięknie kontrastuje z refrenami.
A co poza tym? Running with Scissors jest przebojowe aż do bólu (wystarczy raz posłuchać, żeby nie móc się uwolnić od nucenia „It’s like running with scissors” w kółko), chociaż ja mam pewnie inne pojęcie przebojowości niż reszta świata. Absent Lovers także wpada w ucho z energicznym, trochę plemiennym początkiem na bębnach a w The Dreamlife of Angels znajdziemy równie dynamiczne przejście między zwrotkami i refrenami.
A wracając do wrażeń ogólnych: to, co mnie najbardziej zachwyca w większości zgromadzonych na krążku piosenek, to wyraźne, powtarzalne motywy gitarowe. Nigdy nie byłam zwolenniczką wyszukanych, przekombinowanych solówek i wcale się tego nie wstydzę!

Na koniec o sprawie równie istotnej jak zawartość płyty, czyli o jej opakowaniu. Niby nie można oceniać książki po okładce, ale… Ile razy udało wam się zwrócić uwagę na jakąś płytę w sklepie tylko dlatego, że miała ciekawą okładkę? No właśnie. I tutaj kolejny plus dla zespołu: płyta jest ślicznie, minimalistycznie wydana. Wielkie brawa dla Tomka, który jest autorem grafiki. Szkoda tylko, że płyta jest niedostępna w sklepowej sprzedaży, bo na pewno zwróciłaby czyjąś uwagę.

1. Running with Scissors [3:52]
2. No Light [4:09]
3. Broken Sound [4:12]
4. Absent Lovers [2:31]
5. 11 [2:46]
6. The Dreamlife of Angels [4:26]
7. Crisis [6:20]

Eaststrikewest - Wolvves (2009)

Jeśli muzykę można porównywać do rozkoszy cielesnych, to Eaststrikewest odbywają swoją płyta prawdziwy stosunek seksualny ze słuchaczem. Gra wstępna w postaci ambientowego God Can’t Take His Eyes Off Me - bez wokalu, jesteśmy wprowadzani w lekkie wibracje. Następnie przechodzimy do bliższego kontaktu: Stumble zaczyna się niepozornie, jednak pod koniec jest już rozgrzaną i pędzącą maszyną, która nie może się zatrzymać. Mocne gitary, szybkie tempo i przelewający się wokal. No właśnie, wokal. Z pewnością nie jest on zaskakujący. Pierwsze skojarzenie jakie pojawiło się w mojej głowie wiązało się z wokalistą post-grunge’owego Silverchair, Danielem Johnsem. Przy dłuższych wokalizach przychodzi mi na myśl Sting - nie wiem czy są to dobre objawy przy tego rodzaju muzyce…  Pieszczoty stają się odważniejsze: Welcoming The Ghost to chyba najbardziej “hitowy” numer z całego zestawienia, wpada w ucho i chce się go słuchać i słuchać. W końcu każdy audiofil zna te kawałki, które mają w sobie ten jeden, jedyny fragment, który powala na łopatki. Nagle coś się dzieje, czyżby partner nie miał gumki? Chu! - niczym pozytywka, fortepian i infantylizm - wybija z rytmu. Rekompensata przychodzi wraz The Architect: czysty post-rock z długimi, bardzo emocjonalnymi partiami wokalu. To chyba orgazm. Uśmiechnięta i zaspokojona opadasz na łóżko, endorfiny zalewają Twoje ciało:  Electricity.

Mogę zarzucić tej płycie kilka rzeczy:  mimo zróżnicowanego ładunku emocjonalnego, trochę monotonne jest używanie tych samych trików, jednak nie jest nudno, o nie! Chciałabym być na koncercie i sprawdzić, czy da się mocniej poruszyć niż tą płytą. Możliwe, że jeśli muzycy Eaststrikewest wkładają tyle energii i emocji w granie za każdym razem to byłoby to wręcz niebezpieczne. Wokal pod koniec płyty wywołuje szyderczy uśmieszek: ile razy można zawyć w ten sam sposób? A może tak buduje się “znak rozpoznawczy”? No i na koniec wizualnie: świetna okładka, właściwie to ona mnie zwiodła na pokuszenie… Nie żałuję.

9/10

1. God Can’t Take His Eyes Off Me [3:01]
2. Stumble [5:27]
3. Welcoming The Ghosts [6:25]
4. Chu! [1:39]
5. The Architect [6:33]
6. Every Whisper And Word Said [5:15]
7. Electricity [5:10]
8. From Here You Can See Everything [1:28]

Port-Royal - Dying In Time (2009)

Takie płyty rozrzucające dźwięki w nieznaną przestrzeń przyjmuję z nieskrywaną radością. Galaktyczno-ambientalny shoegaze równa się, dla mnie, z błogością, która dociera do najskrytszych mych pragnień. Uspokaja, przenosi w fantazyjne, nieznane miejsca, niczym ze snu. Potrafi w nich jednak urosnąć do niewyobrażalnych granic, pobudzić do lunatycznego tańca i zapomnieć o istnieniu codziennego oblicza rzeczywistości. Rozwarstwione marzenia skupiają się w jedną myśl o ciągłej ucieczce. Rozbrzmiewające mazy dźwięków przynoszą ukojenie i relaksację w pustce, która zarazem jest pełna i kompletna. Ten stan wstrzymania przywodzi na myśl odmienny stan świadomości, który lubimy by trwał jak najdłużej. Na szczęście podróż umierania w tym czasie trwa ponad godzinę więc nie musimy się martwić o zbyt szybkie otrzeźwienie i opuszczanie stworzonych granic. Wraz z cudownym zakończeniem, które przynoszą trzy części Pustelni najlepiej już tylko zasnąć by nie tracić nic z jej właściwości odosobnienia i zadumy. Dlatego Dying In Time polecam słuchać zwłaszcza w nocy. Jak dobrze, że muzyka posiada taką siłę.

Dźwiękom zawartym na Dying In Time najbliżej jest do tych znajdujących się na płytach M83, jednakże jest ona jeszcze bardziej rozległa i bezgraniczna. W projekcie tym udział wzięły również najciekawsze, według mnie, damskie wokale z naszej rodzimej sceny muzycznej: Natalia Grosiak oraz Natalia Fiedorczuk. Na płycie zaśpiewał też Michał Wiraszka z Much, który jednak aż takiego powiewu świeżości jak wymienione panie już nie wniósł. Zespół z Genui nagrał przepiękną nieco zimową płytę, co nie tylko słychać ale nawet widać po okładce. Mnie natomiast już tylko koncert w głowie, którego data zbliża się dużymi krokami.

10/10

1. HVA (Failed Revolutions) [8:28]
2. Nights In Kiev [7:02]
3. Anna Ustinova [3:58]
4. Exhausted Muse\Europe [9:37]
5. I Used To Be Sad [4:41]
6. Susy: Blue East Fading [8:34]
7. The Photoshopped Prince [4:05]
8. Balding Generation (Losing Hair As We Lose Hope) [8:49]
9. Hermitage Pt. 1 [5:21]
10. Hermitage Pt. 2 [5:24]
11. Hermitage Pt. 3 [6:06]


Port-Royal - Nights In Kiev

———-
Lucjan Lucimiński

Epic45 - Daylight Ghosts

BLIND MR. JONES

Zespół powstał we wczesnych latach 90. w Marlow. Tworzyli go: Richard Moore - gitara i wokal, Jamaal Franklin - gitara, Jon Tegner - flet, Will Teversham - bas i wokal, John White - perkusja. Przypuszczalnie ich nazwa pochodzi od tytułów dwóch pierwszych piosenek z płyty Naked zespołu Talking Heads. Ukształtowani przez brzmienia m.in. The Cure, The Telescopes, Slowdive, Ride, określani są żartobliwie “Jethroo Tull shoegazingu” ze względu na obecność dźwięków fletu w ich muzyce. Na Eyes wide wspomagał ich gitarowo Neil Halstead z Slowdive, a na Crazy jazz - Johnny Greenwood z Radiohead ze swoją harmonijką ustną. W okresie swego istnienia byli jedną z czołowych grup na scenie shoegazingu. Ich utwory zostały wykorzystane na składankach: My favourite flavour, Instrumentally yours, An assortment, Feedback to the future, Like a daydream - A shoegazing guide, obok takich zespołów, jak Ride, Slowdive, czy Cranes. Zespół rozwiązał się krótko po wydaniu Tatooine.

Dyskografia
EP:
Eyes wide (1992)
Crazy jazz (1992)
LP:
Stereo musicale (1992)
Tatooine (1994)
Kompilacje:
Spooky vibes: The very best of Blind Mr. Jones (2005)
Over my head: The complete recordings (2008)


Blind Mr. Jones - Spooky vibes

Everything Is Made In China - singiel + trasa + nowy teledysk

W oczekiwaniu na nową płytę, jak na razie możemy cieszyć się nowym singlem zespołu zatytułowanym Automatic. Okładka do niego poniżej:

Natomiast więcej usłyszymy podczas trasy koncertowej goszczącej również w naszym kraju:
1 gru 2009 20:00
Jadłodajnia Filozoficzna Warszawa
2 gru 2009 20:00
Ucho Gdynia
3 gru 2009 20:00
Kontrasty Szczecin
4 gru 2009 20:00
Pod Minogą Poznań
5 gru 2009 20:00
TBA Ostrzeszow
6 gru 2009 20:00
TBA Cracow
7 gru 2009 20:00
TBA Wroclaw

Obejrzeć możemy również teledysk promujący nowy singiel Automatic:


Everything Is Made In China - Automatic (feat. Aerofall)

Raveonettes, The - In And Out Of Control (2009)

raveonettes-in-and-out-of-control

Na samym początku zaznaczę, że najlepszym albumem The Raveonettes w całej ich karierze jest debiutancki Whip It On. Osiem garażowych kawałków stanowiących idealną, spójną całość. Zapewne już nigdy nie uda im się nagrać nic równie dobrego, zresztą w ciągu ostatnich lat udowodnili, że zmienili kierunek i nie chcą wrócić do początków. Dlatego uważam, że na kolejne ich płyty nie powinniśmy wciąż patrzeć poprzez pryzmat debiutu, tylko oceniać je osobno.
Daruję więc sobie niepotrzebne porównania.
W takim razie jaka jest najnowsza płyta duńskiego duetu?
Przede wszystkim nadal jest dość garażowa, gitarowa i jednocześnie słodka i seksowna. A do tego jest chyba jedną wielką grą z konwencją. Właściwie każda piosenka ma troszkę inny klimat. I tak:
Bang! czy Suicide to takie opowieści o imprezującej młodzieży z lat 50. Widzicie te włosy upięte w kucyk, rozszerzane spódnice wirujące w tańcu, sweterki z dekoltem w serek i spodnie w kancik? Ja widzę.
Gone Forever jest jak z soundtracku do filmu o studentach z początku lat 90. i o ich bardzo poważnych problemach.
Boys Who Rape zaczyna się jak jakiś hiphopowy kawałek. Naprawdę, zawsze mam wrażenie, że zaraz usłyszę rapującego Murzyna.
Heart Of Stone to chyba najbardziej raveonettsowy utwór z całej płyty, a powtarzający się riff przywodzi na myśl np. Love In A Trashcan. Klimat natomiast jak z jakiegoś zapomnianego westernu, w którym namiętność idzie w parze z przemocą.
Krótkie, półtoraminutowe Oh, I Buried You Today to z kolei hołd dla soulowych ballad z lat 60. Takich jak Stand By Me Bena E. Kinga (może to przez ten bas?).
Natomiast refren Breaking Into Cars mógłby spokojnie zostać wykorzystany w jakimś popowym przeboju z lat 80. śpiewanym np. przez Kim Wilde (ona była boska!).
Break Up Girl! to chyba jedyna pozycja, która stylistyką przypomina czasy Whip It On – szczególnie świetny gitarowo-noisowy początek, który pomału się wycisza.

Gra z konwencją polega tutaj również na tym, że surowość gitar kontrastuje ze słodkim wokalem, a ten z kolei kontrastuje z tekstami naszpikowanymi przekleństwami i opowiadającymi o narkotykach, samobójstwach, przemocy czy rozstaniach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, przecież to główna charakterystyka stylu The Raveonettes (pamiętacie ten tekst: „My girl is a little animal, she always wants to fuck!”?). Jednak z tego wynika też największa wada całego albumu. Niektóre piosenki są tak przesłodzone, że aż się niedobrze robi. Ja wiem, że pod tą warstwą lukru kryje się spora porcja goryczy (np. w The Last Dance, czy Boys Who Rape), jednak troszkę trudno się do niej dokopać. Dlatego na albumie wygrywają te utwory, w których proporcje między słodkim a gorzkim są idealnie zrównoważone.

1. Bang! [2:54]
2. Gone Forever [3:36]
3. Last Dance [3:47]
4. Boys Who Rape (Should All Be Destroyed) [3:04]
5. Hearts Of Stone [3:55]
6. Oh, I Buried You Today [1:22]
7. Suicide [3:13]
8. D.R.U.G.S. [4:30]
9. Breaking Into Cars [3:08]
10. Break Up Girls! [4:00]
11. Wine [3:43]


Raveonettes, The - Last Dance

AMAZING ELECTRONIC TALKING CAVE

Amazing Electronic Talking Cave to jednoosobowy projekt Rosjanina Felixa Bondareffa. Nazwa została zaczerpnięta z tytułu piosenki The Brian Jonestown Massacre zamieszczonej na EP-ce “Just Like Kicking Jesus”. W 2008 roku pod szyldem Amazing Electronic Talking Cave ukazał się wydany własnym sumptem minialbum “Green Maiden”. Wszystkie instrumenty oraz wokal zostały nagrane przez jedną osobę, czyli właśnie Felixa Bondareffa. W tym roku światło dzienne ma ujrzeć jego kolejna płyta zawierająca 11 kawałków. Części z nich, zgromadzonych pod roboczym tytułem “Damaged Equipment”, można już posłuchać na profilu Myspace. Natomiast w przerwie między pracami nad płytą Felix Bondareff udał się do Berlina, gdzie nagrał wokal do nowego utworu The Brian Jonestown Massacre, “Bruttermania“. Efekty tej współpracy możecie obejrzeć na YouTubie, miejmy nadzieję, że nie skończy się na jednej piosence.